Janina Jankowska w swoim ostatnim wpisie postawiła proste pytania:
Dlaczego Niemcy i zburzenie muru berlińskiego, a nie polska „Solidarność” symbolizują dziś rozbicie komunizmu?
Dlaczego nie potrafiliśmy przekazać światu naszej w tym roli?
Dlaczego Polacy urodzeni w latach 80-ych też tej roli nie czują, nie znają?
Dlaczego przeszłość ojców i dziadków częściej budzi zniechęcenie niż dumę?
Pytania takie zadaje sobie wiele osób nie od dzisiaj. Najczęściej ci którzy w mniejszym lub większym stopniu uczestniczyli lub choćby szczerze kibicowali "wybijaniu się Polaków na Niepodległość po Jałcie", dostrzegali "dramaturgię indywidualnych wyborów, anonimowych ofiar , spontanicznych protestów, dobrze zorganizowanego podziemia rozbijającego monopol informacji, wreszcie wielomilionowego ruchu „Solidarność”"
Poszukując odpowiedzi na powyższe pytania musieli dostrzegać również i to, że nie była i nadal nie jest to kwestia znalezienia "języka do opowiadania o tej złożonej, fascynującej historii", a raczej WOLI środowisk opiniotwórczych, świadomie przeciwstawiających się "bogoojczyźnianemu zadęciu" i "kombatanctwu" w obawie przed rzekomym "zagrożeniem nacjonalistycznym", którego pożywką, w ich obłąkanym mniemaniu, mogłoby stać się to wszystko z czego Polacy mogliby i powinni być dumni.
Z tych samych powodów, zwalczaniem wszystkiego co mogłoby wzbudzać poczucie dumy narodowej, namiestnicze władze PRLu skutecznie przyczyniły się do unicestwienia pamięci największej w historii Świata armii podziemnej i jej wielkiej roli w dramatycznych zmaganiach i ostatecznym pokonaniu narodowosocjalistycznego potwora.
Do dziś pamiętam dramatyczny publiczny apel Andrzeja Wajdy z lat dziewięćdziesiątych "dajcie nam tematy", bo nie mamy o czym kręcić filmów! Po 50 latach zakorkowania umysłowego, kształtowania "człowieka nowego typu" jak enigmatycznie określano formowanie homosovieticusa, legendarny twórca filmowy nie miał o czym kręcić!
Jankowska twierdzi, że "uformowały się dwa kody, pomnikowo – bohaterski i zdradziecko – agenturalny". Gdzie? Chyba tylko wirtualnie, w dominujących mediach, w których przeciwników rysuje się według z góry przyjętej kalki nie dopuszczając jednocześnie ich do głosu. Spokojne dociekanie prawdy historycznej i odbudowywane świadomości historycznej Polaków przybiera w krzywym zwierciadle z pracowni Michnika postać właśnie takich karykaturalnych kodów, o których mówi Janina Jankowska. To przerabianie przeciwników metodą reductio ad absurdum pod wystawioną piąchę jest tak często stosowane, że można by nazwać nawet metodą Michnika rozprawiania się z przeciwnikami.
Stosowanie metody ułatwia to, że wspomniane kody istotnie gdzieś tam pojawiają się w przestrzeni publicznej. Nie one jednak wyznaczają główny nurt dyskusji, jaka toczy się poza mediami dominującymi. Paradoksalnie, wpisuje się w nie fragment wypowiedzi samej Autorki, dotyczący marszałka Niesiołowskiego! Marszałek jest bowiem akademickim przykładem całej złożoności, o której Autorka mówi. Konfrontowanie dzisiejszej jego roli szpicy bezpardonowej walki z PiS, z zachowaniami z przeszłości, również tymi, ukrywanymi, haniebnymi wychodzi akurat poza krytykowaną (słusznie) dychotomię. Podobnie jak Wałęsa (i zapewne wielu innych), nie jest postacią jednoznaczną, którą w takie ramy można by wcisnąć. Przynajmniej zgodnie z tym co obecnie wiemy. W żadnym wypadku nie są to sprawy zamknięte, o których nie powinno się dyskutować.
Jednak podniesienie tego konkretnego przypadku przez Jarosława Kaczyńskiego dotyka jeszcze innego ważnego problemu. Dotyka problemu moralnego mandatu ludzi piastujących najwyższe, najbardziej reprezentacyjne funkcje w państwie. Czy to źle, że ktoś w końcu te sprawy jasno przedstawia opinii publicznej i w dodatku jest słyszalny, nie da się uciszyć? Inny przykład z początku IIIRP. Czy uczynienie z premiera Mazowieckiego ikony i ukrywanie przed szerszą opinią jego haniebnej kolaboracji w najczarniejszych latach stalinizmu było najwłaściwszą drogą budowania nowego państwa. Przykłady można mnożyć
Skądkolwiek byśmy nie wyszli dochodzimy zawsze do problemu uzurpacji ograniczania ludziom dostępu do wiedzy i nieuprawnionego zawłaszczenia sceny politycznej wraz z ośrodkami opiniotwórczymi. Mamy tu prostą kontynuację "zdobyczy" PRLu. Bezwzględnie atakuje się za to wszystkich, którzy próbują przerwać obowiązujący kanon, choćby tak, jak Autorka atakuje tu Jarosława Kaczyńskiego (popadając przy okazji w sprzeczność).
Czy czterdziestomilionowy naród może wyłonić z siebie przedstawicieli, którzy nie mają na sumieniu kapowania przyjaciół bądź zwąchiwania się z
mandatariuszami służb kraju, który przez 50 lat trzymał nas w niewoli? Dlaczego to Niesiołowski, Maleszka, Komorowski, Szczypiorski, Geremek, Mazowiecki i wielu im podobnych wyznaczali standardy życia publicznego przez lata razem z Urbanem, Cimoszewiczem, Kwaśniewskim, Pastusiakiem, Kaliszem, Kwiatkowskim, Millerem, Jakubowską itd. Dlaczego do tej pory legendarni bohaterowie walki z systemem pozostają poza sferą publiczną? Dlaczego nikt nie próbował nawet przywrócić elementarnych zasad sprawiedliwości, czy choćby przeciwstawić się dalszemu gnębieniu ludzi przyzwoitych i powiększaniu wpływów beneficjentów PRLu?Pytań takich jest wiele. Zainteresowanym gorąco polecam książkę Joanny i Andrzeja Gwiazdów. Ich wyważone, rzeczowe teksty podejmujące tematy tabu w IIIRP przypomniały mi klimat działań opozycji i najbardziej opiniotwórczych wydawnictw podziemnych lat 70 i 80-tych.
Dodam tylko jedno. Co środowiska dziennikarskie uczyniły, aby debaty publiczne w Polsce miały charakter merytoryczny, nie epatowały łatwymi emocjami? Żeby wymachujący rękami i emocjami w rytm podpowiedzi socjotechników Kraśko czy Lis nie był wzorem dla adeptów dziennikarstwa.
Środowiska dziennikarskie ponoszą znaczną część odpowiedzialności za to, że proste pytania pani Jankowskiej po 20-u latach niepodległości nadal pojawiają się.
PS. O tym, co przydarzyło się kiedyś marszałkowi Niesiołowskiemu można poczytać tu .
Co Bronisław Komorowski ma wspólnego WSI? Zobacz tu i tu


Komentarze
Pokaż komentarze