0 obserwujących
26 notek
14k odsłon
47 odsłon

Moje miłosne awantury

Wykop Skomentuj

Nie pamiętam dokładną ilość, z pewnością ale pozwolę sobie twierdzić, że użycie liczby pojedynczej byłoby nieścisłe i mało prawdopodobne. A tego staram się unikać, jak diabeł święconej wody. Bo z natury jestem człowiekiem łagodnym, umiarkowanym i prawdomównym. Nie zawsze dawałem tego dowody, w młodości (liczącej do 78 lat) nie brakowało najróżniejszych salto mortale. Za przykład mogą służyć moje liczne miłosne awantury. Dokładnej ilości już nie pamiętam, w każdym razie wszystkie starałam się je opisać w naszej publikacji MINĘŁO 55 LAT, wydanej w roku 2008. Wtedy jako 77latkowi wyraźnie dawał mi się już odczuć zawód pamięci, więc niewykluczone, że niejedno miłosne trofeum zostało w tej książce pominięte. Jeśli kogoś, właściwie którejś, nie wymieniłem, to wyłącznie z tego właśnie powodu a nie z braku szczerości czy odwagi. A oto co wszystko przeżyłem i dokładnie opisałem w cytowanej publikacji, odpisałem z łatwością, posługując się klawiszowymi skrótami Ctrl+A, Ctrl+C i Ctrl+V:

Moja miłosna „awantura”:

      W tym wieku chyba każdy z nas miał już za sobą jakąś miłosną przygodę. Dla ciekawskich opowiem pokrótce o własnej:

      Nie ujawnię nazwiska swej wybranki, ani jej całego imienia, zdradzę tylko początkową literę — I. W klasie było bowiem więcej koleżanek z inicjałami I. Niepotrzebnie, bo i tak łatwo wszyscy klasowi się domyślali.

      Zawsze byłem przekonany, że wszyscy o mojej miłosnej „awanturze” z koleżanką I. wiedzą. Moje zachowanie było tak przejrzyste, tak głupkowato się na każdej lekcji gapiłem na moją pierwszą wybrankę serca, że to przez nikogo w klasie nie mogło być niezauważone. Za wyjątkiem samego obiektu mych zainteresowań. Dziwna to musiała być „awantura”, skoro w dodatku bez wzajemności do dnia dzisiejszego. Dla mnie osobiście były to wzruszające emocje, przeżycia, w najróżniejszy sposób urozmaicane i dopełniane bujną fantazją.

      Ta platoniczna miłość pozostała taką do dnia dzisiejszego. Niewiele brakowało, a mogło być zupełnie inaczej… Raz, już lata po maturze, spotkaliśmy się. Nie pamiętam, czy tak byliśmy umówieni, czy przez przypadek, albo też celowo przyjechała na jakieś spotkanie do Cieszyna w odwiedziny koleżanki. Siedzieliśmy w jednym lokalu PIASTA z resztą koleżanek i kolegów, z niecierpliwością oczekując na jej przyjście.

      Wreszcie podniecony i zdenerwowany powziąłem desperacką decyzję. Było mi wiadomo, że zakwaterowała się w tym właśnie hotelu. Postanowiłem w duchu nie czekać dłużej i pójść za nią na „cymrę”. Zapukam do drzwi, pomyślałem, a kiedy je otworzy, to natychmiast je zamknę i bez jakichkolwiek ceregieli zdobędę ją siłą, bez względu na konsekwencje. Zdawałem sobie sprawę, że za takie przestępstwo drogo przyjdzie mi zapłacić — wsadzą mnie na co najmniej na 10 lat za kratki. Nic się tym nie przejmowałem, bo wiedziałem, że nagroda i tak mnie nie minie: po wypuszczeniu na wolność czekałaby na mnie z utęsknieniem już dziewięcioletnia dziecina z mamusią. Mamusię poprosił bym o rękę i nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalsze nasze losy…

      Do koleżanki I. z powodu braku wzajemności nigdy nie żywiłem złego uczucia, zawziętości, niewdzięczności czy broń Boże, wrogości. Ale za złamanie serca (po łacinie fractura cordis) też się jej dostało: już nie pamiętam, jakim zrządzeniem losu obaj dostaliśmy się w taneczne pląsy. Tak mocno ją wtedy uściskałem, że pękło jej jedno żebro — za to serce nietknięte. Moja fraktura doskonale się zabliźniła, i mam nadzieję, że i jej połamane żeberko też zostało bez poważniejszych następstw.

Jan Kufa 

 

 

 

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale