130 obserwujących
53 notki
306k odsłon
398 odsłon

Rozdział osiemnasty

Wykop Skomentuj12

Dopiero w Warszawie Wilczycki zadzwonił do Moniki. Umówili się w „Słodkim życiu”. Z Przemyśla wyruszył po śniadaniu. Kasia zdążyła odwieźć chłopców i wróciła z pieczywem, nabiałem i wędliną. Przygotowała jajecznicę. Żółty miąższ przetykany był zielonymi źdźbłami szczypioru i brązowymi plastrami kiełbasy. Wilczycki zmuszał się do jedzenia i z każdym kęsem popijanym słabą, słomkową herbatą czuł się lepiej. Robert odświeżony już i gotów do działania dowcipkował umiarkowanie. Za oknem wiatr gonił niskie chmury.

Obiecałeś mi – gospodarz z filuterną miną nachylił się nad Wilczyckim. Nie mógł nie zaśmiać się.

Obiecałem, że się zastanowię.

Wiem, że jak wyjedziesz, wszystko tu wyda się ci mało znaczące, nieważne. Ale pamiętaj... To jest nasze życie, a więc jest ważne. Może nie tylko dla nas...Jechał wiele godzin. Na obiad zatrzymał się w przypadkowym zajeździe. Dopiero wtedy zamówił małe piwo. Popijał nim schabowego z kapustą i ziemniakami. Zanurzał się w uspokajającej goryczy, która spłukiwała tłuszcz obiadu i pozostałości wczorajszej nocy. Do ciemnego lokalu, wnosząc wilgoć i odór długiej drogi, wchodzili kierowcy ciężarówek. Zamawiali zupę pomidorową albo kapuśniak, a potem zwykle schabowego, choć czasami brali zrazy wołowe z gryczaną, albo żeberka. Za oknem w białej mżawce samochody rozpryskiwały fontanny wody. Poprzez drogę w mgle tonęły pojedyncze zabudowania. Linię horyzontu wyznaczał widmowy las. Przemyśl był nie tylko daleko. Rozpływał się za widnokręgiem wraz z nieprawdopodobnym spotkaniem, opowieścią dawnego kolegi, wieczorem pełnym zadziwiających propozycji i zaskakujących wniosków. Wydawał się coraz bardziej nierealny. Propozycja Bryły była na tyle ekscentryczna, że Wilczycki nie rozumiał, jak mógł potraktować ją serio. Kiedy wjechał w ciemniejące w szarym półmroku przedmieścia Warszawy, pomyślał, że spotkanie z Robertem mogło być złudzeniem. Dopiero po chwili przypomniał sobie o upchniętym w ostatnim momencie do walizki w bagażniku słoiku marynowanych grzybów, który na pożegnanie dała mu Kasia. Im bardziej zbliżał się do Warszawy, im bliżej był domu, tym intensywniej powracał do niego wizerunek Moniki. Przypominał sobie jej uśmiech, sylwetkę i zastanawiał się jak tak długo mógł nie tylko bez niej wytrzymać, ale prawie o niej nie myśleć. Pod opuszkami palców nabrzmiewała powierzchnia jej skóry, powracały miłosne akty, które uwalniały ich ze świata, aby potem, uspokojonych i szczęśliwych, pozostawić na odległym wybrzeżu snu. Trzy tygodnie włóczęgi po Polsce rozpłynęły się gdzieś. Były innym czasem, przeżywanym przez kogoś obcego, nie do końca rzeczywistym.

W skrzynce na listy, w kopercie znalazł kartkę od Returna: „Nie można Cię w ogóle złapać. Zadzwoń! Pilnie! Ważna sprawa!”. Informacja zainteresowała go tylko na moment. Myślał o Monice, choć na krótko powróciły do niego obrazy Marii i Sabiny. Potem uświadomił sobie, że tęskni również za Tomkiem. Wszystko dominowała jednak konieczność spotkania Moniki. Z szuflady wyciągnął wyłączony telefon, który wrzucił tam przed wyjazdem. Coraz bardziej nerwowo przerzucał kartki notesu, aby znaleźć wreszcie zapisany w nim PIN. Z niepokojem wystukał go i z radością zobaczył ożywający ekran. W telefonie Monika zareagowała jakby rozstali się wczoraj, choć po pierwszym: „co słychać” wyczuł niemal niezauważalną pauzę. W powietrzu unosił się jej oddech.

Dziewczyna z fotografii na ścianie była smutna. Tym razem nie potrafiła niczego wypatrzyć przez znajome mury i kształty. Wilczycki patrzył na nią, jak na starego znajomego zatopionego w swoich sprawach. Monika spóźniona tylko parę minut weszła szybko z nieco nienaturalnym uśmiechem. Nadstawiła policzek, choć nie odwzajemniła jego pocałunku. Była piękna.

Nie odzywałeś się prawie trzy tygodnie – rzuciła nieomal obojętnie.

Wiesz, podróżowałem. Jeździłem po Polsce. Bez celu. Musiałem nabrać dystansu... – Wilczycki gubi wątek. Kobieta po drugiej stronie stolika, w którą wpatruje się tak intensywnie, że zapomina, co miał jej do powiedzenia, nie wygląda na zainteresowaną. Wilczycki usiłuje przypomnieć sobie ich zbliżenia, w tym momencie tak nierealne, że aż nieprawdopodobne, uporządkować wspomnienia, aby przeżyć je ponownie, zapanować nad nimi... Ale, chociaż jest w stanie opowiedzieć o nich, wiedza nie przekłada się na obrazy, dźwięki; zmysłowe doznania pozostają chaosem.

– Chciałem... chciałem... – Monika jest wszystkim, o czym marzy teraz. Gwałtownie odsuwa rękę, trafiającą na jego niezdarnie wyciągnięte w jej kierunku palce.

To już nie ma znaczenia. Dziś, to już nie ma znaczenia – mówi nieco sztucznym, suchym tonem, choć równocześnie uśmiecha się do niego. Jest już późno i lokal wyludnia się. Wilczycki usiłuje znowu położyć rękę na dłoni Moniki, ale ta zabiera ją i tym razem. Twardo patrzy mu w oczy.

Daj spokój. To już koniec. Zdecydowałeś się. Dokonałeś wyboru i teraz to już zamknięte. Teraz musisz tylko oddać mi telefon. – Monika chce uśmiechnąć się rozbrajająco, tak w każdym razie myśli Wilczycki, ale krzywi tylko usta. Wilczycki jest oszołomiony, choć powtarza sobie, że niczego innego nie mógł się spodziewać.

Oczywiście, oczywiście – powtarza. Kładzie na stoliku ciemne pudełko. – Jestem ci jeszcze coś winien...

Chyba nie za dużo – tym razem dziewczyna śmieje się i wygląda wyjątkowo młodzieńczo. – Telefonowałam do ciebie parę razy. Zawsze był wyłączony.

No tak... zostawiłem go. Nie wziąłem ze sobą.

No tak... zostawiłeś. Nie wziąłeś ze sobą – powtarza kobieta z poważnym wyrazem twarzy.

A jak twój materiał o Syntetycznej Krwi i o Instytucie Kultury Katolickiej... – Wilczycki orientuje się, że mówi poza świadomością. Sytuacja boli go, choć nie powinna. Nie wie, czego oczekiwał od Moniki, ale wyobrażenie, że będzie czekała na niego i bez problemu wrócą do tych samych relacji, było co najmniej naiwne. Próbuje jednak...

Czy nie myślisz, że my...

