Kością niezgody między PO a pozostałymi partiami staje się znowu system podatkowy PIT. Rządząca PO jest za podatkiem liniowym, opozycja, a najsilniej PiS i LiD, za progresywnym. Problem w tym, że jeśli politykom naprawdę zależy na dobrobycie Polaków, podatek liniowy służy temu celowi znacznie lepiej niż podatek progresywny.
Zwartość portfela
Od podatku pieniędzy w państwie nie przybywa, a ściślej, ubywa. Amerykański ekonomista i politolog, Frank Chodorov twierdzi, że „pieniądz w kieszeni podatnika ma dwukrotnie wyższą wartość, niż w kasie fiskusa”. I chociaż wartość całkowitego zasobów Polaków, to co sami posiadają plus to, co im zabierze państwo (podatki) jest stała bez względu na formę opodatkowania, to uszczuplając portfele obywateli, politycy obniżają potencjał gospodarczy narodu. Problem w tym, że pewne stawki i formy opodatkowania przyczyniają się do tego, że majątek narodowy rośnie, a inne, że maleje. Im podatek mniejszy, tym wzrost gospodarczy szybszy. I to niezależnie od programu politycznego. Dlaczego więc politycy nie godzą się na obniżkę podatku?
Oficjalnie dlatego, że ich zdaniem obywatele nie potrafią sami sobą rozporządzać i trzeba rządu, który się nimi zajmie. Wysuwają też argument o sprawiedliwości, a raczej niesprawiedliwości podatku. (Tak jakby życie było sprawiedliwe, albo nawet mogło sprawiedliwym być.) Argument ten podnoszony jest szczególnie głośno w stosunku do podatku liniowego. Zastanówmy się zatem, czy politycy sprzeciwiający się temu podatkowi mają rację.
Czym jest podatek liniowy? To w przeciwieństwie do podatku progresywnego (PIT), który obowiązuje Polsce podatek, który bez względu na wysokość dochodów ma stałą stopę. Jeśli jest to 13 proc., jak w Rosji, osobnik zarabiający 100 tys. rubli rocznie zapłaci w postaci podatku 13,000 rubli, a osobnik zarabiający 1 mln rubli odda fiskusowi 130 tys. rubli. Koncepcja podatku liniowego charakteryzuje się tym, że nie uwzględnia żadnych (lub prawie żadnych) odpisów i ulg podatkowych. Zaletą takiego podatku jest więc jego prostota, wyliczenie nie budzi wątpliwości, może go dokonać nawet półanalfabeta. Stąd najsilniejsze lobby przeciwko podatkowi liniowemu istnieje w środowisku księgowych, doradców podatkowych i personelu urzędów skarbowych; część z tych ludzi, po wprowadzeniu go pójdzie na bruk. Nie mówi się tego otwarcie, do tego służy argument o sprawiedliwości społecznej.
Niesprawiedliwość społeczna
Jest to argument wielce ryzykowny, naciągany, a ponadto fałszywy. Pomijam fakt, że w życiu sprawiedliwości nie ma i być nie może. Nie wiadomo nawet, co by tą sprawiedliwością miało być. Załóżmy jednak, że niesprawiedliwym byłby podatek wyższy dla biednych, a niższy dla bogatych, albo jednakowy dla wszystkich. Jeśli tak, to podatek liniowy niesprawiedliwy nie jest. Jeśli nawet „biedny” i „bogaty” płacą jednakową stopę podatkową np. 18 proc., to przecież nie płacą tyle samo. „Milioner” płaci 20 razy więcej podatku, niż ktoś, kto zarabia rocznie 50 tys. zł. Co więcej, w przypadku podatku progresywnego, przy stopie podatkowej 36 proc. ten sam milioner nie zapłaci wcale dwa razy tylko, ile zapłaciłby przy podatku liniowym w wysokości 18 proc. Chińskie przysłowie mówi: „Prawo podatkowe piszą ludzie bogaci”. I to jest prawdą także u nas. W odpowiedzi na wyższą stopę podatkową, ludzie bogaci posługują się lukami podatkowym i innymi legalnymi formami zmniejszania dochodu do opodatkowania. Spośród bogatych rekrutują się biznesmeni i właściciele firm, którzy część swoich wydatków osobistych są w stanie, jak to się potocznie mówi; wpuścić w koszty. Te koszty pokryje biedny podatnik.
W roku 1960 przy podatku progresywnym na maksymalnym poziomie 90 proc. realna stopa podatkowa ludzi zamożnych wynosiła w USA niewiele ponad 23 proc., tylko o dwa proc. mniej, niż dwadzieścia pięć lat później, gdy ją Ronald Reagan obniżył do 35 proc. Nie trzeba być statystykiem i rozumieć równanie Leffera, by wiedzieć, że wyższa stopa podatkowa nie przekłada się wcale na wyższe wpływy z podatków. Co więcej, znane dotąd przykłady: reaganowskiej reformy podatkowej z 1986 roku, podobnej reformy z 1983 roku z Chile, a ostatnio także z Rosji dowodzą, że jest odwrotnie. Obniżka stóp procentowych w USA niemalże wpływy podatkowe podwoiła, w Chile wolumen wpływów podatkowych wzrósł o połowę, nieco mniej, ale też dużo, wzrosły wpływy fiskusa w Rosji.
Swoją drogą, poza mściwością i głupotą, trudno znaleźć jakiś rozsądny argument za tym, żeby ludzie bogaci mieli płacić kilka czy kilkanaście razy więcej za wojsko, drogi czy sanatoria. Stopień wykorzystania przez nich instytucji państwowych (utrzymywanych z podatków) nie jest większy niż w przypadku ludzi płacących znacznie niższy podatek. Czyżby więc opozycja wobec podatku liniowego nie odróżniała prawdy od fałszu? Tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że pomimo ewidentnej fałszywości, teza o niesprawiedliwości podatku liniowego jest bardzo nośna politycznie. Biedny, który podatku nie płaci (a właściwie myśli, że nie płaci) chętniej głosuje na tych, którzy mu obiecują „złote góry”. Gdyby mu przyszło za te góry zapłacić, może by się zreflektował, że są jednak tańsze sposoby na życie niż korzystanie z utrzymania państwa, co też jest złudzeniem, gdyż relatywnie biedni płacą znacznie więcej podatku niż ludzie lepiej zarabiający.
Interes społeczny
Innym, często powtarzanym argumentem przeciwko podatkowi liniowemu jest tzw. interes społeczny. Nikt tego interesu rzecz jasna nie definiuje, bo wtedy by się okazało, że największym wrogiem interesu społecznego są podatki, chętnie jednak jest on publicznie podnoszony. I tak, Janusz Piechociński, zatroskany poseł PSL, absolwent SGH, jak sam podkreśla, martwi się, że przy podatku liniowym zabraknie pieniędzy w budżecie. Ciekawe, że nie troszczy się o budżet podatnika, któremu z powodu podatku też może zabraknąć pieniędzy w domowym budżecie. Załóżmy jednak, że to jest zbyt drobna sprawa jak na polityka. Problem, w tym, że niższa stopa podatkowa, to więcej pieniędzy w kieszeni obywatela, a obywatel żyjący w dostatku nie wymaga już tak intensywnej pomocy państwa. Jeśli nawet spadną dochody państwa, jeszcze szybciej spadną potrzeby obywateli. Wszak obniżka podatku polega właśnie na tym, że zamiast w kasie państwa, pieniądze pozostają do dyspozycji obywatela. To nie wszystko. Niższy podatek przekłada się na lepszą ściągalność. W Rosji zejście z przedziału 30 proc. (przy podatku progresywnym) do podatku liniowego 13 proc. spowodowało wzrost wpływów państwa ok. 25 proc. Oszukiwanie fiskusa przestało się opłacać. Po trzecie, obywatel mając do dyspozycji więcej pieniędzy, chętniej inwestuje, bo ma z czego. Nowe inwestycje tworzą nowe miejsca pracy i nowe podatki. Zależność tę zaobserwowano wyjątkowo wyraźnie po tym, jak Ronald Reagan obniżył w 1982 roku marginalną (maksymalną) stopę podatkową z 80 proc. do 35. Mimo tak gwałtownego spadku, wolumen wpływów podatkowych wzrósł z 500 mld dol. do ok. 900 mld dol.!
Podatek liniowy doprowadzi nie tylko do spadku potrzeb budżetu i wzrostu zamożności obywateli, ale także do zwiększenia wolumenu wpływów podatkowych w ogóle. Potwierdzają to m.in. doświadczenia: Rosji, Chile, Słowacji. Zresztą po co daleko szukać, potwierdza to liniowy CIT, wprowadzony 4 lata temu przez Leszka Millera.
Władza!
Dlaczego pomimo samych zalet, podatek liniowy jest wprowadzany z takimi oporami? Powody są dwa. Primo, to ignorancja. Już o tym mówiliśmy. Polityk, dziennikarz, działacz nie wie, boi się spytać, więc na wszelki wypadek woli się sprzeciwić, dorabiając do swej odmowy fałszywy argument o niesprawiedliwości lub zagrożeniu interesu społecznego. Gdyby politykom chodziło wyłącznie o sprawiedliwość i dobro społeczne, wprowadziliby podatek liniowy nawet ryzykując utratę stanowiska. Taki podatek jest dla kraju i ludzi znacznie bardziej korzystny, niż podatek progresywny. Co więcej, jest też znacznie korzystniejszy dla samego polityka. Nie dość, że obywatele z własnej kieszeni wyciągają mniej, to w kasie państwa pieniędzy jest więcej. Sytuacja wydawałoby się wymarzona. Z jednym wyjątkiem. I tu dochodzimy do argumentu decydującego, do żądzy władzy. Polityk uświadamia sobie, że więcej pieniędzy w kieszeni obywatela, to więcej wolności dla obywatela. Człowiek wolny zastanawia się czy ten poseł, senator czy prezes jest mu naprawdę do czegoś potrzebny. A nuż dojdzie do wniosku, że należałoby go jednak zwolnić? I tego widma zbędności boją się politycy najbardziej, stąd stwarzają nam nieustanne zagrożenia, abyśmy przypadkiem nie odkryli, że tak naprawdę możemy się bez wielu z nich obyć.
Jan M. Fijor


Komentarze
Pokaż komentarze (14)