Napisałem kilka tekstów o tym, jak moi ulubieni Grecy zrobili w konia (trojańskiego, oczywiście) frajerów z dzikiej, wg starożytnych kryteriów, bo zachodniej części Europy.
A to poużywałem sobie na eurotrutniach brukselskich, a to na paryskich chciwcach, a to na berlińskich mądralach – no zachwytom moim, nad greckim sposobem na przypomniane przeze mnie kercelakowe „duszenie frajera” nie było końca.
I nagle, dziś, poczułem, że coś mi się pod szyją ciasno robi…
Nie, nie przytyłem ostatnio, tak że kołnierzyk koszuli nie miał prawa uwierać, a jednak coś, i to bez dwóch zdań – nie tyle uwiera, co wręcz dusi!
Okazało się, że Grecy (którzy są twórcami także i nowożytnych zapasów) zamiast jakiemuś Hansowi, czy innemu Jacques’owi założyli mi (pozwolę sobie użyć przedwojennego, kryminalnego określenia), krawat.
No, może nie zrobili tego osobiście, a rękami mojego ulubionego ministra, który ma imię prawie tak oryginalne jak moje, ale – wychodzi na jedno.
Polska, choć euro nie ma i dłuuuuuuuuugo mieć nie będzie, obiecała krajom eurolandu, że dorzuci się do gwarancji emisji euroobligacji w przypadku, gdyby kolejne kraje strefy euro wpadły w kłopoty.
To bardzo szlachetne, bez wątpienia.
A jaka jest cena tego krawata, ktoś zapyta? – a, tu jest kłopot, bo minister udaje Greka i sugeruje, że po pierwsze nieistotna, a po drugie – płacić jej nie będzie trzeba.
Za to Goldman Sachs, który wie co mówi, bo sam Grekom w ich budżetowych machlojkach asystował, twierdzi, że cena jest znana i wynosi 28 miliardów Euro, czyli 115 miliardów złotych.
Oojoj….to ponad 1/3 naszego budżetu, a więc kwota zgodnie z regułą podana przeze mnie tutaj – abstrakcyjna.
A biorąc pod uwagę, że polski deficyt finansów publicznych jest podobny, do greckiego na 2 lata przed wybuchem kryzysu, to wręcz możemy poczuć się jak pod Akropolem, a to w lecie – bardzo miłe miejsce.
Pod warunkiem, że ma się za co kupić zimne piwo.


Komentarze
Pokaż komentarze