612 obserwujących
1599 notek
9301k odsłon
10493 odsłony

Białe plamy smoleńskie

Wykop Skomentuj209
1.
Treść słynnego sms-a, którego miał otrzymać moonwalker S. Wiśniewski w momencie, gdy przetrzymywano go w czekistowskim samochodzie, brzmiała – jeśli wierzyć autorom książki „Smoleńsk. Zapis śmierci” - tak: „TVP Info podaje, że w Smoleńsku rozbił się samolot z prezydentem. Jesteś na miejscu?” (s. 13). Musiało być to więc w okolicach ca. 9.30. Tymczasem J. Mróz we wspomnieniowym programie rządowej telewizji podaje, że Wiśniewskiego zobaczył przy bramie i rozmawiał z nim niedługo po „katastrofie”. (http://www.youtube.com/watch?v=ceJMLIa3pwk&feature=related 6'28'') „To był Sławomir Wiśniewski, montażysta z TVP, który w bardzo krótkim czasie po katastrofie zjawił się pod bramą lotniska. Dotarł takimi bocznymi ścieżkami tam i z którym wówczas miałem możliwość porozmawiania i to właśnie on pierwszy zdał mi tą relację, że rzeczywiście widział samolot, który lewym skrzydłem zawadził o drzewo i runął na ziemię. (…) Powiedział mi, że ma nagranie z naszego wraku, że widział leżące pomarańczowe czarne skrzynki w błocie...

 
Czy więc moonwalker 10-go przesiedział jakiś czas w jakimś aucie – czy nie przesiedział?
 
2.
Jak pamiętamy, choćby z relacji opublikowanej w „NDz” (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101104&typ=po&id=po01.txt), borowców w Katyniu miał o tragedii powiadomić życzliwy Jurij z ruskich służb (podobnie zresztą jak R. Poniatowskiego z TVN24 też jakiś życzliwy Rusek o 8.50 powiadomił http://www.youtube.com/watch?v=6Ck9RvqrU7E&feature=related 05'26''). I ów Jurij się odnajduje w książce M. Krzymowskiego i M. Dzierżanowskiego wraz z drugim życzliwym Ruskiem, Dmitrijem (s. 17):

 
„(...) „Szakal”, czyli BOR-owiec Andrzej Rychlik, szedł w stronę bramy wejściowej cmentarza. Po drodze spotkał Dmitrija Kapustina z Federalnej Służby Ochrony. Kapustin zaczął coś nerwowo do niego mówić, ale Rychlik słabo znał rosyjski.
- Powtórz – poprosił.
- Wasz samolot spadł, wszyscy zginęli – powiedział Kapustin. Mówił też coś o wozach strażackich, ale tego Rychlik już nie zrozumiał (pytanie, skąd więc autorzy wiedzą, że mówił o tych wozach? - przyp. F.Y.M.).

 

 
BOR-owcy Cezary Kąkolewski i Krzysztof Szałanek oraz Jurij, funkcjonariusz Federalnej Służby Ochrony, jechali podstawić samochód ewakuacyjny dla prezydenta. Byli już prawie za ołtarzem. Jurij właśnie skończył rozmawiać przez telefon.
- Czarek! - Rosjanin spojrzał na Kąkolewskiego. - Z Waszym samolotem stało się coś złego.
Zanim Kąkolewski przetrawił słowa Jurija, włączyła się samochodowa radiostacja. - Podobno coś się stało z samolotem prezydenta – odezwał się w niej głos Rychlika, który wciąż nie był pewien, czy dobrze zrozumiał Kapustina. To, co powiedział, brzmiało jak echo powtarzające słowa Jurija.
- Spotykamy się przy bramie wejściowej Memoriału – ocknął się Kąkolewski.”

 
3.
Kwestia dokładnej godziny pojawienia się ruskiej dezy w Katyniu. W książce, o której piszę, jest także rozwiązana (s. 18):

 
W drodze do bramy Kąkolewski dwa razy wykręcił numer Jarosława Florczaka, funkcjonariusza, który leciał tupolewem. Sygnał był normalny, ale „Florek” już nie odbierał. Chwilę później połączył się z warszawskim Centrum Kierowania BOR.
- Rosjanie mówią, że samolot z prezydentem miał problemy z lądowaniem. Wiecie coś o tym? - spytał.
- Nic nie wiem – odpowiedział zaskoczony Waldemar Tuszyński, oficer operacyjny. Zegar w jego biurze wskazywał 8.55.
- Dobra, jak się czegoś dowiem, to dam znać.”

 
To znowu ciekawa rzecz, zważywszy na to, co twierdzi M. Janicki („Była sobota, byłem w domu w Krakowie. Wpół do ósmej wyjechałem samochodem na bazarek po zakupy. Nagle zadzwonił telefon. To był oficer operacyjny: - Szefie, jest problem z lądowaniem Tu-154 w Smoleńsku. Coś jest nie tak.

 
Podziękowałem i poleciłem, by dzwonił, jak będzie miał nowe, szczegółowe informacje. Natychmiast zadzwoniłem do Florka. Telefon milczał.” (http://wyborcza.pl/1,75478,9396354,Chcialbym_sie_dowiedziec__czy_musieli_zginac.html)) oraz na to, że już przed 9-tą polskie służby skontaktowały się z „oficerem łącznikowym FSB” w Warszawie (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/konsultacje-z-fsb.html). Jeśliby prawdą było, że już o 8.55 borowcy z Katynia łączyli się z Warszawą, po uzyskaniu od Rusków „informacji o katastrofie” i o śmierci wszystkich członków delegacji, to by było to kolejne potwierdzenie tezy, iż czekiści uruchomili „akcję Smoleńsk”, zanim jeszcze cokolwiek można było autorytatywnie na „miejscu wypadku” stwierdzić.

 
4.
Łączność z Polską.

 
- Tak, słucham – słuchawkę podniósł wojskowy kontroler lotów porucznik Piotr Lauks. Była 8.42. Trzy kwadranse wcześniej służbę przekazał mu kapitan Tomasz Wiak, który mimo że był już po służbie, siedział jeszcze na Okęciu.
- Tu sto pięćdziesiąt cztery chyba się rozbił – powiedział głos w słuchawce. Nie zdążył dodać nic więcej, bo połączenie się zerwało. To był porucznik Artur Wosztyl, dowódca Jaka-40, który godzinę wcześniej przyziemił na Siewiernym (godzinę? - a zdawało mi się, że o 7.15 – przyp. F.Y.M.).
Lauks odłożył słuchawkę i spojrzał na Wiaka.
- Tu sto pięćdziesiąt cztery chyba się rozbił – powtórzył mechanicznie słowa Wosztyla. Wiak chwycił za telefon i zaczął nerwowo wybierać numer służbowy Jaka-40. Robił to kilkakrotnie, ale cały czas było zajęte. Członkowie załogi jaka nie odbierali, nie odpowiadał też telefon satelitarny tupolewa. Po chwili oddzwonił Wosztyl: tupolew zderzył się z ziemią, nie doleciał do pasa startowego, zabrakło mu około kilometra.” (s. 49)

 
I teraz najciekawszy fragment korespondujący z tymi powyżej, które świadczą, jak „migiem” roznosiła się wieść o „wypadku na Siewiernym”:

 
Oficerowie Centrum Operacji Powietrznych i Centrum Hydrometeorologii nie mieli pojęcia, że prezydencki tupolew od kilku minut leży w błocie. Jeszcze o 8.52 (…) zastanawiali się, które z lotnisk zapasowych jest najlepsze (...)” (s. 49) - ale znanej już dość dobrze rozmowy o Briańsku, Witebsku i Mińsku nie będę przypominał, lecz tę późniejszą, odbywającą się o 9-tej:

 
O 9.01 (ppłk Jarosław – przyp. F.Y.M.) Zalewski połączył się z dowódcą Centrum Operacji Powietrznych, generałem Zbigniewem Galcem.
- No, panie generale tutaj są takie informacje niezbyt … niezbyt optymistyczne, bo... bo ten tupolewa miał lądować o czterdzieści dwie... - jąkał się Zalewski.
- Tak.
- ...w Smoleńsku. No i nijak nie możemy się dowiedzieć. Wiemy, że warunki były bardzo słabe tam. Meteo podaje, że mogło być pięćset metrów albo i mniej. I mgła byłą, bo wilgotność sto procent – kontynuował Zalewski. - I teraz ja jestem na kontakcie cały czas z BOR. I teraz z BOR-u zadzwonił do mnie oficer operacyjny i mówi, że jacyś ludzie tam są na miejscu w Smoleńsku, ale nie z tej wycieczki, nie z tej grupy z prezydentem. Mówią, że otrzymali informacje od rosyjskiej milicji, że... że samolot miał kłopoty przy lądowaniu.
- Mhm...
- No i... no i próbujemy się coś dowiedzieć. Telefon satelitarny na tupolewie nie odpowiada, Okęcie też nie może się dodzwonić do... do załogi jaka.
- No rozumiem.
- Sytuacja jest taka, no... no, niepewna, bardzo niepewna teraz – wydusił Zalewski.
- Rozumiem. Proszę zbierać informacje i proszę o wiadomości. Dowódca jakiem wylądował? - spytał nagle Galec.
- Dowódca.
- Tak. Jakiem wylądował?
- Nie wiem, kto tam prowadził tego jaka.
- Rozumiem, ale prawdopodobnie dowódca był w jaku. Ale nie jestem tego pewien.
- Ale dowódca nasz? Dowódca Sił Powietrznych? - Zalewski cały czas nie dowierzał, że za sterami Jaka-40 mógł siedzieć szef Sił Powietrznych generał Andrzej Błasik.
- Tak, dowódca sił wybierał się w delegację. Tylko nie wiem, jakie było rozłożenie na samoloty. Wcześniej było planowane, że dowódcy będą lecieć jakiem.
- Dobrze, panie generale. Zaraz... zaraz sprawdzam to wszystko.
- Proszę z Raczyńskim wejść w kontakt – polecił Galec. Sądził, że jeśli ktokolwiek może znać skład załogi Jaka-40, to z pewnością będzie to dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego pułkownik Ryszard Raczyński.” (s. 55-56)

 

 
No i Zalewski dzwoni do Raczyńskiego:

 
- A co z jakiem? A dowódca Sił Powietrznych był... jest tam gdzieś?
- Był w tupolewie – westchnął Raczyński. - Mam informację od jaka, że mają potwierdzone, że się rozbił tupolew i spadł. Nie zapalił się, ale jest rozbity.
- Że rozbity? I od kogo mamy te informacje? Od...? - dopytywał nerwowo Zalewski.
- Od dowódcy jaka.
- A kto to był?
- Porucznik Artur Wosztyl.” (s. 56-57)

 
Dalej w książce jest powiedziane, że ppłk Mroczek z Dyżurnej Służby Operacyjnej Wojsk Lądowych dowiaduje się o „problemach z lądowaniem” z... telewizji. Wieści telewizyjne docierają wnet też i do COP-u:

 
W tym samym czasie (tj. koło godz. 9.20 – przyp. F.Y.M.) podobny telefon odebrał podwładny Zalewskiego, major Włodzimierz Sadownik z Centrum Operacji Powietrznych.
- Oglądasz TVN24? - spytał głos w słuchawce. Mówił któryś z oficerów dyżurnych.
- No nie, jeszcze nie.
- Jakieś podają awarie. Nie wiadomo, co z tego...
- No, my nie mamy TVN24. Tylko ten, ewentualnie... - Sadownik nie zdążył dokończyć.
- Polsat News – podpowiedział mu oficer.
- Ale co podają?
- No, awarię przy próbie lądowania.
- My tutaj mamy jakieś informacje, ale cały czas jeszcze potwierdzamy... - relacjonował Sadownik. W rzeczywistości COP nie miał jeszcze wtedy żadnych pewnych ustaleń.” (s. 60-61)
 
5. Losy J. Mroza. Wg autorów pojechał on z lotniska... do Katynia i dopiero stamtąd został zawrócony. Wynikałoby stąd, że nie był świadkiem żadnych wydarzeń na Siewiernym, tzn. przybył, gdy już maskirowka była uruchomiona:

 
Informację, że z polskim samolotem jest coś nie tak, TVN24 dostał od Jana Mroza. Dla tego młodego dziennikarza był to drugi pobyt w Katyniu w ciągu tygodnia. Trzy dni wcześniej obsługiwał wizytę Donalda Tuska. Tym razem nie zwrócił uwagi, że jego wiza w paszporcie uprawnia tylko do jednokrotnego przekroczenia granicy Rosji. Początkowo nie zauważyły też tego (?? - przyp. F.Y.M.) rosyjskie służby, więc Mróz bez problemu dotarł do Katynia. Kiedy już dojeżdżał autokarem na miejsce, podszedł do niego opiekujący się dziennikarzami Paweł Koć.
- Janek, dzwonili z lotniska. Masz nieważną wizę, musisz natychmiast wracać do Smoleńska i czekać w naszym samolocie. Tak naprawdę nie miałeś prawa go opuścić – powiedział poważnym głosem radca polskiej ambasady w Moskwie.

 
Wizja spędzenia całego dnia w jaku była przerażająca, ale ton polskiego urzędnika nie pozostawiał wątpliwości, że Rosjanie nie popuszczą. Po półgodzinnym przymusowym oczekiwaniu w autokarze po reportera przyjechał polski konsul Michał Greczyło i samochodem zawiózł go z powrotem na lotnisko. Kiedy na nie wjeżdżali, minęli samochody straży pożarnej na sygnale. Przy bramie stała grupa polskich dyplomatów, którzy czekali na prezydenta.
- Prawdopodobnie doszło do katastrofy – usłyszeli od jednego z nich. Mróz natychmiast zadzwonił do swojej redakcji. Później nie miał zbyt wielu nowych szczegółów, bo Rosjanie na kilka godzin zatrzymali go w pobliskich koszarach.” (s. 65)

 
Co Mróz mógł robić w tych ruskich koszarach przez parę godzin? Jeden Mróz wie.

 

 

Wykop Skomentuj209
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale