Krążąca po prawicowych mediach lista poparcia dla Cezarego Gmyza pozwala przypuszczać, że krzywdy jakich doznaje od wtorku, kiedy to "wyczarował" trotyl w Tupolewie, stawiają go na piedestale prześladowanych przez III RP obrońców prawdy.
Koledzy po fachu (czyli prawdziwi dziennikarze, a nie jakieś hieny) podkreslają na każdym kroku, jakim to Czarek jest fachowtym żurnalistą i jeśli mówi, że miał cztery źródła dla swojego newsa, to miał. Brak potwierdzenia, to najlepszy dowód na to, że źródła są prawdziwe, bo ktoś musiał się mocno namęczyć by je spacyfikować. Przypomina mi to bardzo dawny spór posła (wtedy jeszcze PIS) Kurskiego z PO, gdzie oskarżał partię Tuska o finansowanie przez PZU kampanii wyborczej. Na zarzut o braku na to dowodów, odrzekł, iż to własnie najlepszy dowód, że coś jest nie tak, bo ktoś szybko odpowiednie papiery usunął. Klasyka.
Najciekawsze i najbardziej kuriozalne w liście poparcia dla Gmyza jest to, iż jego twórcy z faktu krytyki, czy też "nagonki" na partacki tekst wysuwają wniosek o zabijaniu wolności słowa. Ciekawe. Rzeczpospolita odpala bombę, wywołuje burzę, potem się wycofuje, naczelny oddaje sie do dyspozycji zarządu, ten przeprowadza dochodzenie, ale krytykować nie można. Sza. Dzioby na kłódkę, każdemu się zdarza. Ciekawe, czy tak wyrozumiali byliby "niepodległościowi" dziennikarze, gdyby to GW, Newsweek, czy Polityka obpaliły podobną bombę. Jak znam życie biciu piany niebyłoby końca. A tak narodził się nam nowy męczennik IV RP. Jak niewiele trzeba Panie i Panowie. Wystarczy dać trochę gazu Kaczyńskiemu, by "nieprawdopodona wprost zbrodnia" nabrała realnych kształtów.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)