Gdyby ktoś chciał nakręcić trzymający w napięciu film sensacyjny, w którym akcja praktycznie nigdy się nie kończy, powinien prześledzić losy misji ISAF w Afganistanie. Zwłaszcza w tym roku. Praktycznie od stycznia sensacja goni sensację. Najpierw był incydent z bezczeszczeniem zwłok poległych talibów, potem afera z paleniem ksiąg Koranu oraz jej reperkusje w postaci gwałtownych demonstracji oraz śmierci kilku zachodnich żołnierzy i doradców politycznych. Następnie przed kilkoma tygodniami amerykański żołnierz dokonał jednej z największych masakr ludności cywilnej w najnowszej historii kraju.
857
BLOG
Afgańskie Hollywood
Mało? W poniedziałek śmierć poniosło w sumie trzech operatorów ISAFu. Dwóch Brytyjczyków padło ofiarą sfrustrowanego afgańskiego wojskowego, który otworzył do nich ogień, kiedy ci nie chcieli wpuścić go na teren swojej bazy (bynajmniej jednak frustracja nie była jednak spowodowana tym faktem). Z kolei na wschodzie kraju jeden z żołnierzy (najprawdopodobniej Amerykanin) został śmiertelnie postrzelony na punkcie kontrolnym przez członka lokalnej straży plemiennej.
Trzeba przyznać, że jak na kilka miesięcy jest to dosyć spore nagromadzenie akcji, emocji oraz przemocy. Jakby tego było mało w dniu wczorajszym afgańskie służby bezpieczeństwa poinformowały o nie lada sukcesie. Otóż w stolicy kraju Kabulu, w centrum miasta, w budynku jednego z ministerstw (Obrony w tym wypadku) udaremniono zamach bombowy na szeroką skalę.
Policja oraz wojsko aresztowało łącznie kilkunastu przyszłych (niedoszłych) zamachowców, wśród których znalazło się także… czterech żołnierzy. Planowali oni zaatakowanie autobusów wiozących cywilów do pracy w ministerstwach. Miało im w tym pomóc jedenaście specjalnych kamizelek wypełnionych po brzegi ładunkami wybuchowymi (tzw. pasów szahida). Gdyby ich plany się powiodły, śmierć mogło ponieść nawet tysiąc cywilów.
No cóż, wiadomość sensacyjna. Trzeba to przyznać. Należy też oddać honor afgańskim oficerom, którzy w porę wykryli oraz unieszkodliwili zamachowców (podobno 45 minut później nie byłoby już kogo aresztować). Nie wiadomo co prawda w jaki sposób Afgańczycy wpadli na trop grupy, ani też kto pomagał im w pracy operacyjnej (wątpliwe, aby przeprowadzili całą operację zupełnie sami). Sukces pozostaje jednak sukcesem i powinien być doceniony. Zwłaszcza w kontekście ostatnich wpadek kontrwywiadu, niezdolnego do wyłapania wszystkich bojowników talibów, infiltrujących szeregi sił zbrojnych.
Radość radością, ale trzeba też zadać kilka istotnych pytań. Po pierwsze, jak to się stało, że grupa kilku(nastu) terrorystów przedostała się na teren Ministerstwa Obrony oraz zdołała zgromadzić na obiekcie tak duże ilości materiałów wybuchowych? Czy problemem jest niewydolny system ochrony i monitoringu budynku? A może ktoś zwyczajnie udzielił zamachowcom pomocy? Ten drugi scenariusz nie jest całkowicie nieprawdopodobny. Zwłaszcza w kontekście wspomnianego już faktu udziału w spisu czterech żołnierzy regularnej armii, którzy byli gotowi wysadzić się w tłumie ludzi, których jeszcze niedawno przyrzekali chronić.
Co więcej, aresztowanie zamachowców miało miejsce w odległości zaledwie jednego kilometra od pałacu prezydenckiego Hamida Karzaia. Jest to tym bardziej niepokojąca informacja, gdyż oznacza, że potencjalni zamachowcy mogliby podjąć w przyszłości próbę ataku na samego prezydenta i liczyć na sukces. Perspektywa ta to oczywiście czarny scenariusz, który nigdy nie musi zaistnieć. Nie oznacza to jednak, że odpowiednie afgańskie służby, a także wspierający ich żołnierze ISAFu nie powinni uwzględnić go w procesie szkolenia oraz doskonalenia sił zbrojnych oraz wszystkich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne kraju.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)