615 obserwujących
1599 notek
9322k odsłony
  12335   0

Wokół zeznań Bahra

Najistotniejsza chyba kwestia, jeśli chodzi o opowiadania polskiego ambasadora w Moskwie, to ta, że on, dostawszy się na pobojowisko od strony ul. Kutuzowa, otrzymuje telefonicznie z Polski informację o „katastrofie”, zanim sam zdąży kogokolwiek z gabinetu ciemniaków o niej poinformować. Jest to zdarzenie wprost niezwykłe, zważywszy na to, iż powinna być sytuacja... odwrotna, wszak Bahr miałby być jednym z pierwszych świadków na „miejscu zdarzenia” (wedle jego relacji w ciągu paru minut dojechali „za strażą” w okolice pobojowiska). Bahr na pytanie: „i w którym momencie zadzwonił pan do Warszawy?” odpowiada tak:

 
...pierwsza chwila to jest taka, kiedy bardziej człowiek musi zapanować nad własnymi jakimiś odruchami czysto fizycznymi, dlatego że to są jakieś przerażające widoki, ale zaraz potem, dosłownie w kilka minut minęło, kiedy zadzwoniono do mnie z centrum rządowego i wiado... już była wiadomość przekazana i mogłem w tym samym momencie zaraportować p. min. Sikorskiemu, co się stało.

 

 
W wywiadzie dla Torańskiej ten moment jest pokazany w nieco szerszej perspektywie:

 
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Trzęsły się tak, że nie mogłem ustać. Starałem się nad nimi zapanować. Mój kierowca dzwonił (…) ściągał BOR-owców z cmentarza w Katyniu. Krzyczał do telefonu, żeby natychmiast przyjeżdżali, że są potrzebni. Nie tam jest wasze miejsce - wołał - tylko tutaj. Uspokoiłem nogi. Powinienem kogoś poinformować. Odruchowo zadzwoniłem do mojej rodziny. Odebrała siostra. Powiedziałem dwa zdania. Że wydarzyła się katastrofa i że to, co widzę, jest przerażające. Usłyszałem jej krzyk. Następny telefon wykonałem do pani Czartoryskiej, mojej sekretarki w ambasadzie.

 
- Nie do ministra Sikorskiego?

 
- Nie miałem przy sobie jego bezpośredniego telefonu, wziąłem nie tę komórkę. Po chwili odezwało się Centrum Operacyjne Rządu i połączyło mnie z ministrem Sikorskim.

 
- Była godzina 8.55.

 
- Minister już wiedział.

 
- Od siedmiu minut. Od dyrektora Jarosława Bratkiewicza z departamentu polityki wschodniej, a ten od swego naczelnika Dariusza Górczyńskiego, który zadzwonił do niego z płyty lotniska.

 
- Zameldowałem ministrowi, co widzę. Nie pamiętam, w jakich słowach. To była krótka rozmowa. Za miejscem, gdzie staliśmy, był wzgóreczek, rodzaj nasypu. Nie widzieliśmy, co za nim. Nie widziałem też żadnego kadłuba ani żadnych odwróconych do góry kół. Ze zdumieniem zobaczyłem je potem w telewizji.”

 
Torańska tutaj wyręcza ambasadora w rozmowie, jeśli chodzi o rekonstrukcję szczegółów i tym samym ułatwia nie tylko sobie, ale i nam zadanie, ponieważ mimowolnie pokazuje fenomen „rozprzestrzeniania się” wieści o „wypadku”, zanim jeszcze COKOLWIEK zostało obejrzane i ustalone. Nikt chyba nie zaprzeczy, iż sytuacja jest więcej niż kuriozalna, że jeden ze świadków dobiegających na miejsce dostaje po chwili telefon z Polski, że zdarzyła się „katastrofa”. To tak jak z W. Baterem, który wie o „nieszczęściu”, zanim do tego nieszczęścia dojdzie.

 
Moment „katastrofy” przechodzi u Bahra niezauważony, jak wiemy:

 
Samolotu (lądującego – przyp. F.Y.M.) samego nie widziałem, dlatego że miejsce, w którym my oczekiwaliśmy, było bardziej oddalone. Natomiast to, że coś się stało, zorientowałem się, że, po takim nagłym ruchu gospodarzy, po gestykulacji oraz po tym, że zaczęły jechać auta. Myśmy natychmiast wsiedli w auto swoje, po to, żeby jechać za strażą pożarną, no bo jeżeli widziałem, że jedzie straż pożarna przez środek lotniska, to zorientowałem się, że coś się dzieje i dlatego byliśmy na tym miejscu dosłownie w kilka minutpo wydarzeniu.

