0 obserwujących
189 notek
301k odsłon
652 odsłony

Fedyszak-Radziejowska: polska wieś to nie suma wsioków

Wykop Skomentuj6

Z socjolog wsi, dr Barbarą Fedyszak-Radziejowską rozmawia Sonia Termion

Czy Polacy mają kłopot z wsią? Traktowana jest często jako coś gorszego niż miasto, a jednocześnie jako naród w większości z niej się wywodzimy.
–Tak jak większość narodów europejskich, pochodzimy ze wsi. Przed wojną mieszkało tam ok. 80 proc. polskich obywateli, w 1966 r. – 50 proc., dziś – 38,6 proc. Dobrym przykładem są państwa skandynawskie, jak Norwegia, Szwecja, Dania czy Finlandia, w których chłopska tradycja ukształtowała w ogromnym stopniu styl życia i narodową kulturę. Nie przypadkiem kultywuje się tam prostotę życia i swoisty chłopski egalitaryzm.

Polska egalitarna na pewno nie jest. Przeciwnie, mamy silne skłonności do elitaryzmu.
– To efekt dosyć specyficznej tradycji. Relacje między naszym ziemiaństwem, szlachtą a chłopami w XIX w. przypominały, paradoksalnie, amerykańskie doświadczenia z niewolnikami na plantacjach Południa. Nasze powstanie styczniowe, mniej więcej w tym samym czasie co wojna secesyjna, toczyło się także o pańszczyźnianych.

Stąd polska skłonność do hierarchii, pomieszanie kompleksu wyższości z kompleksem niższości?

– To bardziej skomplikowane. Na dawne dystanse społeczne nałożyła się atmosfera zrodzona z ideologii PRL – poczucie wyższości proletariatu przemysłu i miejskiej inteligencji pracującej nad „zacofaną” chłopską i wiejską wspólnotą. Dzisiejsza dość histerycznie manifestowana postawa wyższości starych-nowych elit wobec „mas” używa wsi jak kozła ofiarnego. W PRL członkiem elity zostawało się głównie za słuszne poglądy i współpracę z systemem, a dopiero w dalszej kolejności za merytoryczne osiągnięcia. Tak powstały dość ułomne elity. Dzisiejsze dowartościowywanie się tych elit postawą wyższości wobec wsi to objaw postsocjalistycznej choroby.

To się zmieni?
– Musi.

A w jakim stopniu chłopskie geny wpłynęły na charakter narodowy Polaków – naszą nieufność, brak solidarności, zawiść?
–Polskie społeczeństwo bardziej ceni współpracę, niż rywalizację. Ważne są dla nas wspólnoty – rodzina, dzieci, przyjaciele, znacznie mniej – sukces, kariera, polityka. Rywalizacja nas odpycha. Ale to jest tak samo wiejskie, jak miejskie. Jeśli szukać naszych wad, to pierwszą jest zaniżone poczucie własnej wartości. Identyfikujemy się z polskością, jesteśmy dumni z Polski, ale swoich rodaków nie lubimy, nasz autostereotyp jest częściej negatywny, niż pozytywny.

Dlaczego?
–Mam wrażenie, że to kompleksy zrodzone z narodowej traumy po wygranej-przegranej II wojnie światowej, z poczucia bezsilności wobec tragicznych losów akowskich bohaterów w latach stalinowskich. Jeśli do tej dawnej traumy dodać najnowszą – bezsilność z lat stanu wojennego, gdy po raz kolejny wtrącono do więzień ludzi – tym razem Solidarności, to nic dziwnego, że z naszym poczuciem własnej wartości nie jest najlepiej. Polacy w grudniu '81 zostali głęboko upokorzeni represjami za zwykłe marzenia o normalnym, wolnym i demokratycznym państwie. Społeczeństwo obywatelskie z okresu „Solidarności” stłamszono, niszcząc klimat zaufania i chęć współpracy.

Skąd więc w dzisiejszej Polsce negatywny stereotyp wsi?

– Do wcześniejszych hipotez dodam jeszcze jedną. Ci, którzy po 1945 r. instalowali swoją władzę w Polsce (z pomocą 2 mln sowieckich żołnierzy), by ją utrzymać musieli dokonać zasadniczej wymiany elit. Uczynili to, traktując bohaterów wojny jak zdrajców i wtrącając ich do więzień, oraz likwidując elity, od ziemiaństwa przez przedsiębiorców po elity katolickie rodem z II RP. Dzisiejsze elity, uformowane przy Okrągłym Stole, źródeł polskich wad i niedoskonałości będą szukać wszędzie, tylko nie w swojej PRL-owskiej przeszłości. Potrzebują wsi – tam lokują przyczyny swojej frustracji.

Wieś ma ostatnio złą prasę, np. Władysław Frasyniuk zasłynął wypowiedzią o chłopach dobijających powstańców...
–Ta kuriozalna opinia o polskich chłopach, że są zbiorowością bez żadnych zasług dla niepodległości, świadczy o rozbrajającej ignorancji. Wstyd przypominać o takich oczywistościach, jak Bataliony Chłopskie, jak los PSL – jedynej realnej opozycji wobec komunistów – w okresie sfałszowanych wyborów z 1947 r. Aresztowano wówczas 162 kandydatów PSL; nieznani sprawcy zamordowali 118 działaczy stronnictwa; kilkanaście tysięcy sympatyków PSL przeszło przez krótkoterminowe areszty. Do 1956 r. przetrwało w podziemiu partyzanckim czy niepodległościowym na Lubelszczyźnie, Podlasiu i w Rzeszowskiem wiele małych oddziałów złożonych także z chłopskich dzieci.

Po co więc te słowa padły?
– Nie potrafię ich inaczej wytłumaczyć, jak ignorancją lub polityką. Im mniejsze grono zasłużonych elit, tym łatwiej o monopol władzy. Nie trzeba nikogo, ani rolników, ani związkowców, pytać o opinię. Można rządzić w zbożnym poczuciu wszechwiedzy i wyższości. Kto by tam konsultował decyzje z plebsem czy wsiokami.

A nie pobrzmiewa w tym również przekonanie, że wieś stoi na przeszkodzie modernizacji Polski? Wprost pisał o tym niedawno Janusz Majcherek.
– Czy wyobraża pani sobie polityka albo eksperta, który w jakimkolwiek innym państwie mówi o 38 proc. obywateli, że są przeszkodą w modernizacji kraju?

Czemu więc u nas jest to możliwe?
– Skąd ta arogancja elit? Pewnie też z PRL, bo przecież nie z solidarnościowej tradycji. To wielkomiejskie (jak dawniej wielkopańskie) poczucie wyższości nad wsią jest formą populizmu, który dobrze sprzedaje się w mediach. Bardzo źle o chłopskiej duszy, o biernych jak worek kartofli chłopach, pisano w marksistowskiej literaturze. Postulat likwidacji chłopów, czy kułaków ma leninowskie korzenie. Chłopi byli w PRL niewygodni, bo mieli ziemię – a więc niezależność. Byli też ostoją ludowego Kościoła.

Nie pasowali do doktryny?
– Tak. Ale jest też drugi powód lekceważenia rolnictwa. To brak ziemiaństwa w Polsce. Gdybyśmy dziś mieli właścicieli ziemskich, fachowców od rolnictwa o takich nazwiskach jak Lubomirscy, Tyszkiewiczowie, Zamoyscy, Radziwiłłowie itd., to protekcjonalny ton byłby nie na miejscu. W Wielkiej Brytanii ekologiczne rolnictwo lansuje książę Karol z królewskiej rodziny. U nas prosty rolnik ze świętokrzyskiego.

Ale wydaje się, że nigdy nie mieli oni u nas wysokiego statusu.

– Chłopi i rolnictwo zawsze kojarzyli się bardziej z biedą i ubóstwem, niż zamożnością. Nie dodaje prestiżu nawet wielkoobszarowe gospodarstwo rolne, jeśli jego symbolem jest Lepper czy Stokłosa.

Kiedy najsilniej w Polsce przejawiała się pogarda elit dla wsi?

– Największą kompromitacją, a zarazem błędem polskich elit politycznych i medialnych, był okres negocjowania warunków akcesji polskiego rolnictwa do UE. Wieś traktowano wtedy jako przeszkodę i balast, publicznie deklarując, że nawet jeśli Unia wydaje na wspólną politykę rolną połowę swojego budżetu, to polscy rolnicy na te środki nie zasługują, na pewno je zmarnują etc. Pisano w opiniotwórczych dziennikach, że jak będziemy zbyt wymagający, to nas przez rolników nie przyjmą. To był poważny błąd, zarówno z punktu widzenia interesów całej Polski, jak i wewnętrznej sytuacji społeczno- politycznej. Poparcie wsi i rolników dla Samoobrony i jej lidera było konsekwencją tamtej atmosfery.

Jednak wielu bulwersuje rozmach w dotowaniu rolnictwa w UE. Czy nam się to opłaca?
– Liczni ekonomiści, a także odpowiedzialni politycy, traktują żywność jak dobro cenne i rzadkie, podobnie jak energię – gaz czy ropę. Dlatego każde rozsądne państwo, dobrym przykładem jest Finlandia, której położenie i klimat nie sprzyjają rolnictwu – chroni na ile może własną produkcję żywności. Uzależnienie się od jej importu byłoby głupotą i ogromnym ryzykiem.

Zamiast potępiać, powinniśmy rolnictwo pielęgnować?
– Traktować je, podobnie i wieś, jak ważny kapitał.

Poza dotacjami, krytykowany jest też KRUS.

– Likwidacja KRUS i wejście w ZUS dla większości gospodarstw rolnych, ze względu na bardzo niskie dochody, oznaczałaby niepłacenie żadnej składki emerytalnej czy zdrowotnej. Budżet więcej by stracił, niż zyskał. KRUS jest w polskiej rzeczywistości rozwiązaniem wciąż najbardziej racjonalnym.

Ale przyzna pani, że jest oburzające, iż najbogatsi rolnicy też mają przywileje.
– Bardzo wielu posiadaczy największych gospodarstw rozlicza się systemem VAT. Prowadzący dodatkowo działalność gospodarczą, pozarolniczą, wchodzą w ZUS, chyba że ich dodatkowe dochody są zbyt niskie. Chciałabym przeczytać w kolejnym publicystycznym tekście dokładne wyliczenia, ile konkretnie osób (z ok. 1,5 miliona ubezpieczonych w KRUS) ma tak wysokie dochody, że powinno być w ZUS. Sami rolnicy, jeśli mają wysokie dochody, wybierają ZUS.

Czy jednak Polski nie ciągnie w dół to, że tak dużo Polaków mieszka na wsi?
– Wystarczy porównać nas z innymi. Na polskiej wsi mieszka 38 proc. ludności, na Litwie – 33, w Finlandii – 38, w Grecji – 41, w Irlandii, którą podobno mamy przypominać – 39, w Portugalii – 42, na Słowacji – 43 itd. W starej Unii mieszka na wsi 24 proc. obywateli, w nowej „12” – 38 proc. Nie wyróżniamy się więc szczególnie. Mało tego, w Polsce od 20 lat miejska i wiejska Polska są stabilne, w ostatnich latach nastąpił nawet lekki wzrost liczby mieszkańców wsi. Mamy do czynienia z migracją elit z miast do wsi. Wieś staje się dla nich coraz bardziej atrakcyjna. W 2006 r. co trzeci mieszkaniec wielkiego miasta, reprezentujący kadrę kierowniczą, deklarował, że gdyby miał wybór, wybrałby wieś. Przed wejściem do Unii odpowiadało tak tylko 15 proc. przedstawicieli tej grupy. Wieś – dzięki Bogu – jest więc trwałym elementem naszej przestrzeni społecznej.

Ciąży nam rozdrobnienie gospodarstw?
–Rozdrobnienie polskiego rolnictwa to konsekwencja nonsensownej gospodarczo reformy PKWN z 1944 r. Nie dość, że zlikwidowano ziemiaństwo, ograniczono wielkość chłopskich gospodarstw (do 50 ha), to ziemię z zasobów państwa przekazano w ręce bezrolnych i małorolnych gospodarzy. W ten sposób przybyło nam 1,5 mln gospodarstw do 5 ha. PRL zamroził tę niekorzystną strukturę agrarną, bo przecież socjalistyczna Polska nie potrzebowała dużych, prywatnych gospodarstw rolnych. Przed akcesją mieliśmy ponad 2 mln gospodarstw, dzisiaj w systemie płatności bezpośrednich uczestniczy ok. 1,5 mln gospodarstw rolnych. Około 70 proc. liczy mniej niż 10 ha.

Nadal więc nie jest najlepiej. Czemu to się nie zmieniło?
–Bo polska wieś, szczególnie w latach 90., przechowała bezrobocie zwrócone jej przez miasto na początku lat 90., gdy upadały tzw. wielkie budowy socjalizmu i kilkaset tysięcy tzw. dwuzawodowców wróciło na wieś. To ich zwalniano w pierwszej kolejności, bo powrót do gospodarstwa uwalniał państwo od obowiązku wypłacania zasiłków dla bezrobotnych.

Na wieś, w dużym stopniu, przerzucono ciężar bezrobocia.
– Tak, choć po części to racjonalne, bo przechowanie biedy na wsi odbywa się w lepszych warunkach. Ludzie nie muszą stać w kolejce do noclegowni, szperać w śmietnikach, żebrać. Mają własny dom, kilka hektarów. To niedochodowe, ale daje w miarę godne warunki życia. Do tego otoczenie jest niewiele zamożniejsze, więc i poczucie degradacji jest mniejsze.

Czyli dopiero długotrwała koniunktura na rynku pracy pomogłaby zmniejszyć rozdrobnienie gospodarstw?

– Ludzie odchodzą od rolnictwa i sprzedają lub oddają w dzierżawę ziemię, jeśli mają dokąd iść, jeśli jest praca. Na razie zmniejsza się liczba gospodarstw pomiędzy 5 i 15 ha. Przybywa tych największych i najmniejszych. Te najmniejsze są wykorzystywane jako dodatkowe źródło utrzymania. Ale przecież w mieście nikt nie zakazuje nikomu pracy w dwóch – trzech miejscach. Na wsi takich możliwości nie ma, więc tym drugim, dodatkowym dochodem często jest właśnie gospodarstwo.

Może jednak należy promować migrację ze wsi do miast?
– A mamy dzisiaj w mieście niedobór rąk do pracy? Czy stopa bezrobocia jest w Polsce bliska 5, czy 15 proc.? Czy dla potencjalnych nowych bezrobotnych mamy wystarczające środki na zasiłki i dopłaty do czynszów? Bo na płatności od ha dostajemy środki z budżetu UE. Przecież sprzedaż 5 czy 7 ha nie wystarcza na kupno mieszkania i utrzymanie w mieście, szczególnie gdy trudno o dobrą pracę. Obecny kryzys, tak sadzę, wepchnie do rolnictwa część bezrobotnych. Absolwenci nie znajdą pracy i wrócą na wieś.

A jak zmienia się poziom wykształcenia na wsi?

– Na początku lat 90. poniżej 2 proc. mieszkańców wsi miało wyższe wykształcenie, teraz jest to ponad 4 proc. Ale wśród młodych procent kształcących się po maturze jest prawie taki sam jak w mieście. To przyśpieszenie nastąpiło po reformie edukacji rządu Buzka.

Tak odsądzane od czci i wiary gimnazja pomogły wsi?
– Tak. Wyraźnie gimnazja otworzyły wiejską młodzież na edukację poza własną wsią, co ułatwia kontynuację w kolejnych szkołach. Dziś młodzi, zarówno w swoich aspiracjach edukacyjnych, jak i w decyzjach życiowych, kształcą się prawie tak często, jak w mieście. Chociaż młodzież ze wsi znacznie częściej płaci za edukację – studiuje prywatnie lub zaocznie.

Patrzy pani optymistycznie na przyszłość polskiej wsi?

– Po wejściu do Unii wiele zmieniło się na lepsze. Jak donosi „Rzeczpospolita”, przeciętne gospodarstwo rolne przynosi miesięczny dochód osobie w nim pracującej na poziomie ok 850 zł, a nie, jak przed rokiem 2004 – 400. Drugie 400 zł pochodzi z bezpośrednich płatności unijnych. Jednak bardziej radykalna zmiana zaszła w sferze świadomości. Przed wejściem do UE większość rolników nie chciała akcesji, chłopi nie wierzyli w realność unijnej polityki rolnej i w naszych negocjatorów. Dziś poparcie dla Unii jest na wsi takie jak w mieście. Zadowolenie z życia i optymizm również. Polska wieś przez Brukselę wróciła więc do Polski – przestała w swoich nastrojach i opiniach tak bardzo różnić się od miasta.

Nie jest bastionem zacofania?

– Nie jest ani bastionem zacofania ani światem wykluczonym. To obszar przesuniętej w czasie, bo rozpoczętej dopiero w 2004 roku, transformacji. Przesuniętej nie z powodu tzw. wiejskiej mentalności, lecz z wielu innych, niezawinionych przez wieś przyczyn. To prosta konsekwencja kondycji polskiej gospodarki.
 

Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale