Zapowiedziana kilka dni temu przez Obamę reorientacja polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie spowodowała zabrudzenie bielizny tych geszefciarzy w Izraelu, którzy od 1947 roku nieprzerwanie prą do podtrzymywania stanu wojny i blokowania procesu pokojowego z Palestyńczykami.
Podczas wczorajszego wystąpienia w Kongresie spanikowany Netanjahu histerycznie nawoływał USA do powrotu, do tradycyjnej, zgodnej z celami izraelskich narodowców polityki. Najprawdopodobniej nadaremnie. Wszystko wskazuje bowiem na to, że prezydent Obama dokonał już wyboru.
Dramatyczne wołanie o demokrację w państwach arabskich ukazało Amerykanom zasięg fundamentalnych zmian społecznych i światopoglądowych zaszłych w tym regionie. Administracja Obamy nie może ich zlekceważyć. Ich ogrom wymusza reorientację amerykańskiej polityki. Brak zdecydowanej reakcji USA na ostatnie wydarzenia w Egipcie, Libii, Jemenie czy Tunezji byłby zbyt ryzykowny. Mógłby spowodować utrwalenie na wiele dziesięcioleci, nie tylko krwawych, dyktatorskich reżymów, ale i silnych nastrojów antyamerykańskich. Natomiast opowiedzenie się po stronie ruchów demokratycznych otwiera przed USA niepowtarzalną szansę;
(1) zasypania pokładów nienawiści,
(2) trwałego uregulowania konfliktu na Bliskim Wschodzie, oraz
(3) poszerzenia świata demokracji.
Gdy zaś idzie o Izrael… W nowej sytuacji nie pozostanie mu nic innego, jak pogodzić się z sąsiadami. Nauczyć się współżyć z nimi, jak równy z równym.
Inne tematy w dziale Polityka