Afganistan pod wieloma względami przypomina Polskę. Po prostu nie przestaje zaskakiwać. Co lepsze, to władze centralne odgrywają w tym przypadku główną rolę. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że na afgańskiej ziemi nie jest zbyt bezpiecznie. Trudno spotkać tam jakichkolwiek turystów. O swoje życie i zdrowie obawiają się zagraniczni pracownicy zatrudnieni przy krajowych ministerstwach. Uzbrojeni po zęby i świetnie wyszkoleni żołnierze ISAFu boją się wyjeżdżać na misję. Ba, nawet zwykli, Bogu ducha winni obywatele, mogą zakończyć swój żywot wcześniej niżby chcieli. Nie ma co ukrywać, wesoło nie jest. Ale nie dla wszystkich..
Mające pełną świadomość z dramaturgii sytuacji władzew Kabulu podjęły niedawno decyzję (weszła w życie w ostatnim tygodniu) o zbanowaniu zagranicznych firm ochroniarskich operujących na terenie Afganistanu. Co najmniej kilkanaście PMCs (ang. Private Military Companies) dostało oficjalne nakazy zakończenia swej działalności, spakowania manatków i udania się na lotnisko w stolicy, celem powrotu do domu. Pytacie dlaczego? Hamid Karzai udzieli Wam odpowiedzi.
Zdaniem prezydenta Afganistanu cofnięcie pozwoleń na działalność dla zagranicznych PMCs jest niezbędnym krokiem w kierunku… stabilizacji sytuacji w kraju. Wydaje się to mało logiczne, prawda? No cóż, po intensywniejszym wsłuchaniu się w słowa prezydenta można odnaleźć nieco sensu w jego decyzji. Karzai twierdzi bowiem, że operujące na terenie jego państwa firmy ochroniarskie nierzadko brutalnie i bez żadnych konsekwencji łamały miejscowe prawo i przekraczały swoje uprawnienia. Jako przykład podaje przypadki agresywnego obchodzenia się z Afgańczykami, zatrzymywanymi do rutynowej kontroli na krajowych drogach.
Ponadto, pracownicy PMCs mieliby angażować się w działalność przestępczą, której trzonem były rabunki lub też bezpodstawne otwieranie ognia, skutkujące śmiercią niewinnych cywilów. Mając w pamięci relacje z brutalnych zachowań prywatnych najemników pracujących w Iraku (np. pamiętny incydent z 2007r., kiedy pracownicy jednej z najbardziej znanych na świecie firm ochroniarski Blackwater otworzyli ogień do cywilów stłoczonych w centrum Bagdadu, powodując śmierć siedemnaściorga z nich), nie sposób nie przyznać racji afgańskim władzom.
Rozumiejąc już podstawy decyzji Karzaia, należałoby doszukać się w jego polityce jakiejkolwiek dalekowzroczności. Tej – niestety – brak. Zacznijmy może od początku. Firmy ochroniarskie operujące w Afganistanie świadczą szeroki zakres usług dla różnego rodzaju instytucji. Ochraniają VIPów, zapewniają bezpieczeństwo ambasadom i oficjalnym przedstawicielstwom międzynarodowych organizacji (np. ONZ), strzegą pracowników firm sektora budowlanego lub energetycznego, skupionych na odbudowie kraju (w tej chwili w Afganistanie realizowane jest kilkadziesiąt kosztownych projektów infrastrukturalnych i społecznych) i tak dalej, i tak dalej.
Wszystkie „afgańskie” PMCs razem wzięte zatrudniają łącznie około czterdziestu tysięcy pracowników. Są wśród nich zarówno przedstawiciele świata Zachodu (najczęściej byli członkowie sił specjalnych), ale także i Afgańczycy, którzy przeszli odpowiednie szkolenie oraz testy sprawdzające. Szacuje się, że cały biznes ochroniarski w Afganistanie generuje milionowe (i to wielo-) zyski w skali rocznej. Jest to więc żyła złota, a jednocześnie szansa na odbudowę kraju pod czujnym okiem najemników, strzegących całego interesu przed rebeliantami. Działania Zachodu w „Afganie” są bowiem jak system naczyń połączonych. Każdy element jest uzależniony od któregoś z pozostałych. Nie da się tak zwyczajnie wyłączyć jednego z nich z gry.
Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Wielomilionowe projekty inwestycyjne (o łącznej wartości dwóch miliardów USD) realizowane są przez podwykonawców zatrudnianych przez różnego rodzaju fundusze pomocowe (np. amerykański USAID, tj. U.S. Agency for International Developement). Zatrudniają one tysiące cywilnych kontraktowców, rozsianych po całym kraju, których zadaniem jest odbudowa Afganistanu i danie szansy lokalnym społecznościom na normalne życie. Tego typu działania – co zrozumiałe – są solą w oku rebeliantów. Nic więc dziwnego, iż za wszelką cenę starają się oni torpedować starania Zachodu i sabotować projekty inwestycyjne. W wielu przypadku ich starania okazują się bezskuteczne właśnie dzięki obecność PMCs, których pracownicy w porę zażegnują niebezpieczeństwo (często przy użyciu szerokiego wachlarza środków broni palnej). Gdy znikną ochroniarze, inwestycje zostaną wstrzymane. Nikt nie będzie bowiem narażał życia i zdrowia swoich pracowników oraz wydawał milionów dolarów na budowę, np. szkoły, która i tak zostanie zrównana z ziemią w wyniku ataku talibów. Logiczne? Logiczne.
Jak sprawę widzą w Kabulu? Zdaje się, że władze centralne częściowo podążają ścieżką rozumowania przeciwników banu dla PMCs. Oferują bowiem kilka alternatywnych rozwiązań całej sytuacji. Podstawowym jest możliwość zatrudnienia przez zachodnich inwestorów ochroniarzy „przygotowanych” przez rząd. Chodzi o specjalną formację porządkową określaną jako APPF (ang. Afghan Public Protection Force). Jej członkowie mają być rekrutowani, wyszkoleni i uzbrojeni przez administrację Karzaia, a cena ich usług ma niewiele odbiegać od kosztów zatrudnienia zachodnich najemników (oczywiście, odbiegać wzwyż..). Rozwiązanie idealne, prawda? Nie.
Z APPF wiążę się szereg pytań oraz wątpliwości. Nie wspominając o niedociągnięciach. Przede wszystkim, nowa rządowa formacja miała docelowo liczyć kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Dziś, a więc w chwili, gdy powinna przejmować obowiązki PMCs, liczy od sześciu do dziesięciu tysięcy. Mało. Za mało. Co więcej, władze deklaruję, że członkowie APPF zostali dokładnie sprawdzeni pod kątem sympatyzowania lub współpracy z talibami. Jak? No cóż, pobrano dane biometryczne ochroniarzy, sprawdzono ich background oraz akta agencji kontrwywiadu w poszukiwaniu jakichś smaczków w ich przeszłości. Brzmi całkiem ok. I byłoby ok, gdyby nie fakt, że dokładnie takie same procedury sprawdzające tyczą się osób przyjmowanych do służby w siłach zbrojnych lub policji. Nie trzeba chyba wspominać, że poza oddziałami rebeliantów, te dwie formacje cechują się największym odsetkiem członków współpracujących z ekstremistami (sympatyków, frustratów, podwójnych agentów etc.). Nadal jest ok? Chyba już nie.
Co więcej, nie wiadomo jak władze sprawdzą pracowników APPF pod kątem, np. uzależnienia od narkotyków. Jest to problem powszechnie znany i krytykowany, a tyczy się wszystkich afgańskich mundurowych, bez względu na formacje, w których służą.
Nie wiadomo tez, co stanie się z Afgańczykami, zatrudnianymi do tej pory przez zbanowane PMCs. Władze nie wspominają bowiem nic o wykorzystaniu ich doświadczenia i włączeniach ich w struktury nowopowstałej formacji. Jak mogą potoczyć się ich dalsze losy? Różnie. W niektórych (aby jak najrzadszych) przypadkach, mogą oni jednak skupić się na działaniach określanych jako przestępcze (dajmy na to kradzieże..) lub – co gorsza – zaciągnąć się w szeregi rebeliantów. Byłoby to tragiczne w skutkach. I to nie tylko ze względu na to, że ludzie ci są świetnie wyszkoleni i doświadczeni. Nie. Pracując dla PMCs, pojęli też jak działają systemy ochrony zachodnich projektów inwestycyjnych oraz jakie są ich słabe punkty. Mogą tym samym okazać się cennym nabytkiem dla wszelkiej maści ekstremistów działających w Afganistanie.
Pocieszeniem może okazać się zezwolenie na operowanie w kraju tych firm ochroniarskich, które odpowiadają za bezpieczeństwo przedstawicielstw dyplomatycznych oraz politycznych państw i organizacji międzynarodowych. Co więcej – o łaska – niektóre zagraniczne PMCs będą mogły w dalszym ciągu świadczyć swe usługi na terenie Afganistanu. Warunek? Coroczna opłata „licencyjna” w wysokości stu dwudziestu tysięcy dolarów oraz kaucja na wypadek nieprzewidzianych wypadków opiewająca na kwotę czterystu tysięcy dolarów. Wszystko – oczywiście – trafi do państwowego budżetu, a więc urzędników. :) Proste? Tak. Łatwe? Z pewnością. Przyjemne? Zapewne. Ale czy zaskakujące? W coraz już mniejszym stopniu...
Komentarze
Pokaż komentarze