2 obserwujących
45 notek
25k odsłon
  24   0

Losy

Czasy mamy historyczne - dzieje się dużo i szybko. Zmienia się układ sił, zmieniają się społeczeństwa, chwieją się finansowe rynki, w domenie technologicznej otwierają się nowe możliwości. Krzyczą o tym internetowe nagłówki, wyświetlają na paskach stacje tv, mówią o tym eksperci i publicyści.

Gdzieś na drugim i trzecim planie tego wszystkiego przemyka zajęty swoimi sprawami zwykły człowiek. O tym właśnie ostatnio pomyślałem, o tym dziś chcę napisać. O zwykłych ludziach i ich losach, o tym jak plany, marzenia i realne przedsięwzięcia zostały wciągnięte w wir historii i przemielone bezlitośnie maszynką dziejów.

Gdy wybuchła Wielka Wojna mój pradziadek miał 19 lat. Nie wiem i już się nie dowiem gdzie służył i co widział. Wojnę przeżył i to nawet ze swego rodzaju fachem w ręku gdyż jak głosi rodzinna legenda był pomocnikiem wojskowego weterynarza. W odrodzonej Polsce odnalazł się chyba dość dobrze skoro kupował zapuszczone gospodarstwa, doprowadzał je do porządku i odsprzedawał by kupić kolejne, ale odpowiednio większe. W końcu znalazł swe miejsce, dokonał ostatniej transakcji, gotówki starczyło jeszcze aby kupić cegłę. W planach był solidny murowany dom dla licznej rodziny jaką w międzyczasie założył. Był sierpień 1939 roku.

Potem - standard w stronach skąd pochodzę - krótki okres okupacji i w marcu 1940 caluteńkie wsie są ładowane do wagonów i wiezione do Rzeszy. Rodzina ma szczęście - trafiają do olbrzymiego gospodarstwa i tam pracują w polu. Wyzwolenie przynosi im armia amerykańska. Wyzwoleńcy zapytani czy chcą na Zachód entuzjastycznie przyjmują ofertę. Dziwnym zbiegiem okoliczności cały pociąg Polaków "ginie" gdzieś w niemieckich przestrzeniach i odnajduje się w Czechosłowacji w sowieckiej strefie okupacyjnej. W lipcu 1945 roku wracają do rodzinnej wsi - chałupa o dziwo ocalała. Zakupiona przed laty cegła oczywiście została rozgrabiona podobnie jak dwie złote obrączki i zaręczynowy pierścionek, które to skarby schowano gdzieś w chałupie w wielkim pośpiechu.

Do dziś nie wiem jak to się stało, że moje rodzinne strony nie zostały poddane kolektywizacji. Pradziadek resztę życia spędził na gospodarstwie - pędził dobry bimber i jak nikt znał się na koniach. Dom udało mu się wybudować dopiero w latach sześćdziesiątych.

Dziadkowie mieli już inną perspektywę - babcia urodziła się w międzywojniu, we wrześniu 1939 miała rozpocząć pierwszą klasę. Dalsze losy jak wyżej - praca w polu u Niemca, strach gdy spadały alianckie bomby, potem swego rodzaju festiwal osobliwości wraz z nadejściem amerykańskiej armii - pierwsza czekolada i pierwsi murzyni oglądani na własne oczy.

Dziadek w chwili wybuchu wojny był dwudziestoletnim młodzieńcem. Z opowiadań wychodzi, że załapał się na mobilizację marcową, ale potem trafia do 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Nie wiem jak i gdzie walczył - wiem natomiast, że po blisko dwóch tygodniach znalazł się z garstką kolegów i jednym podoficerem w zagajniku gdzieś pod Ozorkowem kompletnie otoczony przez wojska Wermachtu. Zakopali broń, doprowadzili mundury do jako takiego porządku i wyszli z lasu z podniesionymi rękoma. Po latach na stronce straty.pl znalazłem numer jeniecki i nazwę stalagu, do którego trafił.

Oboje wracają do rodzinnej wsi. Ślub wypada w na początku lat pięćdziesiątych. Gospodarstwo, czwórka dzieci, praca na roli i okresowo w pobliskich fabrykach. Życie w małej wspólnocie. Kościół, gospodarstwo, rodzinne spotkania i odwiedziny, słuchane wieczorami Radio Wolna Europa gdy już wieś doczekała się luksusu elektryfikacji.

Inna historia i perspektywa to pokolenie moich rodziców. Pokolenie powojennego wyżu. Oboje rodzice pamiętają książki czytane przy lampie naftowej. Potem cud elektrycznej żarówki, potem pierwszy telewizor. Potem głos Stanisława Gomółki dobiegający z tego urządzenia. Wkraczają w dorosłość wraz z dojściem Gierka do władzy. To jest ich gwiezdny czas: coca-cola, dżinsy, muzyka puszczana z płyt, wspaniałe perspektywy przed "dziesiątą potęgą gospodarczą". A potem Solidarność i nieomal od razu śnieżny grudzień i czołgi Jaruzelskiego na rogatkach miast. Dalej jest tylko gorzej - godziny w kolejkach, kartki na żywność, niedostatek wszystkiego, małe dzieciaki chorujące seryjnie na wszystkie świnki, ospy i zapalenia płuc. I nagle skupiają wzrok na ekranie telewizora. "Ciszej tam" - mówi mój ojciec i z niedowierzaniem słucha o tym, że orzeł na powrót otrzymuje koronę. Ale nie ma już czasu na nic więcej bo oto rusza Operacja Transformacja - wielkie przetasowanie, przemielenie, Wielki Polski Dziki Zachód. Jakoś nawigują rodzinną łódeczką wśród raf twardej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych. Wraz z wejściem Polski do Unii otrzymują na stare lata uśmiech losu - oto mogą wreszcie "zobaczyć trochę świata". I cóż z tego, że są to odwiedziny u dzieci, które wyemigrowały za chlebem.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale