Michał Jarocki Michał Jarocki
170
BLOG

Sojusz za cztery miliardy dolarów

Michał Jarocki Michał Jarocki Polityka Obserwuj notkę 0

 Zbrojenia to piękna rzecz. Zwłaszcza, gdy płaci za nie kto inny. Przynajmniej po części dokładnie tak to wygląda w Izraelu. W ramach sojuszniczej pomocy władze w Tel Awiwie od lat otrzymują grube miliardy dolarów od amerykańskiego rządu. Ich przeznaczenie? Bynajmniej nie budowa szkół, remont starych autobusów czy wręczanie posłom iPadów. Nie! Izraelczycy wiedzą, na co wydawać otrzymane pieniądze. Na nową broń. 

Trzy miliardy sto milionów dolarów. Na taką kwotę jeszcze do niedawna opiewała roczna wartość amerykańskiej pomocy wojskowej dla Izraela. Pieniądze szły na zakup nowego uzbrojenia oraz modernizację starego. Być może także na utrzymanie samych sił zbrojnych, a także remont kantyny. Nie konkretny cel wydatków jest jednak w tym przypadku ważny, a  sam ich fakt.
 
Izrael to od lat (a dokładnie od lat ’40 zeszłego stulecia) jeden z najbliższych sojuszników USA. Strategiczne położenie w niezwykle kluczowym dla Waszyngtonu rejonie świata, silne lobby żydowskie w samych Stanach Zjednoczonych, a być może nawet fakt, iż izraelskie żołnierki uchodzą za najpiękniejsze na świecie (trudno się z  tym nie zgodzić). Wszystkie te czynniki sprawiają, że każda kolejna administracja prezydencka w Białym Domu starała się utrzymywać jak najlepsze kontakty z Tel Awiwem. Tańcom godowym nie było końca. Wspieranie izraelskich władz na arenie międzynarodowej, flirty polityczne, pomoce finansowe, sprzedaż uzbrojenia po zaniżonej cenie (a czasem nawet za darmo) itd. No sielanka.
 
Chciałoby się powiedzieć wymarzony sojusz. Przynajmniej z punktu widzenia Izraela. Zaiste, tak jest. A będzie nawet lepiej. W ostatnich dniach media donoszą bowiem o tym, iż skala amerykańskiej pomocy wojskowej na przyszły rok fiskalny jeszcze wzrośnie. O ile? O miliard dolarów! 
 
Kwota niebagatelna. Co więcej – szokująca i to z kilku powodów. Po pierwsze, jest to największa zwyżka pomocy finansowej w historii tego typu relacji pomiędzy USA a Izraelem. Po drugiej, suma ta nie pozostanie bez komentarzy ze strony państw arabskich oraz wszystkich regionalnych przeciwników Tel Awiwu. Po trzecie, jest to bardzo ryzykowny zabieg ze strony ubiegającego się o re-elekcję Baracka Obamy. W chwili, gdy krajowa gospodarka w dalszym ciągu nie może wyjść na prostą, przekazywanie miliarda dolarów obcemu państwu (z punktu widzenia zwykłego Joe z Manhattanu, Izrael jest tak abstrakcyjny jak Yeti – słyszał coś o nim, ktoś podobno go nawet widział, ale za nic w świecie nie wie, gdzie można go spotkać), to bardzo ryzykowne posunięcie. No ale czego nie robi się dla sojusznika.
 
No więc na co Izrael spożytkuje tak wielką sumę pieniędzy (po dodaniu „premii”, suma pomocy w roku fiskalnym 2013 wyniesie cztery miliardy dolarów)? Na nic innego jak broń. I to nie byle jaką. Amerykańskie dolary zostaną przeznaczone na zakup systemu obrony przeciwrakietowej „Iron Dome”. Zaprojektowany i zbudowany przez izraelskich konstruktorów z koncernu zbrojeniowego Rafael Advanced Defense Systems, jest w stanie niszczyć pociski rakietowe krótkiego zasięgu (a także pociski artyleryjskie), wystrzeliwane z odległości od 4 do 70km. Ich podstawowym przeznaczeniem jest ochrona północnych i południowych rubieży kraju, przed atakami ze strony działającego na terytorium Syrii i Libanu Hezbollahu, a także operującego ze Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu Hamasu. 
 
Pomysł na zabezpieczenie północy i południa kraju powstał po doświadczeniach wojny w Libanie z 2006r. Wystrzeliwane wówczas przez bojowników Hezbollahu pociski, doprowadziły do śmierci ponad setki Izraelczyków, a tysiące z nich zmusiły do opuszczenia swych domów. Szacuje się, że ok. milion obywateli przez czas trwania operacji, musiało przebywać w specjalnych schronach lub też codziennie miało taką perspektywę przed oczyma. 
 
Mając to w pamięci Izraelczycy szybko zaczęli prace nad wprowadzeniem na wyposażenie armii nowoczesnego i skutecznego systemu obrony przeciwrakietowej. Rozwijany od 2000 roku „Iron Dome” nadawał się idealnie, dlatego w lutym 2007 roku izraelskie władze wydały zgodę na zakup pierwszych baterii. 
 
Po kilku latach służby i eliminacji serii błędów technicznych, izraelski system osiągnął to, czego od niego oczekiwano – wysoką skuteczność. W opinii przedstawicieli izraelskich sił zbrojnych (ang. Israeli Defense Forces, IDF) system eliminuje od 75% do 90% wystrzeliwanych w kierunku Izraela pocisków rakietowych (dla uściślenia, jedynie tych, których trajektoria lotu wskazuje na to, że uderzą na tereny zaludnione – osłami na pustyniach nikt się nie martwi). 
 
Jednak wszystko ma swoje plusy i minusy. Wysoka skuteczność systemu to wynik zastosowania nowoczesnych i skomplikowanych technologii. A to z kolei przekłada się na cenę. Jeden pocisk przechwytujący (w terminologii IDF oznaczony kryptonimem „Tamir”) kosztuje 50 tyś $. Z kolei koszt jednej baterii (na jej wyposażenie wchodzi radar, system zarządzający pracą systemu oraz zestaw rakietowy) to już 45mln $ mniej na nowe iPady dla posłów. 
 
To właśnie cena powoduje, że do tej pory IDF zakupiły i rozstawiły wzdłuż granicy jedynie trzy baterie systemu. Dzięki amerykańskim dotacjom w przyszłym roku dokupione zostaną kolejne trzy, a docelowo Izraela strzec ma dziewięć zestawów „Iron Dome” (warto w tym miejscu dodać, że od decyzji o zakupie baterii, do jej rozlokowania w polu działań, minie co najmniej osiemnaście miesięcy). 
 
Wszystko pięknie, tylko gdzie jest w tym wszystkim drugie dno? Nie chodzi przecież tylko o przekazanie pewnej kwoty pieniędzy sojusznikowi w imię dobrego uczynku. Nie, tak nie działa polityka międzynarodowa. Zwłaszcza ta na najwyższym szczeblu. No więc?
 
Izrael się cieszy, bo za „darmo” dokupi sobie kilka nowych zestawów tak cennych baterii przeciwrakietowych. To raz. Mniej się cieszą przeciwnicy Izraela z Hezbollahu i Hamasu. To dwa. Nieco posępny jest Joe z Manhattanu, gdy z jego podatków finansowane jest „państwowe Yeti”, a nie system opieki społecznej. To trzy. Obama się tym nie przejmuje, bo zapewnia sobie głosy izraelskiej części wyborców na listopadową elekcję. To pięć. Wszystko? Chyba tak. Acha… warto dodać, że w powstawaniu i konstruowaniu „Iron Domu” udział brały amerykańskie firmy sektora zbrojeniowego, które na produkcji dodatkowych baterii dla IDF też pewnie nieźle zarobią. To sześć. Geniusz polityczny Obamy, czy efekt lobbowania Tel Awiwu? Zapewne jedno i drugie. Nie bacząc jednak na motywy, jedno można stwierdzić bez cienia wątpliwości: warto być sojusznikiem USA. Prawda, Polsko? 
 

Ekspert Centrum Studiów Polska-Azja, Fundacji Amicus Europae i Instytutu Jagiellońskiego. Szef działu "Bezpieczeństwo Międzynarodowe" magazynu "Stosunki Międzynarodowe" (www.stosunki.pl). Redaktor Agencji Lotniczej ALTAIR.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka