W “Rzeczpospolitej” pojawił się list w obronie wolności słowa. Odnosił się on do wyroku na autora tekstu publicystycznego Andrzeja Zybertowicza. Pozywającym był Michnik. Sygnatariusze nie zajmowali się nim jednak, ale niezwykle niebezpieczną praktyką sądu, który rości sobie prawo do decyzji, jakie interpretacje są w publicystyce dopuszczalne. List wywołał reakcję, w której krytycy listu bronią… Michnika. Potwierdzają więc, że ta praktyka sądowa funkcjonuje jako Michnik lex. Prawo, za pomocą którego możni skutecznie zamykają usta swoim krytykom.
pisze na swoim blogu w Rzeczpospolitej BronisławWildstein.
Końcowe stwierdzenie “możni skutecznie zamykają usta swoim krytykom” ma wymiar szerszy, nieprzypadkowo zapewne. Salon język ten powinien rozumieć, nie tylko polski salon.
Pamiętajmy jednak, że możni z krajów postkomunistycznych są dość szczególni. Są możni czy nawet wielmożni dlatego, że WIELE MOGĄ. Ustawić ustawę, przetarg, wynik meczu lub wyrok sądu. Wszystko. Uczynić nieosobą osobę lub odwrotnie z nikogo kogoś.
Swojej pozycji nie zawdzięczają własnym zasługom, pracy pokoleń, wyróżniającym walorom tylko pochodzeniu. Towarzysze szmaciaki bowiem, milicjanci, UBowcy, KGBowcy i ich wojskowe odpowiedniki to gleba na której zakwitły Jaskiernie, Cimoszewicze, Michniki, Olejnikówny, Kwaśniewscy, Kwiatkowscy i wielu wielu innych. Ta cała miazga której zaczyn dostrzegł dawno temu Andrzejewski (jego książka o takim łaśnie tytule, “Miazga” zniknęła całkowicie ze spisów salonowych lektur!) To na tej glebie wyrosły kolejne listy najbogatszych. Możni z Zachodu to przy nich pętaki. Cóż takiego może jeden z drugim w porównaniu z pierwszym lepszym Michnikiem?


Komentarze
Pokaż komentarze