Trudno dziś wymyślić coś nowego. Tak przynajmniej lubimy sobie powtarzać. Wszystkie historie zostały opowiedziane, wszystkie pomysły zrealizowane, wszystkie ścieżki przetarte. Internet tylko to potwierdza. Wpisujesz dowolną ideę i okazuje się, że ktoś już na niej zarabia, ktoś inny zrobił z niej styl życia, a jeszcze ktoś nagrał o tym kurs.
W takim świecie marzenia zaczynają wyglądać jak spóźnione. Jakbyśmy przyjechali na przyjęcie, które dawno się skończyło. Zostają tylko puste talerze i echo cudzych sukcesów.
Presja oryginalności
Nigdy wcześniej nie było tak łatwo porównywać się z innymi. I nigdy wcześniej nie było to tak paraliżujące. Kiedyś człowiek miał pomysł i próbował. Dziś najpierw sprawdza, czy ktoś już tego nie zrobił. A jeśli zrobił, pojawia się wątpliwość. Skoro ktoś był pierwszy, to czy jest jeszcze sens zaczynać.
Problem polega na tym, że pomyliliśmy dwie rzeczy. Nowość z wartością. To, że coś nie jest pierwsze, nie znaczy, że nie ma znaczenia. Większość ludzkich działań nie polega na odkrywaniu nowych kontynentów. Polega na nadawaniu sensu temu, co już istnieje.
Paradoks współczesności polega na tym, że mamy więcej opcji niż kiedykolwiek, a jednocześnie trudniej nam wybrać. Lista możliwości nie inspiruje. Przytłacza. Każda decyzja oznacza rezygnację z setek innych.
W efekcie wiele osób nie robi nic. Dryfuje między chwilowymi zajęciami, testuje, porzuca, zaczyna od nowa. Nie dlatego, że brakuje im motywacji. Raczej dlatego, że brakuje im kierunku.
Może problem nie polega na tym, że wszystko już jest. Może problem polega na tym, że oczekujemy od marzeń spektakularności. Chcemy, żeby były wyjątkowe, przełomowe, godne opowiedzenia. A przecież większość sensownych rzeczy zaczyna się banalnie.
Marzenie nie musi być nowe. Wystarczy, że jest Twoje. Nawet jeśli ktoś inny już robi to samo, robi to inaczej. Z inną historią, inną wrażliwością, innym powodem.
Instrukcja obsługi siebie
W świecie nadmiaru nie potrzebujemy kolejnych możliwości. Potrzebujemy sposobu, żeby się w nich odnaleźć. Czasem pomocne okazują się proste narzędzia. Listy, które porządkują chaos. Ćwiczenia, które zmuszają do decyzji. Metody, które zamieniają chęci w działanie.
Dlatego coraz częściej pojawiają się próby uporządkowania tej nadwyżki inspiracji. Jedną z nich jest choćby „Atlas Marzeń”, której autorem jest Patryk Tarachoń. Nie jako zbiór wielkich idei, lecz raczej mapa. Zestaw pomysłów, ćwiczeń i kierunków, które można sprawdzić bez presji odkrywania czegoś przełomowego.
Być może największym błędem jest przekonanie, że zmiana musi być radykalna. Że trzeba od razu znaleźć swoją pasję życia, najlepiej taką, którą da się jeszcze zmonetyzować. Tymczasem większość sensownych rzeczy rodzi się z drobnych kroków.
Ktoś zaczyna coś robić z ciekawości. Potem robi to trochę częściej. Z czasem pojawia się zaangażowanie. A dopiero na końcu przychodzi pytanie, czy da się na tym zarobić.
Narracja o tym, że wszystko już zostało wymyślone, jest wygodna. Usprawiedliwia bezruch. Pozwala uznać, że brak działania to efekt okoliczności, a nie decyzji.
Tymczasem świat nie jest zamknięty. Jest powtarzalny, ale nie identyczny. Każde pokolenie robi podobne rzeczy, ale na swój sposób. Każdy człowiek wchodzi na istniejące ścieżki, ale zostawia na nich własny ślad.
Sens zamiast nowości
Może więc nie warto pytać, co jeszcze można wymyślić. Lepiej zapytać, co warto przeżyć. Co warto sprawdzić. Co warto zrobić, nawet jeśli ktoś już to zrobił wcześniej.
Bo wbrew pozorom problemem nie jest to, że wszystko już jest. Problemem jest to, że tak rzadko naprawdę z tego korzystamy.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)