615 obserwujących
1599 notek
9362k odsłony
  12828   0

Wyczekiwanie

Załóżmy, że mamy wyjechać po kogoś znajomego na lotnisko, bo przybywa z daleka, ale wcześniej dostajemy informację, że samolot będzie opóźniony o pół godziny lub więcej i z powodu mgły skierowany zostanie do innego miasta, by bezpiecznie wylądować. Czy udalibyśmy się wtedy na to pierwsze lotnisko, by czekać na przylot tej osoby? Podejrzewam, że nie. Zagadką zatem pozostaje fakt, że tyle osób czekało 10-go Kwietnia jakby nigdy nic na Siewiernym na przylot polskiej delegacji, skoro z takim (wedle niektórych relacji już półtoragodzinnym) wyprzedzeniem wiedziano i informowano o tym, że wyląduje ona zupełnie gdzie indziej. Albo inaczej zadam to pytanie: skąd wiedziano, że samolot wyląduje na Siewiernym, jeśli były informacje, że leci on w inne miejsce?

 
D. Górczyński był pewien, że do Mińska (http://www.rp.pl/artykul/544614.html):
„– Byłem na 100 procent przekonany, że samolot nie będzie lądował w Smoleńsku. Mgła była bardzo gęsta, nic nie było widać – mówi “Rz” Dariusz Górczyński, radca ambasady RP w Kijowie, który 10 kwietnia jako urzędnik MSZ obsługiwał na miejscu wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To właśnie on 40 minut przed nieudaną próbą lądowania, czyli ok. godz. 8, poinformował MSZ i polskie placówki dyplomatyczne o fatalnej pogodzie w Smoleńsku – wynika z jego zeznań złożonych w prokuraturze wojskowej.

 
Była gęsta mgła, sytuacja się pogarszała z minuty na minutę. Od oficera ochrony rosyjskiej, który odpowiadał za bezpieczeństwo i kontaktował się ze służbami lotniskowymi, dowiedziałem się, że jest propozycja, by samolot leciał do Moskwy – opowiada “Rz” Górczyński. – Poinformowałem o tym ambasadora w Moskwie (Jerzego Bahra – red.). Kiedy później otrzymałem informację, że jednak będzie próba skierowania samolotu do Mińska – ponieważ tam jest bliżej – zawiadomiłem o tym ambasadora w Mińsku (Henryka Litwina – red.).”

 
Wiadomość taką miał też „pół godziny przed katastrofą” polski MSZ z legendarnym P. Paszkowskim: „Informacja o tym, że samolot prezydenta RP być może będzie lądować, ze względu na warunki pogodowe, w Mińsku, została ok. pół godziny przed katastrofą telefonicznie przekazana do naszej placówki na Białorusi z dyspozycją, aby placówka była przygotowana na podjęcie działań w związku z możliwą zmianą lotniska lądowania – potwierdza Piotr Paszkowski, dyrektor gabinetu politycznego ministra spraw zagranicznych.” (http://www.rp.pl/artykul/544614.html)

 
G. Wiśniewski sądził, że delegacja udaje się do Moskwy lub Briańska (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20110331&id=po01.txt):
Rankiem 10 kwietnia, przed lądowaniem polskiego tupolewa na Siewiernym, pracownicy Ambasady RP w Moskwie otrzymali informację, że ze względu na niekorzystne warunki pogodowe samolot zostanie skierowany na lotnisko zapasowe. Alternatywą miały być: Briańsk lub podmoskiewskie Wnukowo - ustalił "Nasz Dziennik". Informację taką przekazał polskim prokuratorom attaché obrony ambasady gen. Grzegorz Wiśniewski. Wiśniewski, który oczekiwał w Smoleńsku na prezydencką delegację, nawet nie wysiadł z busa, którym przyjechał. Był przekonany o przekierowaniu maszyny. Mówił mu o tym Grzegorz Cyganowski, drugi sekretarz ambasady RP w Moskwie.

 
Informację o Moskwie miał J. Sasinowi (wg jego sejmowych zeznań) przekazać w Katyniu A. Kwiatkowski po rozmowie z T. Stachelskim:

 
W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z moich pracowników p. Adam Kwiatkowski (…) i poinformował mnie, że dostał właśnie taką informację przed chwilą, że może zajść okoliczność następująca, iż samolot nie wyląduje na lotnisku w Smoleńsku z powodu trudnych warunków atmosferycznych. (...) Było pochmurno, ale te warunki były całkiem znośne. (…) Nie spodziewałem się jakichś kataklizmów pogodowych. (…) Jeszcze bardziej zdziwiła mnie informacja, że... którą też dostałem od mojego pracownika, że to lądowanie może nastąpić w Moskwie. No, wydawało mi się to jednak dużą odległością od tego miejsca, gdzie się znajdowaliśmy. Zapytałem p. Kwiatkowskiego, skąd posiadł tego typu informację. On wskazał na p. Tadeusza Stachelskiego (…) zastanawiałem się, jak zagospodarować te kilka godzin pewnie, (…) w trakcie których Prezydent będzie mógł dotrzeć na cmentarz

 
Podobnie P. Marciniak (p.o. zastępcy J. Bahra pod nieobecność tego ostatniego w stolicy neo-ZSSR), który newsa o przekierowaniu do Moskwy miał otrzymać już półtorej godziny przed planowanym lądowaniem i jechał w te pędy na Wnukowo (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20110331&id=po01.txt). Zresztą polski inspektor Clouseau, czyli legendarny G. Kwaśniewski twierdził, że Bahr już w drodze na Siewiernyj „bukował” zapasowe lotniska:

 
Już z samego rana wiedzieliśmy, że pogoda na lotnisku jest nieciekawa. Mówiło się o tym m.in. podczas śniadania przy stoliku ambasadora. W mieście też było tę mgłę widać, choć nie aż tak gęstą. Ostrzegano, że aby nie zawracać samolotu do Warszawy, należałoby przygotować lotnisko zapasowe. W grę wchodziły tylko dwa: Moskwa i Mińsk. W drodze na lotnisko pan ambasador dzwonił z samochodu do Mińska, do ambasadora na Białorusi i do swojego zastępcy w Moskwie, prosząc o przygotowanie zapasowych lotnisk. Z tego, co wiem, w tym samym czasie, kiedy jechaliśmy na lotnisko, w Smoleńsku zastępca ambasadora w Moskwie już jechał na Wnukowo pod Moskwą. To wszystko działo się zanim "tutka" przyleciała nad Smoleńsk. (…) Na lotnisko przyjechaliśmy godzinę przed planowanym przylotem.”

 
Po co więc na ten Siewierny jechali w takim razie, skoro już „przy śniadaniu” wiadome było, że „pogoda na lotnisku jest nieciekawa”? Oczywiście nie podejrzewam, by to ambasadorskie śniadanie było w namiocie na lotnisku, tylko, że ktoś z lotniska informował o panujących tam warunkach. Po tylu jednak dość jednoznacznych informacjach, nie tylko nikt nie powinien był na Siewiernyj jechać, by wyglądać delegacji, ale i ci ludzie, co tam dojechali i czekali, powinni w końcu się zacząć ROZJEŻDŻAĆ z lotniska, a nie wyczekiwać na nim dalej, prawda? NIC przecież nie wskazywało na to, że polski tupolew w ogóle leci na Siewiernyj.
 
y
 
Jak zaś sytuacja wyglądała w „polskiej zonie”? Mamy tylko skrawki obrazu upublicznione w „Białej Księdze” Zespołu smoleńskiego – nie ma jak dotąd w obiegu publicznym ani żadnych wojskowych meldunków z porannych godzin 10-go, ani zobrazowań radarów z Polski i z Białoruskiej SSR (o neo-ZSSR nie wspomnę), ani kompletnych stenogramów z COP-u, ani śladowej informacji o działaniach służb radiolokacyjnych, ani choćby dokładnego komunikatu o tym: kiedy dokładnie utracono łączność z polską delegacją (pomijam już taki drobny fakt, jak ten, że nie wiemy, co się dokładnie działo na Okęciu między wylotem dziennikarzy a delegacji). Nie dość, że wielu rzeczy po prostu nie wiemy, to w dodatku to, co jest dostępne, zawiera informacje „z grubsza”, „w przybliżeniu”, czyli na oko.

 
J. U., funkcjonariusz BOR:

 
W dniu 10 kwietnia 2010 r. objąłem służbę zastępcy oficera operacyjnego BOR w centrum kierowania BOR. (…) Kolejną informacją dotyczącą tego lotu był telefon z Centrum Operacji Powietrznych, było to ok. godz. 8.30, może kilka minut później. Oficer, który pełnił tam służbę powiadomił nas o złych warunkach atmosferycznych nad Smoleńskiem i zapytał, czy jest nam coś wiadomo w tej sprawie. Spytał też, czy istnieje możliwość lądowania na lotnisku zapasowym. Dla nas to było zaskakujące, nie mieliśmy wcześniej sygnałów o złej pogodzie. Próbowaliśmy ustalić szczegóły dzwoniąc do dyżurnego BOR w porcie lotniczym z poleceniem zebrania informacji ws. lotniska, ws. ewentualnego lądowania samolotu prezydenckiego na innym lotnisku. Przekazał nam, że maszynę przejął nadzór rosyjski i nasza kontrola lotów nie ma z nią łączności.

 

 
W. T., funkcjonariusz BOR:

 
W dniu 10 kwietnia 2010 r. o godz. 7.00 objąłem służbę oficera operacyjnego BOR w centrum kierowania. Ok. godz. (8.50? - przyp. F.Y.M. - zgodnie z tym, co powiedziane jest dalej) zadzwonił do mnie dyżurny operacyjny z centrum operacji powietrznych. Zapytał mnie, czy wiemy coś o możliwości innego miejsca lądowania z uwagi na złe warunki atmosferyczne nad lotniskiem w Smoleńsku. W moich dokumentach nie było informacji o możliwych lotniskach zapasowych, niczego takiego nie pamiętam. Nie miałem jakichkolwiek informacji czy dotyczących pogody w Smoleńsku, czy wyboru innego miejsca lądowania. Odpowiedziałem, że nie mam żadnych informacji i poprosiłem, że w przypadku gdyby COP [Centrum Operacji Powietrznych SP] miało jakieś informacje o innym miejscu lądowania, poinformował mnie o tym. Chodziło o konieczność poinformowania o tym służb dyplomatycznych na miejscu oraz naszych funkcjonariuszy zabezpieczających wizytę Pana Prezydenta na terenie Federacji Rosyjskiej. Kilka minut po tym telefonie, około 8.55 jeden z naszych oficerów czekających na przyjazd Prezydenta w Katyniu C. K. zadzwonił do mnie z pytaniem, czy mamy jakieś informacje, gdyż dochodzą do nich niepokojące sygnały, że może być problem, bądź że jest problem z lądowaniem samolotu.

 

 
P. M. z Ambasady RP w Moskwie:
(…) W dniu 10 kwietnia 2010 r. j przebywałem w Moskwie. W Smoleńsku delegację powitalną reprezentował Pan Ambasador RP J. B. Około półtorej godziny przed planowanym lądowaniem w Smoleńsku samolotu prezydenckiego, otrzymałem informację od G. C., że z uwagi na złe warunki pogodowe nad Smoleńskiem, planowane jest lądowanie samolotu z Prezydentem RP w Moskwie na lotnisku Wnukowo, ewentualnie w Mińsku lub Witebsku. Z uwagi na powyższe udałem się na lotnisko Wnukowo, oddalone od Ambasady RP o około 20 km. W międzyczasie kontaktowałem się z G. C., aby ustalić, gdzie samolot będzie lądował. Nie potrafił mi tego powiedzieć. Będąc blisko lotniska Wnukowo sekretarka Ambasadora RP, J. Cz. poinformowała mnie telefonicznie, iż najprawdopodobniej doszło do katastrofy samolotu prezydenckiego w Smoleńsku. Informację tą uzyskałem około godziny 11.00 czasu lokalnego. Natychmiast wróciłem do Ambasady. (…)

 

 
Pozostaje jeszcze jedno zasadnicze pytanie: o której miało być planowe lądowanie delegacji i czy ta godzina się nie zmieniła rankiem 10-go z „wcześniejszej” na „późniejszą”; i kto o tej zmianie rozesłał informację? Bahr opowiada: „Stałem więc na lotnisku Siewiernyj i jak zwykle przyglądałem się ludziom. Jestem socjologiem i interesują mnie ich zachowania. Minęła zaplanowana godzina przylotu. Zawsze trzeba się liczyć z jakimś opóźnieniem, ale ono się wydłużało. Zacząłem się denerwować. Każda minuta się liczy, bo zapisana jest w protokole. Mgły zrobiło się okropnie dużo. Była straszna. Staliśmy coraz bardziej zdezorientowani.” (http://wyborcza.pl/1,75480,8941828,Startujemy.html?as=3&startsz=x). Jak jednak mogło być opóźnienie i wydłużenie opóźnienia, skoro samolot wyleciał z Okęcia koło 7.30, a więc spodziewany powinien być na Siewiernym ok. 9-tej?

 

Lubię to! Skomentuj293 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale