I oby był dotkliwy, nieprzejednany i nieubłagany. Oby zrujnował nas doszczętnie, doprowadził do zubożenia i totalnego krachu, obysmy cofnęli się o 20 lat, a wtedy na białym rumaku spod niebios spłynie Jarosłam Kaczyński i nastanie nam Budapeszt. Już teraz hufce niepocieszonych śpiewają przecież "Jarosław, Polskę zbaw". Sam prezes to przyznaje.
Obłudne oczekiwanie na kryzys, który już puka, już niedługo dobierze się do Tuska pokazuje, jak cyniczna jest polityka PIS-u. Orban przejął władzę na Węgrzech po koszmarnym krachu i na prawdę podbramkowej sytuacji. Słowa Kaczyńskiego o Budapeszcie potwierdzają tylko, że na podobną katastrofę w Polsce oczekuje jak na zbawienie. Marzy o zamieszkach i wielotysięcznych protestach, które miały miejsce na Węgrzech. Śni o załamaniu struktur państwa, by jako mesjasz na gruzach starego porządku zbudować nową rzeczywistość.
Marzenia te podchwycają pisowscy publicyści. Większość już zaciera ręce przewidując turblencje. "Sytuacja gospodarcza Polski szybko zgasi uśmiechy zwycięzców" - pisze redaktor Sakiewicz. Uśmieszek Wildsteina podczas rozmowy z Lichocką był znamienny. "Kryzys przyjdzie za dwa lata" - mówił. Szkoda, że tak długo biedne, prawdziwie patriotyczne redaktory będą musiały jeszcze czekać.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)