Michał Jarocki Michał Jarocki
207
BLOG

Biały Dom chce ratyfikacji Konwencji NZ o Prawie Morza

Michał Jarocki Michał Jarocki Polityka Obserwuj notkę 0

 W ostatnich latach amerykańska polityka zagraniczna kojarzyła się głównie z piaskiem, kurzem i palmami. Ponad dziesięć lat zaangażowania politycznego i militarnego w Iraku oraz Afganistanie, skupiło na sobie uwagę większej części pracowników Departamentu Stanu. Niejako niepostrzeżenie w stosunku do wspomnianych obszarów, przetaczał się temat Arktyki. Nic dziwnego. Region zimny, nieprzyjemny, a w dodatku oddalony gdzieś na północy… Gdzie mu do ciepłych i bogatych w ropę państw arabskich. No cóż, okazuje się, że zimno i lód stają się zdecydowanie przyjemniejszymi towarzyszami, gdy dowiadujemy się, że kryją w sobie ogromne złoża surowców energetycznych.

Nic więc dziwnego, że USA zaczęły w ostatnich latach przejawiać coraz większe zainteresowanie regionami, o których zapomniały przed dwudziestoma laty. Po zakończeniu zimnej wojny Arktyka straciła bowiem na znaczeniu w oczach Waszyngtonu. I paradoksalnie obszar, który przez blisko czterdzieści lat był areną najzagorzalszej rywalizacji flot Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego, szybko stał się zapomnianą i odległą krainą.

Jednak nic tak nie roztapia zamrożonego serca jak ropa i gaz ziemny. Tym bardziej, kiedy walka o kontrolę nad nimi zapowiada się naprawdę interesująco. Departament Stanu wprost zaciera ręce, a planiści opracowują różne warianty działania na kilka lat wprzód. Pierwsze efekty odrodzenia się amerykańskiego „niedźwiedzia polarnego” widać gołym okiem. Rozbudowa infrastruktury portowej wzdłuż północnego wybrzeża Alaski (zarówno tej cywilnej jak i wojskowej), reorganizacji jednostek sił zbrojnych wszystkich komponentów stacjonujących w regionie, intensyfikacja ćwiczeń i manewrów, aktywizacja polityczna na przykładzie Rady Arktycznej, wzrost liczby badań dna morskiego, etc., etc. Przykładów można by wymieniać.

Na pierwszy rzut oka zdaje się, że Amerykanie mają wszystko, co jest potrzebne do tego, aby odnieść sukces na Dalekiej Północy. Dysponują relatywnie dużym budżetem. Posiadają odpowiednio rozwiniętą technologię (a nawet jeżeli nie, to są w stanie szybko nadrobić zaległości). Mają liczny i doświadczony korpus dyplomatyczny. Większość z pozostałych państw regionu, to wieloletni sojusznicy. Nie mają tylko jednego. Potencjału prawno międzynarodowego, który wbrew pozorom może wiele zdziałać w omawianym przypadku.

O co chodzi? O pewien dokument prawa międzynarodowego, który już teraz jest intensywnie wykorzystywany przez pozostałe państwa regionu. A konkretnie o Konwencję Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza. Podpisana w roku 1982 w Montego Bay na Jamajce, reguluje wszystkie kwestie związane z relacjami międzypaństwowymi zachodzącymi na obszarach morskich.

Dzięki Konwencji wiele państw arktycznych stara się uzyskać prawa do kontrolowania dodatkowych, liczonych w setkach jeżeli nie tysiącach mil morskim, obszarów Oceanu Arktycznego. Oczywiście bogatych w ropę naftową i gaz ziemny. A kto wie, czy także nie inne cenne dobra.

Jak na tym tle wypadają Amerykanie? Blado. Bardzo blado. A to dlatego, że na dobrą sprawę praktycznie nie zaczęli wykorzystywać tego prawno- międzynarodowego narzędzia, które znacząco ułatwiłoby im walkę o wpływy w Arktyce. Dlaczego tak się dzieje?

Z bardzo prostej przyczyny. Stany Zjednoczone najzwyczajniej w świecie nie są stroną Konwencji. Co prawda prezydent Bill Clinton podpisał Dokument dnia 21 sierpnia 1996 roku, jednak umowa nigdy nie została zaakceptowana przez amerykański Senat. A to oznacza, że nie stała się obowiązującym w USA prawem, ani też czynnikiem kształtującym sposób, w jaki Waszyngton działa na arenie międzynarodowej.

Problem w tym, że brak ratyfikacji Konwencji przez Senat bardzo mocno ogranicza pole działania amerykańskim dyplomatom. Waszyngton nie może powoływać się na zapisy Dokumentu w trakcie dwu- i wielostronnych rozmów z partnerami, ani też przedstawiać swoich roszczeń terytorialnych względem Arktyki. USA mają też trudności w jasnym wyartykułowaniu podstawowych celów swojej polityki regionalnej, gdyż spora ich ilość jest uzależniona od tego, do jakiego stopnia będzie można wykorzystać zapisy prawa międzynarodowego. Rzecz ma się podobnie jeżeli chodzi o obronę własnych interesów w regionie, w sytuacji, gdy są one zagrożone aspiracjami państwa trzeciego, będącego stroną Konwencji.

Dlaczego pomimo podpisana Dokumentu w roku 1996, Senat do tej pory nie zdecydował się na jego ratyfikację? Z bardzo prostej przyczyny. A raczej z kilku. Po pierwsze Senat zawsze podchodził sceptycznie do jakichkolwiek aktów prawa międzynarodowego, których stroną mają stać się Stany Zjednoczone. Wystarczy wspomnieć nieco odległy historycznie Traktat Wersalski z roku 1919, powołujący do życia Ligę Narodów. A nawet nie sięgając aż tak daleko wstecz, umowę z 1998 roku powołującą do życia Międzynarodowy Trybunał Karny, której Amerykanie także nie są stroną.

Powodem jest w tym przypadku niechęć przed wiązaniem rąk amerykańskiej polityce zagranicznej. Nakładanie na Waszyngton ograniczeń prawno międzynarodowych, może okazać się w przyszłości tragiczne w skutkach dla interesów USA na całym świecie.

Po drugie, zdaje się, że USA najzwyczajniej w świecie przespały temat Arktyki.Kiedy Rosjanie i Kanadyjczycy, a wraz z nimi Norwegowie oraz Duńczycy zaczęli prowadzić badania dna morskiego i wyrywać sobie (na razie na poziomie teoretycznym) kolejne kawałki Arktyki, USA koncentrowały się na zwalczaniu rebeliantów i ekstremistów, biegając za nimi po irackich i afgańskich piaskach. Teraz przyszła pora opamiętania.

Zgodnie z doniesieniami amerykańskich mediów, Biały Dom zdecydował się na ostateczną ratyfikację dokumentu. Aby tego dokonać, niezbędne jest przekonanie do pomysłu senatorów. Ci są od jakiegoś czasu poddawaniu coraz silniejszemu lobbingowi ze strony członków administracji Bracka Obamy. Sekretarz Stanu Hillary Clinton, wiceprezydent Joe Biden, Sekretarz Obrony Leon Panetta, a także Przewodniczący Połączonego Kolegium Szefów Sztabu gen. Martin Dempsey regularnie udają się na wycieczki do senackiej Komisji Spraw Zagranicznych.Celem jest przekonanie nieprzekonanych i zabezpieczenie ratyfikacji Dokumentu.

Dlaczego akurat do Senatu? Otóż zgodnie z amerykańskim prawodawstwem do właśnie Senat odpowiedzialny jest za ratyfikowanie wszystkich aktów prawa międzynarodowych i dokumentów dwu- i wielostronnych, które zostały wcześniej podpisane przez prezydenta. I to właśnie w Senatorach cała nadzieja na ostateczną akceptację Konwencji. Aby tego dokonać niezbędne jest przekonanie 2/3 członków Izby, gdyż jedynie taka większość zapewni pozytywny finał całej sprawie.

Jakie są szanse powodzenia? Ciężko o jednoznaczny osąd. Wciąż jest za dużo niewiadomych i zbyt wielu niezdecydowanych senatorów. Po intensyfikacji zabiegów lobbingowych Białego Domu, a także coraz większej świadomości wagi Dokumentu ze strony Senatu, można podejrzewać, że pozytywne rozwiązanie sprawy jest blisko.

 Tekst ukazał się pierwotnie na stronach portalu "Polityka Wschodnia" (www.politykawschodnia.pl)

Ekspert Centrum Studiów Polska-Azja, Fundacji Amicus Europae i Instytutu Jagiellońskiego. Szef działu "Bezpieczeństwo Międzynarodowe" magazynu "Stosunki Międzynarodowe" (www.stosunki.pl). Redaktor Agencji Lotniczej ALTAIR.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka