Fëanor Aglarion
Oczy. O wszystkim decydują oczy.
5 obserwujących
78 notek
8272 odsłony
  96   0

Rewizje

    U początku formowania tej garści słów lustrowałem swój umysł w poszukiwaniu co bardziej bezecnych metafor, boschowsko-ziemkiewiczowskich figur jakichś zbereźnych. Związałbym nimi twarze mych wrogów, powiódłbym ich na długie konanie. Pod ostrym gradem liter bezszeryfowego Ariala wydarłbym z nich ISTOTĘ, wyszklił starannie ich usta w szarej tafli ochlosu i spokojnie wsłuchiwał się w żałosne wycie echa tego dysonansu.

    Wybrałem jednak Timesa zamiast Ariala, by obwieścić tej marnej rzeczywistości, jak bardzo jestem ponad; subtelny, łaskawy miłośnik mądrości. A rzeź zwierzątek i tak będzie – jej konieczność pisze się wprost z imienia politycznego reżimu wiecznej wigilijnej wieczerzy.

     Rzecz zaczyna się od tego, że – co tu wiele mówić – nie dorosłem do młodoheglowskiego społeczeństwa artystów-filozofów, do demiurgicznej kreatywności oświeconego proletariatu, samozbawczego mesjasza. Świętując początek kolejnego roku swego żałosnego życia postanowiłem wydać na świat niewielki zlepek mych myśli; ułożyłem go wygodnie w mizernej, cichej niszy mego jutubowego kanału i z naiwnym samozadowoleniem na twarzy wsłuchiwałem się w jego kwilenie, czekając przy tym pokłonu wyemancypowanych, ślicznych pastuchów: młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków.

    To była prześliczna kreatura! Mimo ciężkich uszkodzeń sięgających wczesnej fazy prenatalnej rozprawiała zawzięcie o funkcjonalnym, społeczno-twórczym aspekcie religii. Wskazywała tę ostatnią jako jeden z kluczowych, fundujących obowiązujący w danym społeczeństwie kanon moralny elementów kultury. Dostrzegała cień religijnego uniesienia na twarzach walecznych bogobójców i triumfalną agonię wyzwolonych z kajdan społeczeństw śpiewających post-rousseauistyczną cnotę multihedonizmu. Czuwałem więc przy niej, pełen radosnego uniesienia, wierząc, że tym aktem ojcowskiego, intelektualnego heroizmu zyskam wreszcie uznanie wielkiego polimorficznego suwerena.

    Nie przyszedł jednak jak złodziej. Wpadł na pełnej… znaczy: stanął dzielnie w sekcji komentarzy; imię jego było „Szpakunde”. Nosił twarz ostatniego z klanu Uchiha i otwierając bramę dla kolejnych rewizjonistów zawołał w progu głosem doniosłym: „Religia to wymówka dla głupich ludzi, którzy nie potrafią wyjaśnić prostych rzeczy w racjonalny sposób :)”. Za nim wlali się kolejni; mrużyli oczy, uśmiechali się, spoglądali na mojej dziecię i kręcili głowami wcale-nie-dobrotliwie dając do zrozumienia, że trzeba było usunąć już w fazie embrionalnej, skoro tak niemoralnie rozporządziłem wcześniej płodnością swego umysłu.

    Nie dorosłem do młodoheglowskiego społeczeństwa artystów-filozofów; szeroko otwartymi, zdumionymi oczyma naiwnego dziecka spoglądałem w sekcję komentarzy, gdzie z niedbałością godną geniuszy – bez bałwochwalczego kultu ortografii i interpunkcji – mędrcy nowego świata dokonywali wielkiej rewizji. Wystarczyło kilka mocnych słów, by padły im u stóp wszystkie wielkie religie; budowane przez tysiąclecia wieże okazały się złudami, ponurym mirażem „ciemnego średniowiecza”. Gdzieś na Pacyfiku była już wyspa wolna od wszelkiej religii: panowała tam odwieczna, przyrodzona wszelkim istotom ludzkim moralność. To stamtąd Jappen32 nauczał wszelkie ludy świata tymi słowami: „Ludzie po upadku Religi nie zaczęli by kradnąć, mordować, gwałcić bez opamiętania. Bo mają swoją moralność, która może powstać niezależnie od Boga... lub innej wróżki”. To u jego boku chłodnooki lesik1889 planował oczyszczenie świata z żałosnych ludzi pedofili w sukienkach. Ich oblubienicą była…

    Ale dość już. Ta forma dla mnie samego staje się nużąca.

    „Żadnego pasterza, sama trzoda! Każdy jest równy, każdy chce działu równego. Kto inaczej czuje, idzie dobrowolnie do domu obłąkanych” – pisał Nietzsche. To niekończąca się wigilijna wieczerza jest chorobą, twarze cierpiących są nieistotne. Zaszczepione w umysłach szeregowych członków chóru przekonanie, że każdy może i winien być solistą skutkuje wtórnym, bydlęcym kolektywizmem, w którym wiodącą rolę pełni wizja zredukowanego do cielesności hedonicznego szczęścia i towarzyszący jej zestaw pozbawionych racji epifenomenów.

    Skażona krew owiec – rewizjonistycznego stadka, które wierzy, że żyje na szczycie intelektu u szczytu czasów – cieknie między literami tego tekstu; będą ją piły inne barany. Tryumfalne beczenie będzie ich kolędą, choć na jednej z tamtymi ucztowały wieczerzy. Na nie inna ubojnia czeka już otworem.

    I nikomu nie wolno się z tego śmiać. I nikomu nie wolno się z tego śmiać.



Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości