Oglądając w poniedziałek pseudo debatę Lisa z Kaczyńskim miało się wrażenie zderzenia nienawistnika z kpiarzem. Lis wyszedł ze skóry dziennikarza i napastliwie atakował Kaczyńskiego, a ten bez cienia klasy odgryzał się podwórkowymi odzywkami. Był przy tym wyluzowany (przynajmniej taki się wydawał) i świeży. W opinii większości (mojej również) Lis przegrał.
Jednak nie otrzymał nokautu. Kaczyński wygrał na punkty, ale przyjął kilka celnych ciosów. Jeden z nich dotyczył wywiadu dla Newsweeka i książki, a konkretnie słów o Merkel. Prezes odgryzając się przez krótki moment wyszedł ze skóry owieczki i pokazał wilczy ząbek. Ten ząbek w ciągu ostatnich dni przerodził się w paszczę.
Jeśli rozliczać Lisa ze skuteczności działania, a nie wrażenia widza oglądającego program to okazało się, że nieoczekiwanie odniósł sukces. Rysa którą zrobił na masce Kaczyńskiego w ciągu kilkunastu godzin doprowadziła do jej rozpadnięcia. W środę prezes prezentuje się już w pełnej krasie jako "ten prawdziwy Kaczyński". Wujek z plakatów to przeszłość. Dziś nikt już nie pamięta o dziewczętach z bilbordów.
Teraz ekipa PIS-u dwoi się i troi by zmyć z Kaczyńskiego łatkę europejskiego awanturnika. Przyjęta metoda pozywania niemieckich gazet jest co najmniej dziwaczna.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)