Jan M Fijor Jan M Fijor
172
BLOG

Korupcja

Jan M Fijor Jan M Fijor Polityka Obserwuj notkę 38

Korupcja

 

Gdyby Kaczyński naprawdę chciał zlikwidować korupcję, to by się zabrał za reformę prawa, a nie tworzenie CBA. W systemach przeregulowanych, gdzie każdą najmniejszą aktywność człowieka reguluje ustawa lub rozporządzenie władzy, korupcja jest ratunkiem. Uruchamia energię zamrożoną przez nadmiar ustaw. Jej alternatywą jest paraliż administracyjny.

    

Ze strzępów wypowiedzi uczestników zjazdu Prawa i Sprawiedliwości dociera przekonanie, że przegrani, czyli PiS tego nie rozumieją. Uważają oni, że powodem klęski wyborczej był z jednej strony strach Układu przed działaniami Centralnego Biura Antykorupcyjnego i bezkompromisowością premiera Jarosława Kaczyńskiego, z drugiej zaś naiwność narodu, który w działaniach PiS i CBA szansy na likwidację korupcji nie dostrzegł.

     Oba człony tej tezy są niestety błędne.

     Primo, posądzanie jakiegoś „układu” o to, że jest w stanie poruszyć umysły kilkudziesięciu milionów Polaków jest absurdalne. Secundo, jestem przekonany, że Polacy dostrzegliby determinację rządu w walce z korupcją, gdyby rząd ten – zamiast walczyć z koruptantami – chciał naprawdę chociaż minimalnie zredukować samą korupcję. Istnienie CBA i wojny z korupcją to gwarancja istnienia korupcji. Trudno sobie wyobrazić, że te kilkaset osób z takim pietyzmem wybranych spośród tysięcy amatorów śledzenia zrezygnuje z ciekawej, dobrze płatnej i gwarantującej władzę i wpływy pracy. Staną na głowie, aby jej nie stracić. Jeśli by w jakiś cudowny sposób Polacy przestali się nawzajem korumpować, uczynią to agenci CBA. Tymczasem zarówno CBA jak i retoryka walki z korupcją ignorowały kompletnie jej przyczynę, czyli nadmierny interwencjonizm; chore prawo regulujące najdrobniejszy aspekt naszego życia, ograniczające równocześnie wolność gospodarczą. Najlepszy dowód, że pierwszymi ofiarami CBA byli politycy PiS, a więc funkcjonariusze reżymu, który tę organizację ustanowił.

     Nie byłoby przecieku ze sprawy Leppera i aresztowania ministra Janusza Kaczmarka, prezesa Jaromira Netzla, czy oskarżeń pod adresem Ryszarda Krauzego, gdyby prawu własności przywrócono jego oryginalne, zapisane w konstytucji brzmienie. W tym konkretnym przypadku chodzi o to, aby właściciel gruntu miał prawo rozporządzać nim wedle własnego uznania i interesu. Jakim prawem minister rolnictwa czy jakiś inny urzędnik ma decydować o tym, że ja zamiast uprawiać fasoli chcę na swoim polu wybudować gościniec? To prawo do „odrolniania” ziemi przydzielone rządowi rodzi pokusę korupcyjną, której żadne biuro antykorupcyjne, włącznie ze stalinowską policją tajną i gestapo zwalczyć nie jest w stanie. To znaczy potrafi, ale pod warunkiem, że zakaże jakiejkolwiek działalności gospodarczej.

     Największa afera korupcyjna IV RP spowodowana była nadużyciem władzy, a konkretnie, bezprawnym, choć legalnym ograniczeniem prawa własności. Nota bene, z jednej strony wypłaca się ogromne subsydia rolnikom, za to, żeby nie uprawiali swojej ziemi, z drugiej zaś zakazuje używania ziemi na cele nierolnicze. Przecież to jest celowe utrzymywanie okazji do korupcji.

     A czymże się różni od tego najsłynniejsza afera korupcyjna III RP?

     Lew Rywin nie mógłby korumpować Michnika, ani Michnik Rywina, gdyby częstotliwość radiowa była prywatna a właściciel czy użytkownik fal radiowych, który za nie zapłacił mógł  robić z nimi co zechce, w ramach reguł uznanych prze społeczeństwo i potwierdzonych przez sądy za słuszne. Dlaczego władze mogły zabronić Adamowi Michnikowi i jego koncernowi nadawania audycji radiowych czy telewizyjnych? Przed czym nas chciały chronić? Że za dużo ludzi będzie słuchać Radia Michnik? Czy że za dużo ono zrobi? Gdyby panowała wolność nadawania, a nas traktowano jak osobników zdolnych do podejmowania racjonalnych decyzji o tym, kogo słychać, a kogo nie, do żadnej korupcji by nie doszło, bo nie miałaby ona sensu.

     Pomijając niejasności związane z rolą posłanki Sawickiej w aferze korupcyjnej, gołym okiem widać, że jej korupcja miała analogiczne źródła. To, że posłanka Sawicka mogła ustawiać przetarg na Helu było możliwe dzięki temu, że państwo polskie jest własnością majątku, którego nie kupiło, co więcej, nie miało prawa kupić, bo i jak. Podatki, z których państwo się utrzymuje służą wyłącznie opłacaniu niezbędnych kosztów wspólnych: dróg, wojska, policji, polityki zagranicznej, parków narodowych, więzień, ewentualnie zdrowia i edukacji. Państwo nie ma prawa inwestować w nieruchomości, od tego są obywatele. Jeśli komuś nieruchomość  skonfiskowało ma go obowiązek oddać. Jeśli przejęło za niezapłacone podatki, ma obowiązek sprzedać i powstały niedobór podatkowy natychmiast wyrównać.

      Gdyby działka na Helu była prywatna, korupcja byłaby niemożliwa! Trudno sobie wyobrazić, że za dom, który chcemy sprzedać za 500 tysięcy złotych, ktoś nam zaoferuje 200 tysięcy plus 100 tysięcy łapówki i my się na to zgodzimy. Natomiast wójt gminy czy jakiś inny biurokrata chętnie sprzeda majątek gminny, czyli niczyj wartości 500 tysięcy złotych za połowę tej ceny, jeśli mu dać 50 tysięcy w formie wziątka.

    Jak taką korupcję zwalczyć? Można zabić wójta, ale lepiej sprywatyzować majątek gminny!  Prywatyzacja nikomu nie przyniesie straty, chyba że uznać za nią nadmierne wydzielanie się żółci u zawistnych sąsiadów.

    Małgorzata Ostrowska wzięła 155 tysięcy zł łapówki, ponieważ jakiś kretyn wymyślił kolorowanie paliw. Olej paliwowy pozbawiono części wartości ekonomicznej, nadając ją farbce, którą go zabarwiono. Przy czym kolor nie zmienia właściwości oleju. Bez względu na to, czy jest on zielony, czerwony czy niebieski jest takim samym olejem. Gdybym miał diesla, to pewnie sam byłbym skorumpowany, bo do dzisiaj nie wiem, jaki jest legalny kolor oleju opałowego, a  jaki nielegalny. Zamiast walczyć z mafią paliwową, należy zwalczyć mafię od farbek. To nie Ostrowska powinna iść do kryminału, tylko minister, który wymyślił to farbowanie.

     Korupcja ma swoje źródło w chorej strukturze własnościowej i ograniczeniach wolności obywateli. Ludwig von Mises napisał: „każdy akt ingerencji rządu w proces rynkowy musi być uznany – z punktu widzenia obywateli – albo za konfiskatę, albo za podarunek.” Władza jednym zabiera, drugim daje. Normalny człowiek nie chce, żeby mu coś zabierano siłą. Wszyscy zaś chcą żeby im dawano. Tworzy się więc kocioł; jedni walczą o to, by zatrzymać to, co władza chce im skonfiskować, inni, o to by władza skonfiskowała coś innym i podarowała im. Zamiast w ciszy i skupieniu pracować nad poprawą własnego bytu, ludzie uganiają się za tym, co ich, albo co nie ich. To jest paranoja.

    Gdyby premier Kaczyński i jego rząd naprawdę chciał zlikwidować korupcję, to by walczył z prawem, które ją tworzy. Nie robił tego, bo i jego rząd chce jednym zabierać, aby dawać drugim. Dzięki takiej polityce ma gdzie zatrudnić tysiące wiernych pretorian, a wśród nich gwardię funkcjonariuszy CBA.

 

Jan M Fijor

www.fijor.com

Jan M Fijor
O mnie Jan M Fijor

Nazywam się Jan M Fijor. 20 lat na emigracji w USA, Argentynie i Meksyku. Pracowałem tam jako barman, pośrednik, makler, doradca finansowy.  

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (38)

Inne tematy w dziale Polityka