 
(…) Najpierw trzeba było przebiec przez taką łąkę, która była mokra i się zapadaliśmy, biegnąc, no i zobaczyliśmy właśnie cały szereg tych elementów i wydobywający się dym, tak jak z takich ognisk, które czasami widzimy na polach gdzieś w jesieni, no i oczywiście wszystkie te części. To była tylnia część bardziej samolotu, która została zmniejszona do tej wielkości, którą (…) państwo wielokrotnie widzieliście tam w telewizji. W każdym razie pierwsze wrażenie jest takie, że coś, do czego przyzwyczajeni jesteśmy, że jest ogromne, zmniejszyło się, spłaszczyło się do jakichś nieprawdopodobnych rozmiarów.

 
W drugiej części tego telewizyjnego wywiadu (0'43'' http://www.youtube.com/watch?v=hjDIdARnOXg) Bahr dodaje jeszcze, że: „Już jak staliśmy ja myślałem po prostu, że samolot przyleci później, bo rzeczywiście robiło to wrażenie bardzo takiej mocnej mgły, a to miejsce, do którego dobiegliśmy, oczywiście, tam też była mgła, ale jak wspomniałem, byłem bardzo blisko, w związku z czym to wszystko widziałem

 
Natomiast w wywiadzie prasowym te chwile wyglądają następująco:

 
Stałem więc na lotnisku Siewiernyj i jak zwykle przyglądałem się ludziom. Jestem socjologiem i interesują mnie ich zachowania. Minęła zaplanowana godzina przylotu. Zawsze trzeba się liczyć z jakimś opóźnieniem, ale ono się wydłużało. Zacząłem się denerwować. Każda minuta się liczy, bo zapisana jest w protokole. Mgły zrobiło się okropnie dużo. Była straszna. Staliśmy coraz bardziej zdezorientowani.

 
Nagle zauważyłem, że grupa rosyjska się rozchybotała. Jest takie powiedzenie "przysiąść z wrażenia". Oni przysiedli w skali masowej, jakby coś ciężkiego na nich spadło. Jednocześnie zobaczyłem wyskakujący od lewej strony samochód straży pożarnej. Wcześniej go nie widziałem, widocznie był schowany na zapleczu. Minął nas z dużą prędkością i gnał w poprzek lotniska. W ułamku sekundy skojarzyłem te dwa fakty i: Coś się stało! - krzyknąłem do swego kierowcy. Żaden pojazd nie będzie przecież jechał przez lotnisko, jeśli za chwilę ma na nim lądować samolot. Wskoczyliśmy do samochodu. I za nim!

 

 
Nie pojawia się więc żaden niepokojący dźwięk, żaden odgłos „wypadku”, żaden rumor, świst, hałas etc., a Bahr z kierowcą, widząc, że straż gna przez lotnisko, rusza za czerwonym wozem, wywnioskowawszy, iż „coś się stało”, bo Ruscy gnają.

 
Przez mgłę widziałem przed sobą tył samochodu strażackiego, a po bokach pobojowisko w typowo sowieckim stylu - ruiny garaży, rozwalające się magazyny i wraki zardzewiałych samolotów. Samochód strażaków zatrzymał się, wycofał i zawrócił w prawo. Widocznie dostali od kogoś sygnał, że źle jadą. Po kilkuset metrach znowu stanęli. Wysiedliśmy. Znajdowaliśmy się poza lotniskiem. Obok był rów, przed nami łąka. Zobaczyłem wicegubernatora, stał za rowem. Krzyczał do nas, że to tutaj i że jest grząsko. Ale człowiek - jak pani wie - w takich momentach nie myśli o ostrożności. Naturalnym odruchem jest biec dalej, żeby komuś pomóc, kogoś ratować. Bo samolot przecież jak w filmach akcji wrył się prawdopodobnie w ziemię albo wbił w jakąś ścianę. I my uwięzionym w nim ludziom jesteśmy potrzebni. Zaczęliśmy biec. Pod butami czuło się miękki grunt, ale można się było po nim poruszać. Po 100, może 150 metrach zobaczyliśmy cztery sterty złomu. Parowały dymem. Dym unosił się nad polami i szedł w górę. Jak podczas zbierania ziemniaków. Na polu, jesienią.”

 
Ciekawe jest to, że „wicegubernator” ruski już „stoi za rowem” - najwyraźniej wiedział lepiej od strażaków, gdzie „upadł samolot”. Bahr wspomina dalej:

 
te fragmenty, które zobaczyłem, po półtora metra wysokości odbierały mi nadzieję, że komuś mogę pomóc. (…)”

 
No i pojawia się warta odnotowania reakcja kierowcy, który „zaczął kląć. Potwornie! Choć jest człowiekiem niezwykle opanowanym i zawsze niebywale przytomnym. Że to wszystko od początku nie miało sensu i tym musiało się skończyć”. Można więc tylko żałować, że G. Kwaśniewskiego nie posadzono za sterami tupolewa, wtedy bowiem na pewno wszystko miałoby sens i skończyłoby się lepiej.

 
Wróćmy jednak do Bahra, który w telewizyjnym wywiadzie dodaje, odpowiadając na pytanie, co myślał, przybywszy na pobojowisko:

 
Pierwsze uczucie, które jest, jeżeli się wie, że coś niedobrego się stało, to wydaje mi się, to jest uruchomienie jakieś automatyczne chęci pomocy, ponieważ przyzwyczajeni jesteśmy do takich obrazów filmowych, kiedy gdzieś jest jakaś katastrofa samolotu i można sobie wyobrazić, że skrzydeł nie ma, ale prawda część kadłuba została i w związku z tym można podbiec i wyciągać stamtąd ludzi. Ja myślę, że pierwsze uczucie, które nami kierowało, to było to, że chcieliśmy pomóc. Natomiast w momencie, kiedy dobiegliśmy do tego miejsca (…) widać było, że nie ma co pomagać (…) Wtedy pan nie myśli o tym, dlaczego się stało, tylko jak gdyby jest... można powiedzieć, ekran mózgu wypełniony tym obrazem, który jest przed nami, który jest obrazem nieporównywalnym do wszystkiego tego, co sami widzieliśmy w życiu. W związku z czym bardziej się liczy ten obraz jako obraz i temu, że nie chcemy wprost wierzyć w to, co widzimy...http://www.youtube.com/watch?v=o3V9JiGQtFc 8'24''

 
Bahr twierdzi, że jakieś pół godziny zajął mu pobyt na Siewiernym, a potem wrócili z kierowcą do Katynia. Wedle Ministerstwa Prawdy miałaby to być godzina 9.27 (http://www.tok.fm/TOKFM/1,88710,9404926,10_kwietnia_2010__Rekonstrukcja_zdarzen__MINUTA_PO.html), co wydaje się być informacją, jak to zwykle wśród ludzi tego ministerstwa, wziętą z sufitu – zresztą rok wcześniej nie ma tej wiadomości w relacji „minuta po minucie” (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7752573,Prezydent_Lech_Kaczynski_nie_zyje__Katastrofa_samolotu.html).

 
Ale rzućmy okiem na to, co podają w kwietniu 2011 r. ludzie z Czerskiej:

 
9.27 Ambasador Bahr z lotniska w Smoleńsku jedzie na cmentarz w Katyniu. Wie, że jest tam kilkudziesięciu dziennikarzy, ok. 250 osób z Polonii, 300 weteranów, członków Rodzin Katyńskich, posłów, którzy przyjechali do Smoleńska pociągiem z Warszawy. I wie, że się niecierpliwią, bo delegacja prezydencka jest spóźniona. Longina Putka z konsulatu w Moskwie powiedziała niektórym członkom polonii, że doszło do katastrofy.

 
(…) 9.46. Jerzy Bahr dojeżdża do Katynia. Mówi Jackowi Sasinowi z Kancelarii Prezydenta, co się stało. - Wszystko wskazuje na to, że prezydent Lech Kaczyński, który miał przylecieć na sobotnie uroczystości w Katyniu nie żyje - Sasin przekazuje zgromadzonym informację o wypadku. Ambasador Bahr prosi go, by został w Rosji, ale ten nie chce się zgodzić. Planuje jak najszybciej wrócić do Warszawy. Uważa, że jest potrzebny w kraju jako najwyżej postawiony żyjący urzędnik z Kancelarii Prezydenta.

 

 
Jeśliby wziąć pod uwagę to, że Ruscy uruchomili maskirowkę już po 8.56, to Bahr, przy założeniu, że faktycznie pół godziny przebywał na Siewiernym, bo równie dobrze mogło być to nieco dłużej, dojechałby do Katynia o 10-tej. Jednakże w relacjach telewizyjnych w okolicach godziny 10-tej nie widać jeszcze Bahra na migawkach z cmentarza, a przecież kamery nie mają czego innego poza Katyniem do pokazywania (ewentualnie archiwalia z tupolewami lub zdjęciami ofiar), bo żadnych materiałów z Siewiernego żadna stacja jeszcze nie ma (albo ma, lecz trzyma do odpowiedniego momentu – to jeszcze kwestia do zbadania); pierwsze z nich pojawią się o godz. 10.18 i to będą zdjęcia R. Sępa (http://www.youtube.com/watch?v=uygzScvx8Us&feature=related 10'17''), a potem S. Wiśniewskiego z jego księżycowej wędrówki.

 
Bahr pojawia się (na wizji) niedługo przed mszą na cmentarzu. O której się jednak ona zaczęła? Informacja o zakończeniu się mszy w Katyniu podana jest 10-go Kwietnia na stronie „Czerskiej Prawdy” o 12.41 (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,105741,7753009,Zebrani_na_cmentarzu_w_Katyniu_wyruszaja_do_Smolenska.html): „Na cmentarzu wojskowym w Katyniu zakończyła się msza święta w intencji ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu. Podano komunikat, że wszyscy obecni mają jak najszybciej udać się do autokarów, skąd pojadą do Smoleńska. Stamtąd odjadą pociągiem do Polski”. W tej relacji jest też mowa o wystąpieniu Sasina przed rozpoczęciem mszy, czyżby więc było ono w okolicach 11.30-11.40? Czy może ludzie z Czerskiej z rozpędu podali newsa w ruskim czasie?

 
Z kolei na stronie pewnego tygodnika na „N” o 12:05 podana jest informacja o mszy (http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/swiat/w-katyniu-msza-sw--w-intencji-ofiar-katastrofy-samolotu,56480,1) w taki sposób: „Na cmentarzu wojskowym w Katyniu, krótko po godzinie 12.30 czasu lokalnego, rozpoczęła się msza święta w intencji ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu”. Wynikałoby stąd, że msza zaczęła się o 10.30 pol. czasu, co po części potwierdzałoby to zdjęcie zamieszczone na stronie „Faktu” (http://www.fakt.pl/Msza-zalobna-w-Katyniu-zamiast-uroczystosci,artykuly,68936,1.html) oraz ta relacja Adama S. Kaczmarka z Wielkopolskiego Urzędu Wojewódzkiego:

 
Około godz. 11.20 (godz. 9.20 czasu polskiego) do zgromadzonych zaczęły przychodzić smsy z Polski, rozdzwoniły się też telefony.
- Pierwsze informacje były sprzeczne, przez co wszyscy byli kompletnie zdezorientowani – wspomina Kaczmarek. – Obok mnie stał jeden z posłów obecnych na uroczystości. Po chwili wszystkim zebranym dookoła czytał smsa, którego otrzymał z biura informacyjnego Sejmu. Wiadomość była jednoznaczna i nie pozostawiała złudzeń: rozbił się prezydencki samolot.”

 
To jest zapewne ta chwila koło godz. 9.45, gdy P. Prus łącząc się na wizji z TVP Info (wcześniej bowiem przekazuje wieści telefonicznie, ciekawe dlaczego), mówi, że słyszy za plecami podawaną przez głośniki wiadomość o katastrofie (http://www.youtube.com/watch?v=KMUYLwqe3Wk&NR=1 3'29''): „Tutaj 5 minut temu dosłownie w jednej chwili na tym cmentarzu zapanowała wielka cisza (czyli koło 9.40 – przyp. F.Y.M.). Tak jak wcześniej było słychać trochę gwaru, ludzie chodzili, zajmowali miejsca, w tej chwili ta informacja dotarła już chyba do wszystkich. Widzę ludzi rozmawiających przez telefony, widzę kobiety płaczące już w tej chwili... Wszyscy są trochę zdezorientowani (i tu Prus strzyże uszami – przyp. F.Y.M.)
Prus
 
Właśnie w tej chwili słyszę, że ktoś głośno przez głośniki podaje właśnie te informacje, że prawdopodobnie ten samolot się rozbił, że jeszcze nie mamy potwierdzenia. Niektórzy ludzie składają ręce, jak do modlitwy i uważnie nasłuchują tutaj. Na razie jeszcze nikt nie wierzy w to, co się stało, jeżeli to jest prawda (...)”.

 
W tym zaś materiale z TVP Info z wcześniejszych minut (9.31) pojawia się inna ciekawostka http://www.youtube.com/watch?v=574FFS2XCMg&feature=related. Proszę zwrócić uwagę, że prowadzący program, łącząc się po raz pierwszy – dosłownie parę minut po podaniu, że doszło do problemów z lądowaniem lub do rozbicia samolotu w Smoleńsku z Parą Prezydencką na pokładzie – z reporterem, mówi (1'50''): „W SAMOLOCIE BYŁ TAKŻE NASZ REPORTER WOJCIECH CEGIELSKI (podkr. F.Y.M.). Połączyliśmy się właśnie z nim w tej chwili. Wojtku, powiedz, co się dzieje w Smoleńsku?” i tenże Cegielski od razu mówi: „Dokładnie rzecz biorąc, małe sprostowanie, bo też będzie wiadomo, skąd jest to zamieszanie informacyjne: wszyscy dziennikarze, którzy towarzyszyli Lechowi Kaczyńskiemu, przylecieli do Smoleńska PÓŁ GODZINY WCZEŚNIEJ samolotem jak-40 i stąd też na pokładzie tego samolotu tu-154m nie było żadnego, żadnego dziennikarza, stąd jest teraz to ogromne zamieszanie, ponieważ myśmy w tej chwili, przed chwilą otrzymali taką informację, że był problem z samolotem prezydenckim. Problem polega na tym, że nie wiemy do końca, co się stało, dlatego że teren lotniska w Smoleńsku jest terenem zamkniętym. Próbujemy tam dotrzeć z Katynia, gdzie czekaliśmy już na Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Według jednych źródeł samolot rozbił się przy lądowaniu, według drugich zahaczył o drzewa. Z najnowszych informacji z polskich sił powietrznych wiemy, że nie zapalił się. (Kto się z dziennikarzy kontaktował z siłami powietrznymi? I kiedy? - przyp. F.Y.M.) Niestety, nie wiemy, czy coś komuś się stało, czy ten samolot zdołał bezpiecznie wylądować tyle tylko, że z awarią”.

 
I jeszcze relacja w/w Kaczmarka z Katynia:

 
O godz. 12 (godz. 10 czasu polskiego) miała się rozpocząć uroczysta msza święta. Msza rozpoczęła się z półgodzinnym opóźnieniem. Przed jej rozpoczęciem przemówił Jacek Sasin, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta.
- Szanowni Państwo! Przyjechaliśmy tutaj czcić ofiary zbrodni sowieckich w 70. rocznicę Zbrodni Katyńskiej. Miał być tutaj dzisiaj Prezydent RP. Niestety, pana prezydenta nie ma z nami. Doszło do katastrofy lotniczej. Trwa akcja ratunkowa, ale wszystko wskazuje, że ta katastrofa miała tragiczny przebieg i tragiczne skutki…

 
W TVP Info o 10.24 już po prezentacji filmu Sępa/relacji Kraśki wraca podgląd na Katyń (http://www.youtube.com/watch?v=dfAvdGKp-k4 01'36'') i wygląda na to, że modlitwa różańcowa się skończyła, zaś mszy jeszcze nie ma, ale po chwili pokazana jest plansza z neo-ZSSR i podana relacja gubernatora z jakimś „symultanicznym tłumaczem” ledwie klecącym słowa – i pod jej koniec rozpoczyna się premierowa projekcja (godz. 10.27) księżycowego filmu S. Wiśniewskiego (03'45'' http://www.youtube.com/watch?v=dfAvdGKp-k4) ze spontanicznym komentarzem prowadzącego „to są najnowsze obrazki z miejsca katastrofy, szanowni państwo”. Ten film, jak doskonale pamiętamy, zawojuje wszystkie stacje telewizyjne świata, także polskie, ale przecież tuż przed jego emisją będą dziennikarze (czy to w relacjach telefonicznych, czy w korespondencji Kraśki) mówić otwarcie, że Ruscy uniemożliwiają jakiekolwiek zbliżanie się do „miejsca katastrofy”, że nie ma mowy o robieniu z bliska zdjęć (później, tj. o 10.31 J. Olechowski będzie nawet mówił o szczelnym ruskim kordonie „nie do przejścia” dla dziennikarzy http://www.youtube.com/watch?v=dfAvdGKp-k4 8'09''). Tu zaś nagle, jakby nigdy nic, centralna wędrówka między szczątkami polskiego montażysty i filmowanie wśród zapracowanych „strażaków”.

 
Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz – na zdjęciach Sępa, nakręconych koło 10-tej, „strażacy” biegają w te i we wte (jeden matoł nawet jakieś niby nosze niesie), ale przecież żadnej już AKCJI PRZECIWPOŻAROWEJ nie ma. Tymczasem na filmie moonwalkera błota straszliwe i polewanie na potęgę to tu, to tam. (Przypominam to w kontekście choćby opowieści Sasina, który będąc niby „godzinę po katastrofie” na Siewiernym widział jeszcze właśnie akcję przeciwpożarową: „Na miejscu tam, gdzie leżał rozbity wrak, byli, zauważyłem strażaków, którzy dogaszali ogień, ale to nie były jakieś duże pożary, to były raczej takie dymiące pobojowisko, a nie jakiś ogień otwarty” 0h26'27'' (materiału sejmowego); Sasin zresztą mówi też o rzędach karetek przy... polnej drodze: „Nie pamiętam teraz tak naprawdę, czy to był koniec pasa, czy pojechaliśmy jeszcze dalej, znaczy, czy wysiedliśmy na betonie, czy jeszcze jakby dalej udaliśmy się jakąś taką drogą, ale myślę, że jeszcze chyba zjechaliśmy dalej z tego pasa (?? - przyp. F.Y.M.), że była jeszcze jakaś taka droga polna, wyboista, którą jeszcze kawałek jechaliśmy, aż do takiego miejsca, gdzie stały karetki. Były ustawione. Bardzo dużo karetek pogotowia, ale co zwróciło moją uwagę, ci pracownicy służby zdrowia, którzy tam byli, właściwie oni byli przy karetkach” (0h24'47'') – tego zbiorowiska karetek i lekarzy przy polnej drodze też żadna kamera nie złapała, a Olechowski, który miał być na miejscu pół godziny „po wypadku”, w swej relacji o godz. 10.32 mówi: „co do akcji ratowniczej – tak jak mówiłem, ja nie widziałem tutaj żadnych pojazdów jeżdżących na sygnale, żadnych karetek pogotowia (…) gdyby pewnie była szansa na to, że ktokolwiek może przeżyć, ten wypadek, to te pojazdy by się tutaj pojawiłyhttp://www.youtube.com/watch?v=dfAvdGKp-k4 8'54'').
 
moonwalker
 
moonwalker 2

 
Telewizyjna emisja relacji moonwalkera i jej nieustanne powtarzanie sprawiają zarazem poprzez zapełnianie „czasu antenowego” (i utrwalanie fałszywego obrazu tragedii), że NIE widzimy w TVP Info tego, co się dzieje wtedy w Katyniu, czyli przybycia Sasina i przybycia Bahra oraz chwili rozpoczęcia mszy świętej (ten brakujący materiał kręcony amatorsko jest tu: http://www.youtube.com/watch?v=Ks516E4Fmsk&feature=player_embedded od 2'54''; niestety jest to zaledwie parę minut zapisu).

 
Biorąc to wszystko, co do tej pory sobie opowiedzieliśmy, pod uwagę, możemy wrócić na koniec do opowieści ambasadora:

 
Dojechaliśmy do Katynia. Wysiadłem z samochodu i pierwszą osobą, która do mnie podeszła, był Antoni Macierewicz. Poprosił o numer telefonu. Nie pamiętam, czyj. Chyba kogoś z ambasady, bo był w mojej komórce, a w komórce miałem głównie ludzi z ambasady. Dałem. Podszedł minister Sasin z Kancelarii Prezydenta. Wcześniej go nie znałem. Starałem się okazać mu serdeczność. Nagle stracić szefa, z którym się było blisko, wydawało mi się strasznym ciężarem. (…) Z panem Sasinem zaczęliśmy iść w kierunku czekających ludzi. Zobaczyłem rzędy pustych krzeseł. Z kwiatami, flagami i przewieszonymi przez poręcze parasolami. Wtedy do mnie dotarło, że naprawdę wszyscy zginęli. I żadnego cudu nie będzie. Bo człowiek wierzy w cuda. Wierzy, że nagle dowie się o czymś dobrym, co sprawi, że straszliwe wydarzenia staną się mniej straszne.

 
Powiedziałem ze dwa zdania. I bardzo szybko oddałem głos Sasinowi. Uznałem, że to on powinien przemawiać. Że w tym momencie bliski współpracownik prezydenta jest ode mnie ważniejszy.”

 
Jeśliby Bahr jechał swym autem z Sasinem, to od wejścia na cmentarz szliby razem i nie witaliby się na tymże cmentarzu. Nie zmienia to jednak faktu, że Sasina nie widać na zdjęciach z Katynia na długo przed mszą. Czy Bahr kłamie, by utopić Sasina, czy też rzeczywiście nie widział prezydenckiego ministra przed przybyciem do Katynia? Gdzie w takim razie byłby Sasin przez ten czas, jeśli nie na Siewiernym? Czekał w Katyniu tylko gdzieś poza kamerami?

 
* *
O 9.20 (pol. czasu) miał Prezydent przybyć do Katynia. O 9.20 zaczynają się pojawiać w Katyniu sms-y z Polski, o 9.23 podawana jest oficjalnie pierwsza informacja o „katastrofie”. Tuż przed 10-tą jest już oficjalny komunikat ruskiego gubernatora Antufiewa, że „wsie pogibli” i dociera on także do Katynia. O 10-tej jest tam informacja podana przez jednego z księży przez mikrofon (7'22'' http://www.youtube.com/watch?v=CuwMWcp4IM0&feature=related): „Umiłowani, może przed tym, jak będzie odprawiana msza święta, to teraz pomodlimy się jeszcze na różańcu.”

 
Ale w TVP Info nie ma już od wielu minut żadnych zdjęć z Katynia. O 10.53 TVP Info 10-04-2010 zmienia się natomiast... w ruską telewizję, retransmitując ruską wersję biografii Prezydenta z jakimś „tłumaczem symultanicznym” na tle... zdjęć pobojowiska zrobionych przez Wiśniewskiego i Sępa http://www.youtube.com/watch?v=fozNHkuRpQ8&feature=fvwrel (0'27''). Wygląda to jak jakaś makabryczna kpina.
 
rus

 
O 10.55 zaś ta relacja się nagle urywa i podany zostaje następujący komunikat:

 
To, co wydawało się nieprawdopodobne, stało się faktem. Słyszymy potwierdzenia z coraz większej liczby agencji, także Jacek Sasin z kancelarii Prezydenta potwierdza: Prezydent i jego Małżonka nie żyją, zginęli w katastrofie samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem. W samolocie były 132 osoby”.

 
Ten komunikat TVP Info jest niewątpliwie zlepkiem kilku różnych treści i na pewno nie jest to „parafraza” tego, co mówił Sasin, ale można z pojawienia się tego komunikatu wysnuć wniosek, że msza w Katyniu rozpoczęła się o 10.30, skoro przed nią było właśnie wystąpienie Sasina ogłaszające nie wprost („Prezydenta nie ma z nami” etc.) to, co potem zostało zinterpretowane bardzo jednoznacznie, a więc jako oficjalne potwierdzenie przez kancelarię, że Prezydent zginął. Nie muszę jednak chyba dodawać, że o 10.30 nikt wtedy (z polskiej strony) nie widział ciała zamordowanego Prezydenta na oczy. Ciała Prezydenta Polski nie widział ani Bahr, ani Sasin. Po co więc publicznie ogłaszano taki komunikat? Po co OFICJALNIE i AUTORYTATYWNIE potwierdzano, że polski Prezydent nie żyje?

 

 
http://www.youtube.com/watch?v=6dpnnnNoyT8 słynny wywiad z moonwalkerem pod drugą bramą lotniska, wyemitowany o godz. 10.47 w TVP Info
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7752573,Prezydent_Lech_Kaczynski_nie_zyje__Katastrofa_samolotu.html (tu obrazek z wylotem tupolewa o 7.53 i inne dezy zebrane w jednym miejscu)

 

Lubię to! Skomentuj439 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale