Jeżeli zastanawiacie się nad wyborem miejsca do spędzenia długo wyczekiwanego urlopu, lepiej omijać Afganistan. Nie jest to najbezpieczniejsze miejsce na świecie. I to wbrew wysiłkom centralnych władz, loklanych sił bzpieczeństwa oraz dzielnie ich wspierających wojsk misji ISAF. Zamachy, morderstwa, niepokoje społeczne, demonstracje... - po co to komu?
Weźmy na ten przykład ostatnie miesiące tego roku. Afera goni aferę. Przez kraj przetaczają się masowe (i pełne „wigoru”) demonstracje, zachodni żołnierze giną z rąk miejscowych sojuszników, cywilni doradcy polityczni usuwani są w wyjątkowo niepolityczny sposób, a na domiar złego kilka dni temu tysiąc afgańskich cywilów dzieliło raptem czterdzieści pięć minut od śmierci z rąk własnych „ziomków'. W slangu amerykańskich sił specjalnych uknuto nawet powiedzenie, które idealnie podsumowuje obecną sytuację: SNAFU (ang. Situation Normal: All Fucked Up).
O dziwo pomimo - delikatnie rzecz ujmując - lekkiej niestabilności kraju, już niebawem za bezpieczeństwo ¾ jego powierzchni odpowiadać będą lokalne wojska. W trakcie realizacji jest bowiem pięcostopniowy proces „przekazywania” kraju z rąk do rąk – a dokładniej z rąk ISAFu w ręce miejscowych. Chciałoby się powiedzieć „przerażające”, prawda? No cóż...i tak i nie.
Naturalnie, ciarki po plecach przechodzą, gdy człowiek pomyśli sobie, że zaraz ponad połowa tego pięknego kraju znajdzie się pod pełną kontrolą afgańskich sił zbrojnych. Dokładnie tych samych, których członkowie już wielokrotnie wykazywali się nieposłuszeństwem oraz skłonnością do samosądu (vide śmierć zachodnich żołnierzy i doradców wojskowych w reakcji na palenie egzemplarzy Koranu). Dokładnie tych samych sił zbrojnych, których szeregi regularnie są infiltrowane przez rebeliantów, a czego szkolone i finansowane przez NATO (czyt. USA) służby specjalne, nie są w stanie wykryć. Dokładnie tych samych sił zbrojnych, których dowódcy domagają się większej ilości czołgów, samolotów bojowych oraz innego rodzaju ciężkiego sprzętu, zupełnie jak gdyby wlaśnie to uzbrojenie miało im pomóc w zwalczaniu rebelii. O tak, idą ciekawe czasy..
Jednak może nie wszystko w planach ISAFu jest fucked up? Może idea przekazywania odpowiedzialności za kraj ludziom, którzy nie są (chyba) jeszcze do końca na to gotowy, ma jednak sens? Bardzo możliwe. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę kilka czynników.
Po pierwsze trzysta pięćdziesiąt tysięcy afgańskich żołnierzy i policjantów nie zostało wyszkolonych (chociaż proces ten jeszcze się nie zakończył i chyba długo do tego nie dojdzie), uzbrojonych i sfinansowanych po to, aby wiecznie podglądać zachodnich sojuszników na misjach. Nie! Formacje zbrojne zostały stworzone po to, aby patrolowac, pilnować, walczyć i bić się do ostatniego człowieka. Wszystko po to, aby ich kraj stał się bezpieczniejszym i spokojniejszym miejscem. Naturalnym procesem szkolenia żołnierza jest zaś wystawienie go na ostateczną próbą. W niektórych przypadkach może nią być rozkaz szaleńczego biegu na barykady. W innych zaś bronienie założonego przyczółka. W jeszcze innych wyjazd na pełen niebezpieczeństwa patrol po okolicy. Bez względu na rodzaj zadania, żołnierz jest od tego aby je zrealizować (or die trying jak to bywa w niektórych przypadkach).
Naturalnie, z każdym takim „chrzestem”, czy też próbą bojową wiąże się pewna skala ryzyka. Co jeśli żołnierz (oddział lub cała formacja) zawiedzie? Co jeśli nie będzie w stanie wcielić w życie umiejętności, których uczył się miesiącami u boku sojuszników? Co jeśli człowiek, którego ubierze się w szary mundur, da karabin do ręki (ba, nawet amunicję) i nauczy go obsługiwać, w chwili próby obróci się przeciwko nam? Jest to – moi drodzy – ryzyko, które zawsze towarzyszy tego typu sytuacjom.
Ryzyko to trzeba jednak podjąć. Zachód nie będzie siedział w Afganistanie wiecznie. Amerykanie i ich sojusznicy prędzej czy później opuszcą ten kraj (data – 2014r. - jest już nawet znana). Pytanie co wtedy? Bez licznych, dobrze wyszkolonych, a przede wszystkim doświadczonych wojsk Afganistan padnie. A razem z nim legnie w gruzach realizowana od ponad dekady polityka walki z terroryzmem, talibami oraz przeciwnościami losu napotykanymi na drodze do uczynienia z kraju zalążka normalnośći i stabilności w tym jakże niespokojnym regionie. Nie da się jednak obronić tej słusznej sprawy bez obaw o niepotrzebne ofiary, zdradę czy porażkę. Jest to cena, którą trzeba płacić prowadząc „walkę z wiatrakami”.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)