!
2 obserwujących
65 notek
11k odsłon
  140   2

Idę na mszę !

Rada zakładowa wielkiego koncernu, w którym kiedyś pracowałem, zorganizowała pewnej zimy weekend we francuskich Alpach. Jadę ! Niedziela rano – trzeba by na mszę  - ale gdzie, jak? (mam bardzo miłe wspomnienia z takich zagranicznych wakacyjnych mszy z Indii, Indonezji, Birmy, Tajlandii, RPA, Stanów… ) Pytam w recepcji – tam takie rzeczy dobrze wiedza. Sami pewnie nie pójdą, co to to raczej nie, ale turyście chętnie powiedzą, do tego są dobrze przygotowani (np. Amerykanie często o to pytają). No i już wiem – ale to o jakieś kilkanaście km czy ciut więcej odległe miejsce. Jak tam dotrzeć ? Autostopem ! (Pogoda piękna). Poszło nadspodziewanie łatwo. I przyjemnie – kierowcy gdy się dowiadywali o celu mej podróży, przyjmowali to miło (trochę analogicznie jak ci z recepcji). Pamiętam, że jeden z nich (chyba taksówkarz z zawodu – ale nie, nie życzył sobie zapłaty !) opowiadał ze smutkiem, że w jego wiosce mer-komunista odnowił kościół, ale cóż, nie ma księdza, stoi pusty...

Może się uda wrócić na obiad w południe? (kawałek podwiózł mnie ksiądz. Był też miło zaskoczony, ale i nie ukrywał swej goryczy, rozżalenia - takich parafii miał on chyba kilkanaście do obsłużenia). Udało się ! Siadam przy stole. Są koledzy, koleżanki z pracy, organizatorzy ze związków zawodowych, z działu kadr… Patrzą na mnie zaciekawieni - gdzie byłeś, pytają ? Niektórzy z czystej ciekawości, inni może z obowiązku… « W kościele, na mszy » odpowiadam niewinnie. Po ich oczach widać, że zrozumieli swój błąd. Teraz muszą się zmierzyć z tą odpowiedzią-i pewnie gryzą się w język zaczynając rozumieć, że mogą wpakować się w jakąś kabałę… W zasadzie w pracy nie wolno rozmawiać na tematy religijne, polityczne itd zabrania tego regulamin. No ale to nie ja zacząłem…  Ale są na poziomie, nikt jakoś specjalnie nie reaguje. Obecność tych z działu kadr pewnie też robi swoje. Ci mają to przerobione, opracowane. To przecież zawodowcy. Różnorodność, tolerancja w praktyce, prawo do praktykowania swej religii, ale i konieczność unikania możliwych konfliktów itp. itd., wiecie, rozumiecie... Ale ktoś nie wytrzymał i zaczyna się głośno śmiać ! To Libańczyk, muzułmanin. On nie był pracownikiem koncernu, jego macierzysta firma go nam « podnajmowała » (to częsta praktyka, to taki przedsionek do zatrudnienia w koncernie, jak się sprawdzi, to go biorą na stałe). Wszyscy inni, zażenowani zachowują spokój – pokerowe twarze. Dlaczego ten śmiech ? Czy to reakcja przedstawiciela innej religii? Czy raczej przybyłego z zewnątrz bystrego obserwatora, którego śmieszy niezręczna sytuacja, w jaką niedyskretne pytania wciągnęły obecnych ?

Wkrótce naszą firmy zamknięto – interesy nie szły dobrze. Wielu pracowników poprzenoszono do innych filii, oddziałów międzynarodowego koncernu. Libańczyk niestety został na lodzie. Całkiem możliwe, że mu ten jego śmiech dobrze zapamiętano. Śmiech, który demaskował czyjeś « faux-pas »… Oni owszem w dużej większości mają religię głęboko w nosie, ale jednak dobrze wiedzą, czują, że chodzi o ich rodowód historyczno-kulturalny, « pierwszą córę Kościoła » mają jednak w genach… Sami mogą z tego się śmiać, szydzić, ale żeby pozwalał sobie na to u nich, w domu jakiś oby element ?  I żeby przypominał, wytykał ich błąd?

Spotkałem go kiedyś przypadkiem, dużo później. Zmieniliśmy kilka słów – patrzył na mnie dość wrogo (jak mi się wydawało)... Chyba jednak uważał mnie za przyczynę, dla której nie « załapał się » wtedy w koncernie...

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale