Adam Danek napisał dzisiaj interesujący artykuł p.t."Demokratyczna geneza totalitaryzmu", który podsumowuje tak:
"Poglądy przedstawiające demokrację i totalitaryzm jako przeciwieństwa należy uznać za fałszywe. Państwo demokratyczne i państwo totalitarne są potworkowatymi dziećmi tego samego ideologicznego postulatu unifikacji państwa ze społeczeństwem (ludem). Demokracja i totalitaryzm sytuują się na tym samym biegunie. Na drugim biegunie, przeciwnym pierwszemu, znajduje się niedemokratyczne państwo oddzielone od społeczeństwa (ludu), a więc odrzucające wszelkie formuły ludowładztwa – zarówno demoliberalną, jak i totalitarną."
Nie wiem czy w tak zakreślonym schemacie da się jakoś umieścić nieco inne widzenie zbieżności totalitaryzmu i dzisiejszej demokracji. Zgodnie z tym innym widzeniem, totalitaryzm jest tylko punktem singularnym demokracji, osobliwością, wynaturzeniem, a jednocześnie immanentną skłonnością demokracji.
Dzisiejsza demokracja jest pochodną wyobrażeń z czasów rewolucji francuskiej. Co tam takiego złego stało się? Ano wmówiono ludziom, że wszyscy jednakowo znają się na wszystkim, wobec tego wszyscy o wszystkim mogą decydować. To jest największe kłamstwo, najstarsze i nie do obalenia. Dlaczego?
Zawsze tak jest, że jeśli człowiek stworzy jakiś sztuczny system sprzeczny z naturą, to natura wyżłobi sobie ścieżki omijające sprzeczności, paradoksalnie utrwalając sam system. Jakie ścieżki powstały w tym przypadku? Najbardziej widoczne są w wykwitach totalitarnych tej porewolucyjnej demokracji. Widzieliśmy, jak "Awangarda proletariatu" i "przywódca narodu" sprawowali niepodzielne rządy, zamiast ludu i za lud. W demokracjach zachodnich obserwujemy dyktaturę nie proletariatu tylko technokratów, ludzi w garniturach bez właściwości, którzy wiedzą lepiej. Wszystko i od wszystkich. Od zakrzywienia bananów po globalne ocieplenie. Lud "załatwia się" za pomocą rzeczywistości wirtualnej kształtowanej dowolnie na potrzeby promocji jednych i zadołowania innych. O wyniku wyborów decyduje siła sprzyjających mediów.
Jaki system zatem byłby zgodny z naturą człowieka? Demokracja pośrednia!
Przeciętny wyborca nie ma pojęcia, a jeśli ma to mgliste i w dodatku łatwo kształtowalne. Nie ma pojęcia o systemie prawnym, gospodarce, obronności, polityce międzynarodowej, o wszelkich potrzebach i możliwościach realizacji ich na poziomi państwa. A przecież własnymi preferencjami w tych abstrakcyjnych dla przeciętnego wyborcy sprawach powinien kierować się, jeśli jego wybór miałby być świadomy i racjonalny, prawda? A jak jest w praktyce? Myślę, że nie ma tu potrzeby mówić. Wszyscy wiemy. Dlatego o wyniku wyborów decyduje siła sprzyjających mediów.
Co jest zatem naturalne i w zasięgu możliwości przeciętnego wyborcy? To proste. Wybór elektora!
"Nie bardzo orientuję się w zawiłościach spraw państwowych, ale potrafię ocenić, kto z mojego osiedla ma więcej niż inni oleju w głowie i w dodatku dzieli podobne do moich wartości." - to komfort, który zabrała ludziom rewolucja francuska. A mogłoby być tak dobrze. Jeden mandat elektorski na 3-5 tysięcy mieszkańców, integracja lokalnych społeczności, upodmiotowienie i wzrost postaw obywatelskich wynikający z uzgodnienia jednostki z miejscem i społecznością, wśród której przyszło jej żyć.
Niestety, o takim systemie możemy sobie tylko pomarzyć. Postępowcy już w szkole podstawowej zaszywają nam w mózgach paralizator wywołujący na samą myśl, że rewolucja francuska mogłaby być największym nieporozumieniem i najbardziej fałszywym mitem, elektrowstrząsy do utraty świadomości włącznie, o czym świadczą stale powtarzające się wyznania wiary w rewolucję w postępowych mediach.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)