My? Jacy my? – Monika przerywa ze sztucznym uśmiechem. – Daj już spokój... Wiesz, opublikowałam tekst o Instytucie, o tym IKK, ale nie chcieli wziąć mi fragmentów o przeszłości Pastuszka i Zadry. Wyrzucili wątek Nowaka... Musiałam się zgodzić. Może gdybym miała mocniejsze dane, gdyby Gont potwierdził to, co wiedziałam, co sam mi mówił... Ale kiedy nie dostał od ciebie gwarancji, spławił mnie... Daj spokój – przerwała, kiedy usiłował powiedzieć coś, chociaż nie miał do powiedzenia nic. – Daj spokój. Teraz to już nieważne. Artykuł już poszedł, żyje swoim życiem albo raczej zdechł, nie zaistniał, nikt nie podchwycił go, chociaż podobno ktoś przebąkuje o śledztwie. Nic konkretnego. Nie ma problemu. To tylko kilka miesięcy mojej pracy – sarkazm w jej głosie jest ostentacyjny. – Może gdyby Starzec, ksiądz Mikołaj, mógł pociągnąć sprawę, ale on przecież wyjechał...

Wyjechał?

To ty nie wiesz?! Zmusili go. Hierarchia. Na pożegnanie opowiedział mi, jak wezwał go biskup Łęczycki, ten ideowy przeciwnik Korytki. Więc Mikołaj, ksiądz Mikołaj liczył na niego, a on zaczął od ostrej reprymendy, że jego, Starca działania są na rękę tym labisiom, zapamiętałam słowo, znasz je? – Wilczycki nie znał. – To stare, ale funkcjonujące w kościele określenie takich modnych, światowych, postępowych księży, którzy zapominają, po co jest Kościół. Tak w każdym razie tłumaczył mi Starzec. Ksiądz Starzec. Więc Łęczycki zarzucił mu, księdzu Mikołajowi, że swoim działaniem wspiera takich labisiów jak Korytko, gdyż podważa autorytet Kościoła. Nie chciał słuchać, że Korytko jest głównym przeciwnikiem Starca. Zarzucił mu grzech pychy. Stwierdził, że grzebanie w papierach Kościoła będzie niesłychanie destrukcyjne i wykorzystane zostanie przez przeciwników religii i wcale nie będzie służyło odsłonięciu prawdy, ale odwrotnie. Zakomunikował mu, że zsyłają go do jakiejś dziury, do Szczecinka chyba. Rozumiesz, co to znaczy? Odebrali mu jego hospicja. Widziałam go wtedy. Ciężko to przeżył, ale podporządkował się. Jak on wtedy wyglądał... – dziewczyna przerywa, zanurza się we wspomnieniach, upodabnia do fotografii na ścianie. Prędko jednak dochodzi do siebie. – Tłumaczył mi, że to dla niego próba, że musi ulec, wyrzec się ambicji... Może on znajduje sens w tym posłuszeństwie, bo ja wcale – Monika szarpnęła głową. Zacisnęła usta. Jej rysy wyostrzyły się. Nie wyglądała już tak młodo.

Może gdybym miała więcej danych o IKK, gdyby pomógł mi Gont, gdybyś ty go do tego namówił... Gdybyś mi pomógł... Może udałoby się zrobić z tego sprawę i wtedy tak łatwo nie rozprawiliby się z Mikołajem! – patrzyła na niego oskarżycielsko.

Zdaje ci się. Myślę, że ci się zdaje... Przecież ja... Mam doświadczenie... Ja też próbowałem...

Ty ciągle swoje – Monika była zniecierpliwiona. – Ta twoja martyrologia. Ale to już nie ma znaczenia. Sprawa rzeczywiście zamknięta i trzeba myśleć o przyszłości. Muszę już iść – poderwała się chwytając rzucony na oparcie krzesła płaszczyk.

Może cię odprowadzę? – Wilczycki podniósł się również.

Daj spokój. Jestem umówiona.

O tej porze? – nie mógł powstrzymać się od pytania. Dochodziła północ. Monika roześmiała się. Cierpki uśmiech, pomyślał. – Może spotkamy się jeszcze... – kontynuował rozpaczliwie.

Spotkamy? W jakim celu? – To było retoryczne pytanie, które rzuciła mu już od drzwi, dwa kroki przed nim, podążającym za nią niepewnie. – To na razie. – Odwróciła się zanurzając w drzwiach, w nocy i podnosząc rękę w pozdrowieniu.

 

Wykop Skomentuj12
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale