Michał Jarocki Michał Jarocki
130
BLOG

I Ty możesz zostać "Przyjacielem Syrii"

Michał Jarocki Michał Jarocki Polityka Obserwuj notkę 1

Wyjątkowo dowcipny termin spotkania ustaliły sobie czołowe państwa świata, zbierając się na rozmowy na całkiem nieśmieszne tematy. Grupa tzw. „Przyjaciół Syrii” zjechała się 1 kwietnia do Turcji, aby w komfortowych i wygodnych warunkach debatować nad losem udręczonego w walkach wewnętrznych kraju. 

Do Stambułu przybyły delegacje ponad siedemdziesięciu państw świata. Poczynając od Stanów Zjednoczonych, poprzez przedstawicieli Unii Europejskiej, a na reprezentantach świata arabskiego kończąc. Polityczna śmietanka towarzyska, elita elit. Nic dziwnego. W końcu temat spotkania jest na tyle istotny, ważny, kruchy i delikatny, że do jego rozwiązania trzeba było zebrać najtęższe umysły międzynarodowej polityki. A co tak właściwie chodziło?
 
Tematem przewodnim miało być wypracowanie pomysłów, a w ostateczności nawet i konkretnych planów działania, zmierzających do zaprzestania trwającego ponad rok rozlewu krwi w Syrii. Już od ponad dwunastu miesięcy siły rządowe, wierne Basharowi al-Assadowi „przekonują” liczne grupy opozycyjne, do porzucenia postulatów o wolnym i demokratycznym państwie. Jak dotąd całkiem dobrze udaje im się realizować stawiane przed sobą cele, czego nie można powiedzieć o opozycji. Podzielonej, niezdecydowanej, nielicznej i mocno dostającej w kość. 
 
Stambuł miał być przełomem. Miał stanowić moment zwrotny w proprezydenckiej „kampanii” syryjskich wojsk. Przynajmniej takie było założenie. Wiecie jednak, jak to jest z założeniami. Życie zawsze je weryfikuje. Czasem nawet modyfikuje. Niekiedy, w jednostkowych przypadkach, zmienia. Rzadko kiedy jednak pozwala je zrealizować w 100%. Tak też było tym razem.
 
Dlaczego? Powodów jest kilka. Spójrzmy, na przykład, na osiągnięcia szczytu. „Przyjaciele” ustalili, że pomimo tego, iż syryjska opozycja jest podzielona, jej głównym reprezentantem będzie od tej pory Syryjska Rada Narodowa z Burhanem Ghaliounem na czele. Z całą pewnością było to znaczące osiągnięcie i milowy krok na drodze konsolidacji i koordynacji działań opozycjonistów. Stanowiło to również przyczynek do zaprojektowania szerokiego wachlarza środków pomocowych dla tych Syryjczyków, którzy nie przepadają za al-Assadem. I co więcej – nie kryją się z tym.
 
Kiedy już ustalono, kto jest oficjalnym reprezentantem syryjskiej opozycji, postanowiono jej nieco pomóc. W ruch poszły mniej lub bardziej wyszukane pomysły oraz wspierające je argumenty. Po wielu godzinach negocjacji, wypowiedzeniu tysięcy słów oraz wypiciu kilku wiader kawy, zadecydowano, co następuje: wesprzeć opozycjonistów nowoczesnymi systemami łączności, tak aby z jednej strony usprawnić komunikację pomiędzy poszczególnymi grupami aktywistów, a z drugiej móc utrzymywać stałe i niezakłócone łącze pomiędzy NRS a światem zewnętrznym. 
 
Ponadto zebrane w Stambule delegacje zgodziły się na zebranie niemałej sumy pieniędzy z tytułu pomocy finansowej dla opozycji. Co więcej, przedstawiciele państw arabskich podjęli decyzję o utworzeniu specjalnego funduszu zasilanego co miesiąc z budżetu takich państw jak Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie (a także niektóre państwa europejskie z Niemcami na czele). Celem jest możliwość wypłacania żołdu żołnierzom opozycyjnej Wolnej Armii Syryjskiej. Autorzy projektu liczą, że przy odrobinie szczęścia uda im się tym samym przekonać przynajmniej część żołnierzy al-Assada do przejścia na „jaśniejszą stronę mocy”.
 
Poza wspominanymi powyżej postanowieniami, członkom delegacji udało się powtórzyć (na tysiące sposobów) znane od miesięcy slogany wzywające reżim w Damaszku do zaprzestania nierównej walki z opozycją, wycofania wojsk do koszar, oddania władzy, a najchętniej poddania się również pod zwierzchnictwo Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. 
 
Last but not least. Szczyt w Stambule potwierdził obowiązywanie zaprezentowanego przed kilkoma tygodniami kilkustopniowego planu pokojowego autorstwa Kofiego Annana. Jest to ważne o tyle, że plan został zaakceptowany przez wszystkie najważniejsze państwa świata, a także sam reżim w Damaszku. 
 
Spotkanie w Stambule uznano za sukces. Udało się skonsolidować opozycję, zadecydowano o wyposażeniu jej w nowoczesne środki łączności, podjęto decyzję o trwałym finansowaniu działań przeciwników al-Assada. Dlaczego jednak na koniec dnia pozostaje poczucie niedosytu? Może dlatego, że można było zrobić więcej? Może dlatego, że średnio rozgarnięty obserwator eventu dostrzeże w nim kilka niedociągnięć? Możliwe. Ba, nawet pewne. O co chodzi? 
 
Chodzi o kilka tzw. „ale”, które można i trzeba wziąć pod uwagę. Gotowi? Zaczynamy. Przyjaciele Syrii to w chwili obecnej ponad siedemdziesiąt państw świata. Niewiele to, jeżeli chodzi o facebookową listę znajomych. Jednak w środowisku międzynarodowej polityki, to całkiem sporo. Problem nie tkwi jednak w ilości a w jakości. Wśród „Przyjaciół” zabrakło czołowych polityków świata. Nie było Baracka Obamy. Nieobecni byli też najważniejsi przedstawiciele państw europejskich. Nie zjawiła się szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton. Zabrakło też głównego masterminda procesu pokojowego Kofiego Annana. Udziału w szczycie nie wzięli też przedstawiciele Rosji oraz Chin, a Iran w ogóle nie został zaproszony do rozmów. 
 
Nie da się pozbyć wrażenia, że pomimo rozmachu z jakim szczyt w Stambule został zorganizowany, jego ranga nieco przygasła. Brak przedstawicieli dwóch spośród pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ? Nieobecność głównego planisty działań pokojowych? Zlekceważenie szczytu przez najsilniejszy gospodarczo podmiot stosunków międzynarodowych? Trochę kiepsko. 
 
Po drugie, nie udało się podjąć ostatecznych decyzji w związku z pomysłem dozbrojenia opozycjonistów (którzy wówczas staliby się już pełnoprawnymi rebeliantami). Część państw obecnych na szczycie, zwłaszcza kraje arabskie (z „zadziwiającą” przewagą liczebną tych sunnickich), a także niektóre kraje zachodnie skłaniały się ku wysłaniu do Syrii dostaw uzbrojenia oraz wszystkich możliwych środków prowadzenia walki. Cel? Wyposażenie opozycji w narzędzia do skutecznego opierania się polityce pacyfikacyjnej władz. Skutek? Mizerny.
 
Pomysł nie upadł, jednak nie został też zaakceptowany. Zawisł w próżni międzynarodowej polityki i chyba długo się z niej nie wydostanie. Dlaczego? Część państw, w tym Stany Zjednoczone nie są do końca przekonane co do słuszności tej idei. Obawa koncentruje się wokół ryzyka eskalacji, a nie zakończenia konfliktu, czyli osiągnięcia zupełnie innego od zakładanych rezultatu. Pojawia się tez pytanie o to, co zrobić z uzbrojonymi opozycjonistami po obaleniu al-Assada? Przykład Libii pokazuje, że danie rebeliantom broni do ręki to jedno, ale odebranie tej broni, gdy zabawa się skończy, to coś zupełnie innego. 
 
Czy jednodniowe spotkanie okazało się sukcesem? Połowicznie. W dalszym ciągu nie udało się rozstrzygnąć kilku zasadniczych kwestii związanych z pomocą dla syryjskiej opozycji. Czy wobec tego można uznać je za porażkę? Też nie do końca. Pomimo braku kilku ważnych państw oraz czołowych polityków świata, należy docenić, że w jednym miejscu, jednego dnia zebrało się ponad siedemdziesiąt delegacji tak bardzo od siebie różnych państw. W dodatku przejawiających często odmienne interesy. O sukcesie bądź też porażce niech świadczy fakt, że w dniu prima aprilisowego szczytu, w Syrii śmierć poniosło kilkadziesiąt osób. Podobnie stało się kolejnego dnia. Co więcej, dzisiaj pewnie nie będzie inaczej. 
 

Ekspert Centrum Studiów Polska-Azja, Fundacji Amicus Europae i Instytutu Jagiellońskiego. Szef działu "Bezpieczeństwo Międzynarodowe" magazynu "Stosunki Międzynarodowe" (www.stosunki.pl). Redaktor Agencji Lotniczej ALTAIR.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka