Z tym, że Front Jedności Narodu (FJN) to nie jest dobry pomysł zgadzają się dzisiaj już chyba wszyscy. Mimo to, po ponad roku od wyborów słychać z różnych kącików buczenie nieutulonych zwolenników koalicji PO-PiS poszukujących kolejnych ścieżek do porozumienia się swoich ulubionych sił politycznych bez względu na dzielące je różnice ideowe. Ostatnio nadzieją rozpromienił ich zapłakane lica pomysł budowy trzeciej siły z Rokitą i Marcinkiewiczem na czele. W dzisiejszej Kuchni Politycznej wyraźnie ucieszył się tym pomysłem redaktor Maciej Rybiński, którego bardzo lubię i cenię za wiele rzeczy, również za rozsądek i otwartość na argumenty. Dlatego na kilka z nich chciałbym zwrócić uwagę.
Idea FJN z partią przewodnią na czele ani na chwilę nie odpuściła nam wszystkim, włącznie z naszymi wyzwolonymi zdawałoby się od PRLu liderami. Wszystkie ważniejsze konstrukcje polityczne powielały ten sam schemat.
Komitety Obywatelskie przy Lechu Wałęsie można jeszcze wytłumaczyć brakiem prawdziwej sceny politycznej i koniecznością zwarcia szeregów wobec przytłaczającej przewagi namiestniczej instalacji Kremla, wspieranej przez „stojące na straży pokoju” siły Układu Warszawskiego. Upływ czasu i stopniowe różnicowanie się elektoratu nie zmieniły wiele w tym względzie. Wszystkich, od trockistów spod znaku Michnika po chadeków pokroju Halla miała jednoczyć „siła spokoju” Mazowieckiego. Podobnie eklektyczny ideowo charakter przyjmowało w tym samym czasie Porozumienie Centrum. Akcja Wyborcza Solidarności to już prawdziwe pospolite ruszenie skrzyknięte dla wyrwania Polski z łap SLD i PSL.
Podręcznikowym niemal przykładem konstrukcji przeniesionej żywcem z realnego socjalizmu była Platforma Obywatelska, której założyciele, trzej tenorzy - Płażyński, Tusk i Olechowski, reprezentowali trzy różne bieguny ideowe, z których można by, jak z trzech podstawowych kolorów, żółtego, niebieskiego i czerwonego, wygenerować dowolną już barwę polityczną. Sześć lat temu, gdy PO powstawała, w taki oto sposób sobie żartowałem w moim liście odrzuconym przez „Życie”:
„...Należałoby się także zastanowić nad utrzymaniem w Partii Trzech Tuska Donalda. W końcu razem z Bieleckim pragnąłby się uwolnić od gorsetu kościelnego paraliżującego ponoć Unię Wolności. A taki gorset w postaci utrzymania zakazu aborcji już zapowiedział Marszałek Płażyński. Najlepiej zatem usunąć z partii obu, tzn. Płażyńskiego też - będzie sprawiedliwie.”
Z Partii Trzech po latach rzeczywiście ostał się jeno jeden, choć nie ten którego przewidziałem. I nie mogło być inaczej. Nie da się bowiem utrzymać takiej mieszanki przez dłuższy czas.
Do tej pory jedyną realną alternatywą dla kolejnych partii dominujących - konglomeratów ideowych były kolejne mutacje instalacji namiestniczej z jej agenturami: SLD, PSL i czającymi się na horyzoncie Samoobroną, LPR i innymi, chwilowo jeszcze małymi (na przykładzie Tymińskiego mogliśmy zobaczyć jak 'z niczego' wykreowano potężną siłę polityczną, z którą wszyscy musieli się liczyć). Po każdych trudnych reformach wahadło wyborcze przesuwało się w stronę instalacji namiestniczej, bo innej strony na mapie politycznej nie było.
Po raz pierwszy w wolnej Polsce powstał zdrowy układ dwubiegunowy z nieco bardziej prawicowym PiSem i z nieco bardziej liberalnym PO. Pozostałe siły mają znaczenie marginalne i jest duża szansa że tak pozostanie. Wahadło wyborcze zyskało dzięki takiemu układowi sił korzystne dla kraju stopnie swobody już poza czerwonym obszarem. PiS będzie wprowadzał swoje reformy, a PO będzie rosnąć w siłę, by wcześniej czy później zastąpić PiS u sterów. Jest to scenariusz optymalny dla Polski. W interesie nas wszystkich jest umacnianie się takiego dwubiegunowego systemu.
Reasumując, zarówno koalicja PO-PiS jak i powstanie trzeciej siły byłoby fatalnym rozwiązaniem spychającym nas z powrotem w koleinę kontrolowaną przez instalację namiestniczą.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)