"Michnik jest manipulatorem.
To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny.
Ideologia tych panów, to jest to, żeby w Polsce zapanował "socjalizm z ludzką twarzą".
To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia.
Jest potwór, więc powinien mieć twarz potwora.
Ja nie wytrzymuję takich hybryd i uciekam przez okno z krzykiem."
(wypowiedź Zbigniewa Herberta z filmu Zaleskiego, cytowana przez dziennik "Życie" z dnia 5.10.2000)
Te ostre słowa uzmysławiają nam, jak bolesny zawód musiał odczuwać Zbigniew Herbert, największy bodaj polski poeta, człowiek kryształowy i wrażliwy, kiedy wypowiadał je w połowie lat 90-tych. Ale nie tylko ładunek emocjonalny przebija z tych słów. Poeta zdaje się przestrzegać nas przed człowiekiem sprawującym niepodzielnie od początku III-ej Rzeczpospolitej rządy dusz, zwłaszcza wśród szeroko rozumianych warstw inteligencji. Herbert bije pięścią w stół – pragnie by usłyszano Jego demaskujący głos.
Rzeczywiście, odnosząc teksty Michnika zarówno te sprzed lat jak i najnowsze do opisywanych w nich wydarzeń trudno nie zgodzić się z ostrymi tezami poety. Szczególnie wyraźnie widać to w przypadku tych wydarzeń, które uzyskały już jakąś perspektywę czasową. Można by się tutaj dłużej zatrzymać, ale istotniejsza jest odpowiedź na pytanie o przyczyny takiego postępowania Redaktora Naczelnego GW. Były wszak w życiu Michnika karty bezprecedensowego poświęcenia działaniom szlachetnym prowadzącym de facto do demontażu systemu. Czyżby zaszła jakaś metamorfoza? Otóż nie. Także, choć nie można tego wykluczyć, nie mamy tutaj do czynienia z casusem ofiary tak trafnie ukazanym przez Orwell'a w "Roku 1984", gdzie sponiewierany do granic ludzkiej wytrzymałości bohater wyznaje przed ostatecznym unicestwieniem bezgraniczną miłość i bezwarunkowe oddanie Wielkiemu Bratu i swoim oprawcom z Partii Wewnętrznej.
Michnik zawsze był idealistą. Gdyby urodził się w czasach Lenina to byłby Trockim. Szczęściem Polski było mieć go po swojej stronie w stanie wojennym i wcześniej, gdy absurdalność narzuconego siłą systemu paraliżowała większość. Do osiągnięcia wówczas był, co najwyżej "socjalizm z ludzką twarzą" i Michnik o to walczył z oddaniem nie patrząc na koszty. To samo hasło przestało jednak mieć jakikolwiek sens po wycofaniu wojsk radzieckich. Społeczeństwo wszak nie wyzbyło się z dnia na dzień socjalistycznego bagażu, który z czasem stał się najpoważniejszą przeszkodą w budowie nowoczesnego państwa. Nie było, zatem potrzeby wspomagania tego, co i tak mieliśmy w nadmiarze i nie tylko Michnik, ale nawet Kuroń, urodzony socjalista - jak sam o sobie mówił, dobrze to rozumiał.
Bardziej prawdopodobne jest raczej to, że "socjalizm" Michnika był tylko skutkiem ubocznym innej idei, której szermierzem stał się ów wzbudzający uznanie na całym świecie niedawny obiekt wściekłych ataków PRL-owskiej propagandy i SB. Wydaje się, że pochłonęła go całkowicie idea zasypywania historycznych podziałów. Bo któż miałby większe moralne prawo do idei pojednania z aparatem jak nie on - pierwszy rycerz Wolnej Rzeczpospolitej. Michnik-idealista mógł, zatem raz jeszcze rozwinąć skrzydła w walce o szlachetny cel. To nic, że wykrzywiona szyderstwem twarz SLD. To nic, że ofiary PRL-u dalej płacą za swój brak pokory. To nic, że dawne przywileje aparatczyków zamienione zostały na grube portfele. To nic, że do czterdziestu lat zamrożenia rozwoju „biesiadnicy” dołączyli już w wolnej Polsce cztery następne lata stagnacji legitymizując się tym razem demokratycznym mandatem... itd. Ważne, że jest idea pojednania.
Jeśli fakty mówią, że SLD nijak nie pasuje do tej pięknej idei to tym gorzej dla faktów. Wiatrakami Michnika - Don Kichota są teraz szeregi dawnych współtowarzyszy sceptycznie odnoszących się do idei. To w nich Michnik zobaczył potworów, których trzeba zwalczać wszelkimi możliwymi środkami, łamiąc po drodze zasady etyki, na których straży sam w najtrudniejszych czasach wytrwale stał. Razem z nim w jednym szeregu, ale o pół kroku z tyłu stoją znane maski z SLD umiejętnie prowokując i podstawiając naszemu bohaterowi coraz to nowe obiekty do ataku, unikając zręcznie wejścia w pole rażenia. Nie ma zatem uprzywilejowanej PZPR-owskiej nomenklatury, nie ma rachunku krzywd, nie ma żenujących ekscesów i "wybryków" Kwaśniewskiego i jego biesiadników, nie ma szargania pamięci bohaterów narodowych, ofiar zbrodni bolszewickich, nie ma małych zmiętych aparatczyków trzeciego sorta w rodzaju Siwca czy Kalisza zajmujących najbardziej eksponowane stanowiska państwowe, ich niekompetencji, nie ma wreszcie zażenowania na forum międzynarodowym. Nie dociera do Michnika nawet słabo ukrywany chichot masek. Na Michnika nie ma po prostu lekarstwa!
Ten tekst, wysłany 09-10-2000, nie został przyjęty przez 'Życie'. Postawione tu hipotezy wciąż pozostają hipotezami.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)