12 obserwujących
155 notek
136k odsłon
  147   0

Różnica między Stanem Wojennym, a Narodową Kwarantanną.

Różnicę tę można opisać jednym zdaniem: celem wprowadzenia Stanu Wojennego było przedłużenie trwania na terenie Polski czerwonej zarazy, celem Narodowej Kwarantanny jest pozbycie się z Polski covidowej zarazy.

To, że Młodzi, Ogłupieni z Wielkich Miast dopatrują się analogii, to specjalnie mnie nie dziwi. Ale jeśli robią to ludzie, którzy Stan Wojenny przeżyli mając co najmniej 10 lat, to mamy a priori trzy możliwości:

- Stan Wojenny był dla nich pożądany i korzystny,

- wiedzą o co chodzi, ale dla motywów politycznych nie cofną się przed niczym,

- są zbyt głupi, aby rozumieć otaczający ich świat.

Osoby z pierwszej grupy nawet rozumiem (co nie znaczy, że akceptuję). Urządzili się w PRL-u, byli z niego zadowoleni, nie oczekiwali wiele od życia, wystarczało im, że mają więcej, niż ich sąsiedzi czy znajomi ze szkolnych czasów. Dostawali talon na samochód, przydział na ładne, komunalne mieszkanie z niskim czynszem itp. itd.

Osoby z trzeciej grupy - no trudno. Można próbować ich uświadamiać, ale czasami jest to rozmowa ze ślepym o kolorach.

Najgorszą jest natomiast grupa druga. Oni świadomie fałszują rzeczywistość, chcąc ją do końca obrzydzić znękanym ludziom. Dobrze wiedzą, że znacznie większe ograniczenia wprowadzono w innych państwach europejskich (np. w Brukseli godzina policyjna obowiązuje już teraz, a nie tylko w Sylwestra), ale udają, że tego nie wiedzą. To są naprawdę wyjątkowe kanalie, w dodatku mściwe. Nie mogą pogodzić się z kolejnymi przegranymi wyborami (pewnie w głębi ducha zdają sobie sprawę, że następne też przegrają z kretesem), więc plują jadem, ile się da, licząc na to, że młodsze pokolenie, znające Stan Wojenny tylko z relacji, w tym takich o "ludziach honoru" w osobach komunistycznych generałów, dadzą się nabrać na te plewy.

A Stan Wojenny oprócz ofiar z kopalni Wujek czy zabitych demonstrantów przyniósł także wiele anonimowych i do dziś nie opisanych śmierci i tragedii. Jak żona mogła wezwać pogotowie do męża z zawałem, kiedy telefony były wyłączone. O ile w ogóle w okolicy był jakiś aparat telefoniczny, bo było to dobro luksusowe, ściśle reglamentowane. Lud pracujący miast i wsi jak chciał rozmawiać przez telefon to musiał udawać się do najbliższej działającej Poczty. Samochodem zawieźć go też było trudno z dwu powodów: mało kto miał samochód, a jak już miał, to paliwo było reglamentowane na kartki. Przy czym system kartkowy bynajmniej nie zapewniał, iż na danej stacji paliwowej CPN jakiekolwiek paliwo było. Poza tym na wyjazd poza gminę zamieszkania potrzebne było osobne zezwolenie na piśmie! Można było liczyć na uprzejmego milicjanta, który przymknie oko na kobietę w potrzebie, ale nie zawsze. I rzecz najważniejsza: jedzenie: było na kartki, ale i tak trzeba było szukać. Albo stać w kolejce do mięsnego. Jeśli ktoś chciał być pewien, że kupi coś konkretnego, to musiał ustawiać się w kolejce już poprzedniego dnia wieczorem!

Jeszcze raz dla ignorantów:

W Stanie Wojennym ludzie stali w kolejkach przez całą noc, ukrywając się przed patrolami w pobliskich bramach czy zaułkach.

I dla dzisiejszych imprezowiczów: lokale z wyszynkiem (najczęściej były to bary typu "bar", gdzie podawano piwo w szklanych kuflach, na życzenie kufle mogły być nawet umyte po poprzednim kliencie, ale stoliki to już niekoniecznie) były nieliczne, tak na oko było ich ze 20 razy mniej, były zamykane już o godz. 20:00, czasami do 22:00. Alkohol podawano też w kawiarniach (też wcześnie zamykane) lub w restauracjach (tylko do dań). Ale na ogół po godz. 21:00 w miejscowościach do 100 tys. mieszkańców wszystko było zamknięte. W dużych miastach były lokale w hotelach, czasami nawet tzw. kluby nocne, ale dość drogie i z opłatą za wstęp. Za to wszędzie można było palić, ile wlezie (dopóki starczyło papierosów).

Alkohol i papierosy były na kartki, o ile dobrze pamiętam 3 butelki na miesiąc i 10 paczek papierosów. Tak więc za kilka paczek papierosów można było np. wymienić sobie w warsztacie klocki hamulcowe całkowicie gratis.

I jak komuś się "ten kraj" nie podobał, to mógł co najwyżej próbować kajakiem popłynąć do Danii lub Szwecji (były takie próby), bo paszporty były w zasadzie dostępne tylko dla tych, którym akurat się w "tenkraju" podobało. W dodatku nawet jak ktoś posiadał paszport (bo np. opłacił w "Orbisie" drogą wycieczkę do któregoś z krajów tzw. Zachodu, to i tak ten paszport musiał być zdeponowany na milicji i był wydawany tylko i wyłącznie na czas owej wycieczki. Dzisiaj, jak się komuś bardzo nie podoba perspektywa Sylwestra w Polsce, to droga wolna: może go spędzić na kwarantannie w Berlinie czy innych europejskich stolicach. A jak ktoś już tam jest, to może sobie bezkarnie pluć na Polskę, wiedząc, że nie zawitają do niego tzw. "nieznani sprawcy", a jego zwłoki nie zostaną po kilku dniach odkryte gdzieś w szczerym polu czy na dnie jakiegoś zbiornika wodnego, jak to w PRL-u bywało. Albo że popełni "samobójstwo" łamiąc sobie kręgosłup, o "spadaniu ze schodów" nie wspominając.

Żarty żartami, walka polityczna walką polityczną, ale właśnie przekroczono kolejną granicę przyzwoitości.



Lubię to! Skomentuj14 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale