Michał Jarocki Michał Jarocki
283
BLOG

Arktyczna gorączka w Białym Domu

Michał Jarocki Michał Jarocki Polityka Obserwuj notkę 0

 10 maja Biały Dom opublikował coś, na co wielu miłośników Arktyki czekało do lat. USA zdecydowało się w końcu na przedstawienie najnowszej i zaktualizowanej strategii zaangażowania na Dalekiej Północy (National Strategy for the Arctic Region). Dokument na 13 stronach maszynopisu przedstawia uwarunkowania amerykańskiej polityki arktycznej, jej główne cele oraz środki realizacji. Dowodzi tego, że pomimo wieloletniego zaangażowania na obszarach, gdzie takie hasła jak „lód”, „mróz”, czy „niedźwiedzie polarne” są czystą abstrakcją, Waszyngton jest świadom skali wydarzeń, które mają miejsce na jego własnym podwórku. 

Po szybkiej lekturze nowe dzieła Białego Domu można stwierdzić, że co do zasady amerykańska percepcja interesów na Dalekiej Północy nie zmieniła się od czasów poprzedniego dokumentu (z 2009). Tak samo, jak przed 4 laty, także i teraz Waszyngton stwierdza, że omawiany region uzyskuje coraz większą wartość geopolityczną ze względu na postępującą zmianę klimatu, zwiększającą się dostępność surowców naturalnych oraz rosnące zainteresowanie środowiska międzynarodowego. 
 
Bazując na tej świadomości, USA klaryfikuje 3 podstawowe cele, które przyświecać będą amerykańskiej linii politycznej względem Dalekiej Północy. Są to:
 
1. Najogólniej rzecz ujmując, chodzi o zabezpieczenie amerykańskich interesów regionalnych pod kątem wojskowym. Biały Dom zdaje sobie bowiem sprawę z faktu, że pięknie brzmiące deklaracje polityczne, uściski dłoni oraz dyplomacja to tylko część arktycznej rozgrywki. Bez poparcia w postaci odpowiedniej (choć zachowanej w graniach rozsądku, a nie zimnowojennych standardów) projekcji siły militarnej, siła amerykańskich argumentów i racji znacząco spada,
 
2. Nie mniej ważne jest także zwiększanie własnej świadomości sytuacyjnej odnośnie regionu i zachodzących na nim wydarzeń. Co ciekawe, chodzi tu nie tyle o kontekst międzynarodowy w postaci pozostałych państw, bo to Amerykanie odczytują przy pomocy innych, często utajnionych metod. Problemem w dalszym ciągu pozostaje jednak dokładne zrozumienie skali zmian środowiskowych zachodzących na Dalekiej Północy, a także ich konsekwencji m.in. w postaci zwiększania się dostępności regionalnych bogactw naturalnych. Z tego względu Biały Dom optuje za większym niż do tej pory wykorzystaniem nauki i poszerzonych metod poznawczych np. w postaci morskich ekspedycji badawczych,
 
3. Last, but not least.. środowisko międzynarodowe. USA zamierza poświęcić wiele uwagi na budowę swej pozycji politycznej względem pozostałych regionalnych aktorów. I nie chodzi tu bynajmniej o promowanie samego siebie jako nowego lidera arktycznych przemian. Nie, przynajmniej na poziomie deklaratywnym Waszyngton zamierza wnieść znaczny wkład dyplomatyczny w budowę odpowiedniej panarktycznej atmosfery współpracy i kooperacji w imię wspólnego dobra i wyrzeczenia się niepotrzebnych konfliktów. 
 
Przedstawione powyżej cele amerykańskiej strategii arktycznej brzmią pięknie, jednak nie wnoszą niczego nowego do całości rozgrywki. USA od lat bowiem działają aktywnie w każdym z wymienionych aspektów. Dla nikogo nie jest bowiem tajemnicą rozbudowa amerykańskich instalacji wojskowych w regionie Alaski oraz na Grenlandii. Nikt nie jest także zaskoczony tym, że Amerykanie od dawna organizują w regionie unilateralne i wielonarodowe ćwiczenia wojskowe, a także są zapraszani do udziału w podobnych imprezach przez pozostałe państwa. Umiarkowanym raptem, bo mającym miejsce od niedawna, novum jest zwiększanie potencjału rozlokowanych na Dalekiej Północy jednostek wojskowych właśnie pod kątem operowania w warunkach arktycznych (np. w postaci ich doposażenia w odpowiedni sprzęt transportowy). 
 
Z tego samego względu nowością nie jest deklaracja USA o próbach zwiększania  swej świadomości sytuacyjnej względem wydarzeń mających miejsce w regionie. Bo czy Waszyngton nie organizował w przeszłości międzynarodowych akcji badawczych na wodach Oceanu Arktycznego? Oczywiście, że tak. Czy nie rozbudowywał potencjału obserwacji omawianego obszaru z lądu, powietrza i przestrzeni kosmicznej? Jasne! Czy amerykańskie ośrodki analityczne nie publikują opracowań na temat zmieniającego się charakteru Dalekiej Północy? Pewnie!
 
Zupełnie bez zaskoczenia można też odebrać zapowiedź wykorzystania sprytnych zabiegów amerykańskiej dyplomacji celem budowy światłego systemu współpracy międzynarodowej w regionie. Takie podejście nie dziwi, bo po pierwsze było stosowane przez Waszyngton już w przeszłości. A po drugie, jest ono idealnym narzędziem dla realizacji 2 celów: przeniesienia konkretnych kwestii roszczeniowych (np. w aspekcie terytorialnym) poszczególnych państw na forum wielonarodowe, a tym samym ich rozmycie w panregionalnej próżni oraz uniemożliwienie (a raczej utrudnienie, bo w świecie stosunków m-wych nic nie jest niemożliwe) podejmowania unilateralnych działań względem regionu przez państwa, które – teoretycznie – były do tego zdolne, a więc np. Rosję lub Kanadę. 
 
W kategorii marzeń
 
Być może jednak najlepszą częścią omawianej strategii jest ta, o które autor – celowo (!) – jeszcze nie wspomniał. Chodzi o deklarację chęci, woli i ochoty ratyfikowania przez USA Konwencji Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza (UNCLOS). Dokument powstał w 1982 w Montego Bay na Jamajce w czasie obrad III Konferencji Prawa Morza ONZ. Jest on najważniejszym aktem prawa m-wego, regulującym kwestie morskie w stosunkach międzypaństwowych. W kontekście Dalekiej Północy jest on o tyle istotny, że pozwala poszczególnym państwom regionu na walkę o swe interesy (w przypadku wystosowywania konkretnych roszczeń terytorialnych) na gruncie prawno międzynarodowym, z pominięciem argumentu siły. 
 
W teorii więc, wspomniana Konwencja mogłaby okazać się przydatnym narzędziem realizacji amerykańskich interesów w regionie. Zwłaszcza wobec faktu, że USA są stroną odpowiedniej liczby sporów terytorialnych, toczonych z państwami takimi jak Kanada czy Rosja. Ich rozstrzygnięcie w oparciu o prawo międzynarodowe wydawałoby się więc wygodnym i mało kosztownym rozwiązaniem. Mogłoby, ale nie jest. Właśnie z powodu tego, że Waszyngton nie jest jeszcze stroną tegoż dokumentu. 
 
Fakt ten sam w sobie dziwić nie powinien. Ostatecznie USA szczycą się wieloletnią tradycją tworzenia międzynarodowych aktów prawnych (często o zasięgu globalnym), których same w ostateczności nie ratyfikują. Praktyka ta jest często motywowana interesem narodowym, gdzie zmuszanie innych państw do przestrzegania prawa, które Waszyngton sam nie przestrzega, jest jak najbardziej po myśli Białego Domu. W przypadku brak ratyfikacji UNCLOSu działa jednak na niekorzyść Amerykanów. 
 
Głównie dlatego, że nie są oni w stanie wykorzystać niezwykle istotnego narzędzia w postaci prawa międzynarodowego w walce o swe interesy regionalne (problem, którego nie odczuwają chociażby wspomniane: Kanada i Rosja, które stronami Konwencji są). Dlatego też ratyfikacja UNCLOS jest USA jak najbardziej potrzebna, a wzmianka o tym w opublikowanej przed kilkunastoma dniami strategii nikogo nie dziwi. Większym problemem jest jednak to, że  deklaracja ta jest interpretowana raczej w kategoriach tzw. wishful thinking, a nie realistycznego planu politycznego Białego Domu. A to dlatego, że on sam nie ma w tej kwestii za wiele do gadania.
 
Ewentualna ratyfikacja UNCLOS leży bowiem w gestii Senatu, a amerykańscy senatorowie to z kolei.. znani oponenci wiązania swego ukochanego kraju jakimikolwiek ograniczeniami prawno międzynarodowymi. Z tego względu omawiana deklaracja Białego Domu jest, sama w sobie, mało istotna i z całą pewnością nie wzbudzająca w nikim pozytywnej reakcji. Dopóki bowiem nie zostanie poparta rzeczywistymi działaniami lobbingowymi w Kongresie, nic z niej nie wyniknie. 
 
Co prawda sami senatorowie zaczęli w ostatnich latach zwracać uwagę na niekorzystne skutki braku ratyfikacji UNCLOS. Nie oznacza to jednak, że w ostatecznym rozrachunku zagłosują za tym dokumentem. Zwłaszcza jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że konsekwencje ewentualnego przyjęcia Konwencji przez USA nie ograniczą się jedynie do Dalekiej Północy. Wpłyną one bowiem na pozycję USA względem sojuszników i oponentów na praktycznie każdym akwenie wodnym, na którym państwo to jest obecne (politycznie, wojskowo, czy ekonomicznie), a za tym na całym świecie. Tym samym konsekwencje tego czynu zwyczajnie mogłyby okazać się zbyt daleko idące, nawet dla największych zwolenników UNCLOS zasiadających w Kongresie.
 
 
 Dla lepszego zapoznania się z amerykańską polityką względem Arktyki polecam publikację Fundacji Amicus Europae (www.fae.pl), pt. "POLICY PAPERS" nr 4/2012 "Polityka USA wobec Arktyki" dostępną przez: http://fae.pl/policy-papers-nr-4/2012-polityka-usa-wobec-arktyki. 

 

Ekspert Centrum Studiów Polska-Azja, Fundacji Amicus Europae i Instytutu Jagiellońskiego. Szef działu "Bezpieczeństwo Międzynarodowe" magazynu "Stosunki Międzynarodowe" (www.stosunki.pl). Redaktor Agencji Lotniczej ALTAIR.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka