„Najlepszą obroną jest atak” rzekł niegdyś jeden z najznamienitszych pruskich wojskowych, Carl von Clausewitz. Jego słowa musieli bardzo mocno wziąć do siebie dowódcy Sił Obronnych Izraela (ang. Israel Defense Forces, IDF). Zamierzają oni bowiem rozszerzyć skalę oraz zakres działalności własnych sił specjalnych w celu… a jakże, obrony kraju.
Komandosi spod znaku Gwiazdy Dawida mają być jeszcze bardziej agresywni i bezwzględni. Mają działać nie tylko na pograniczu, ale też głęboko za liniami wroga. Mają szukać, lokalizować i eliminować przeciwnika, nie pozostawiając mu żadnych szans na zwycięstwo. Innymi słowy, mają robić wszystko to, co robili do tej pory. Z tą różnicą, że częściej, szybciej i jeszcze skuteczniej.
Izraelscy specjalsi owiani są legendą i mrokiem tajemnicy. Wojska specjalne rozlane są po całości sił zbrojnych, wszędzie tam, gdzie mogą okazać się przydatne. Trzonem są trzy formacje: morska (Shayetet 13), powietrzna (Shaldag Unit) oraz lądowa (Sayeret Matkal). Nie wiadomo zbyt dużo o ich liczebności, strukturze ani tym bardziej o przeprowadzanych operacjach. To co wiemy, to fakt, że służący z nich ludzie stanowią elitę wojsk Izraela. Doświadczenie bojowe, zaangażowanie, uzbrojenie oraz sposób walki czynią z nich najlepszy oręż w rękach Tel Awiwu. W dodatku wszystkie trzy oddziały uznawane są za jedne z najlepszych na świecie.
Jest więc dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Z końcem zeszłego roku dowództwo izraelskich sił zbrojnych oznajmiło bowiem plany skoordynowania działań specjalsów. Nie podano wówczas zbyt wielu szczegółów, ale już same zapowiedzi brzmiały obiecująco. Dziś wiemy na ten temat nieco więcej.
IDF zamierza stworzyć specjalne dowództwo, mające kontrolować oraz systematyzować ilość i rodzaj operacji przeprowadzanych przez siły specjalne. Nowa instytucja nazywać się ma „Depth Corps” (dosłownie „głęboki korpus”). Nazwa budząca skojarzenia i jak się zdaje, idealnie pasująca do przypisanej roli. Dowództwo, działając w porozumieniu z dotychczasowymi zwierzchnikami specjalsów we wszystkich rodzajach sił zbrojnych (tj. sztabami wojsk lądowych, sił powietrznych i marynarki wojennej), będzie od tej pory odpowiadało za wszystkie przeprowadzane przez Izraelczyków operacje specjalne. Co więcej, zreformuje też nieco zakres dotychczasowych działań.
Jeszcze do niedawna izraelscy komandosi (tak jak i całe siły zbrojne) funkcjonowali w oparciu o dwa rodzaje działań: wojennych i przygotowujących na czas wojny. Taki podział został wprowadzony kilka lat temu przez generała broni Gabiego Ashkenaziego, byłego szefa sztabu IDF. Jego następca, generał porucznik Benny Gantz dodał do tej listy jeszcze jeden rodzaj: przygotowanie struktury konfliktu, poprzez przeprowadzanie regularnych operacji sił specjalnych na terytorium przeciwnika.
Wraz z częściową reformą charakteru działań IDF oraz w szczególności sił specjalnych, bardzo szybko zaczęto odczuwać pewne niedociągnięcia dotychczasowego systemu. Nowy rodzaj misji bojowych doprowadził zarówno do ich rozrostu ilościowego, jak i podniesienia poprzeczki, poprzez konieczność operowania daleko poza własnym terytorium, działając nierzadko w oparciu jedynie o własne umiejętności oraz rozpoznanie terenu i sytuacji.
To z kolei skutkuje tym, iż jak deklarują przedstawiciele wspomnianych wcześniej formacji specjalnych, zaczyna brakować sił i środków do przeprowadzania kolejnych operacji. Zużycie materiału, zarówno sprzętowego jak i ludzkiego jest zbyt duże i zbyt szybkie. Żołnierze mają za mało czasu na wypoczynek (tak bardzo istotny ze względu na charakter przeprowadzanych operacji), regenerację oraz odpowiednie przygotowanie się do kolejnych misji. Sam gen. Gantz odnosząc się do intensywności działań izraelskich sił specjalnych, stwierdził niedawno, że „praktycznie nie da się znaleźć takiego okresu czasu, kiedy coś by się nie działo na świecie”. Teraz ma się to zmienić.
„Depth Corps” będzie bowiem miało za zadanie wprowadzenie nowych rozwiązań w systemie zarządzania siłami specjalnymi oraz sposobu i efektywności wykorzystywania dostępnych środków. Poprzez koordynację działań specjalsów wszystkich rodzajów sił zbrojnych, Izraelczycy chcą osiągnąć lepszy stopień zarządzania wojskami, a także jakości i wyniku podejmowanych wyzwań.
Co więcej, wiele wskazuje na to, że rozszerzeniu ulegnie nie tylko sam zakres przeprowadzanych operacji. Zwiększyć mają się także szeregi wojsk specjalnych. Tak przynajmniej deklarują przedstawiciele IDF. Nie wiadomo na ten temat zbyt wiele. Uważa się, że możliwe są dwa scenariusze: stworzenie nowej formacji lub też przyjęcie do służby większej liczby żołnierzy w jednej z dotychczasowych formacji.
Za pierwszym rozwiązaniem przemawia fakt, iż nowa jednostka, tworzona od zera, mogłaby zostać „zaprojektowana” w całości zgodnie z wymaganiami nowego charakteru operacji bojowych. Zarówno dobór kandydatów, ich szkolenie, rodzaj uzbrojenia, a także całościowa struktura byłaby idealnie wpasowana w nowe realia.
Minusem w tym przypadku jest jednak czynnik czasu. Uważa się, że nowa formacja stałaby się w pełni operacyjna dopiero pod koniec obecnej dekady. Natomiast zmiany w siłach specjalnych potrzebne są już teraz. Sam „Depth Corps” ma rozpocząć pracę jeszcze w tym roku i koordynować również te misje które już teraz są planowane lub przeprowadzane.
Takie rozwiązanie wynika z realiów, w jakich operują specjalsi. Głównym teatrem ich działań są najwięksi przeciwnicy Izraela, a więc Syria, Liban oraz Iran. Walkę na pełnych obrotach trzeba podjąć już teraz. Nie można z tym czekać kilku lat. Dlatego też uważa się, że realny jest drugi scenariusz, a więc zwiększenie ilościowe, którejś z obecnych formacji. W tym przypadku najczęściej wymienia się „powietrznych” z Shaldag Unit. Z jednej strony ze względu na to, że jest to najprawdopodobniej najmniej liczna z wszystkich trzech jednostek (szacunkowe dane wskazują na liczbę ok. 40-50 operatorów). Z drugiej strony jej wzmocnienie wiązać się będzie z jeszcze jedną planowaną zmianą w wojskach specjalnych.
Media specjalistyczne donoszą, iż w sztabie IDF (a także w samym środowisku specjalsów) rozważany jest zakup odpowiedniej liczby amerykański samolotów pionowego startu i lądowania (ang. Vertical Take Off and Landing, VTOL) V-22 Osprey. Produkowane w kooperacji pomiędzy koncernami Bell i Boeing maszyny, wielokrotnie udowodniły swojej przydatności na polu walki. Łącząc w sobie zalety zarówno zwykłego samolotu (między innymi szybkość przemieszczania się i ładowność) z tym, co tak cenne w helikopterach (możliwość pionowego zwisu lub lądowania bez konieczności wykorzystania pasa startowego), okazały się niezwykle wartościowe, zwłaszcza w sytuacjach, gdy trzeba było szybko przerzucić większą liczbę żołnierzy w rejon operacji bojowej.
V-22 są bardzo cenionymi maszynami. Z ich usług korzystają żołnierze amerykańskich sił powietrznych oraz Korpusu Piechoty Morskiej (bardzo często w charakterze działań specjalnych). Stąd też zainteresowanie ze strony Izraelczyków. Działając głęboko za linią frontu (lub granicą), trzeba dysponować szybkimi i skutecznymi środkami transportu. Zarówno w przypadku przerzutu żołnierzy w rejon operacji, jak i ich późniejszego wycofania. Osprey zdaje się więc być idealnym rozwiązaniem na potrzeby Izraelczyków. Z pewnością jednak nie jedynym. Dlatego na ostateczną decyzję o jego zakupie trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Zdecydowanie szybciej dojdzie do pierwszej operacji pod dowództwem „Depth Corps”. Jednak o tym z całą pewnością się nie dowiemy. A przynajmniej nieprędko.


Komentarze
Pokaż komentarze