612 obserwujących
1599 notek
9301k odsłon
19721 odsłon

Opowieści dziwnej treści

Wykop

 

Niedawno, tj. po tym jak zobaczyłem, że przed Zespołem wystąpili eks-borowcy, postulowałem, by może jednak przesłuchano tych, co ciężko pracowali w Katyniu 10-04 przy pracach zabezpieczających, a po wieściach od „Jurija” i innych życzliwych ruskich funkcjonariuszy (jak i po telefonie od G. Kwaśniewskiego, kierowcy amb. J. Bahra), w asyście FSB i ruskiej milicji pognali na Siewiernyj, dowiedzieć się bliżej, co się z prezydencką delegacją stało. Tymczasem się okazuje, że sami owi borowcy się zgłaszają po dwóch latach, by opowiadać niezależnym mediom, jak to było. Na razie możemy się zapoznać z opowieściami K. Dacewicza, ale dobre i to, bo w końcu zaczyna się pojawiać coraz więcej elementów do układania. Ostatnim brakującym smoleńskim ogniwem były w śledztwie blogerów właśnie opowieści borowców (są jeszcze brakujące inne ogniwa – np. warszawskie, jak to z Okęciem, ale i ono powoli się odsłania podczas analizy stenogramów wystąpień przed Zespołem).
 
Wywiady z borowcami to nie to samo wprawdzie, co publiczne wysłuchania, ale mówię dobre i to, bo akurat eks-borowców opowiadających o tym, jak i co powinno było być, jeśli chodzi o ochronę prezydenckiej delegacji, słyszeliśmy przed Zespołem. To wystąpienie eks-borowców z kolei, jak wspominałem niedawno w jednym z komentarzy, skłoniło byłego prezydenckiego min. A. Dudę (poruszonego do głębi treściami posiedzenia), tego ministra, który też odegrał niebagatelną rolę 10-04, ułatwiając formalnie ekipie gajowego przejęcie prezydenckiego ośrodka władzy - do postulowania czegoś w rodzaju „potępiającej rezolucji” do Tuska na rzecz zdymisjonowania M. Janickiego (ze stanowiska szefa BOR) i J. Millera (z urzędu wojewody mazowieckiego), co oczywiście uczyniono na posiedzeniu Zespołu. (Tak jak nie lubię w publicystyce określenia „pobrzękiwanie szabelką” - tak do wystąpienia Dudy pasuje ono idealnie). To było klasyczne, polskie pobrzękiwanie szabelką. Wracając jednak do owych eks-borowców, to przecież jeden z występujących przed Zespołem był konsultantem książki L. Szymowskiego (także obszernej publikacji „Zespołu Niezależnych Ekspertów” noszącej tytuł „Zbrodnia smoleńska. Anatomia zamachu”), któremu opowiadał na podstawie analizy zdjęć i zabłoceń kół, że tupolew na Siewiernym wylądował, lecz został wysadzony po awaryjnym przyziemieniu. Tego wątku jednak tym razem eks-borowiec, specjalista od pirotechniki, na posiedzeniu Zespołu raczej nie podjął.

 
No ale nie miałem mówić o eks-borowcach, lecz o tych, co jak najbardziej byli czynnymi funkcjonariuszami (są spory terminologiczne od wielu już m-cy, czy G. Kwaśniewskiego zaliczać do eks-, czy do czynnych; „inspektor Clouseau” też jednak jeszcze nie wystąpił przed Zespołem, więc na razie nie wiemy). Przejdźmy do niezwykłych relacji Dacewicza. Są one niezwykłe, jeśli czyta się szczególnie dzisiejszy materiał „NDz” (http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20120324&typ=po&id=je02.txt): Na Siewiernyj dotarliśmy pół godziny po upadku samolotu. Początkowo nie było do końca wiadomo, co tak naprawdę się stało.  Zdawać by się bowiem mogło, że skoro przyjechali w ekspresowym tempie (tj. „pół godziny po upadku”) i wiedzieli, że chodziło o „upadek samolotu”, to też chyba mieli pojęcie jako takie o tym, „co tak naprawdę się stało”.

 
Co jednak dzieje się dalej?  „Podeszła do mnie pani konsul i powiedziała, że Rosjanie szykują się na zbieranie ciał. Wtedy nasza reakcja była już bardzo zdecydowana. Poszliśmy do tych z FSO i powiedzieliśmy, że wiemy, że coś się wydarzyło, i chcemy tam jak najszybciej dotrzeć. Wtedy dopiero puścili nas przez płytę lotniska.”  To trochę inaczej niż w opowieści „ostatniego ocalałego z katastrofy” (krytyczne stenogramy z pierwszego wysłuchania min. J. Sasina opublikuję w następnej notce), który twierdził, iż jedynym, co się działo przy bramie wjazdowej na lotnisko, była przesiadka (Sasina i A. Kwiatkowskiego; do tej pory nieprzesłuchanego przez Zespół) do vana borowców. Sasin nie wspominał o jakichś rozmowach z konsul, czy o niewpuszczaniu borowców na Siewiernyj. Dacewicz zresztą, jak widać, najpierw mówi, że borowcom nie wiadomo było, co się stało, a potem, że w rozmowie z FSO twierdzili, że wiedzą, co się wydarzyło.

 
Skrótowa opowieść Dacewicza nie informuje nas, jak borowcy dotarli już na samo „miejsce katastrofy”:  „Zatrzymali nas przed taśmami, którymi ogrodzone było wrakowisko”. Domyślać się możemy, że doszli pieszo (jak Sasin i Kwiatkowski), zatrzymawszy auto gdzieś „przed murem”. Na pytanie, czy była jakaś akcja ratownicza Dacewicz odpowiada zdumiewająco:  „Nie wiem. Nie widział? Był gdzie indziej? Co robił? To już bardziej konkretny był Sasin, który w sejmie mówił, iż nie widział żadnych czynności na pobojowisku, gdy tam przybyli, poza tymi związanymi z otaczaniem „miejsca wypadku” przez ruski kordon. Karetki i personel medyczny stał gdzieś w oddali bezczynnie, co Sasina skłoniło do refleksji, że pewnie akcja poszukiwania żywych już się zakończyła i nie ma kogo ratować (aczkolwiek gdy potem w Katyniu dowie się, iż „trzy osoby przeżyły”, odżyje w nim nadzieja, że może ktoś się uratował; wspominałem o tych kwestiach w zakazanej „Czerwonej stronie Księżyca”, lecz powrócą one w analizie wysłuchań Sasina).

 
Co dalej z borowcami i Dacewiczem? Jak to w opowieściach dziwnej treści – to co najważniejsze zostaje jakoś... pominięte. W tym bowiem miejscu, w którym aż by się prosiło o jakąś garść szczegółów (choćby dot. wyglądu pobojowiska, ilości ciał, zachowań Rusków, działań borowców etc.) Dacewicz dokonuje przeskoku czasowego w swej relacji i dowiadujemy się już z mowy zależnej (gdyż materiał w „NDz” nie jest po prostu wywiadem, lecz artykułem podpierającym się wybranymi wypowiedziami): Po dwóch, trzech godzinach od katastrofy zebrali się prokuratorzy. Na wykarczowanym fragmencie terenu układano ciała. Rosjanie zwrócili się do oficerów BOR o wyznaczenie trzech osób, które pomogą w identyfikacji zwłok. Jak dowiedział się "Nasz Dziennik", procedura wyglądała w ten sposób: znaleziono ciało, Rosjanin wkładał rękę do kieszeni wewnętrznej marynarki, wyjmował dowód osobisty i pytał, czy to ta sama osoba. - Po miejscu katastrofy chodził Rosjanin z kamerą, podejrzewam, że ze służb. Do tej pory sprawa nie jest wyjaśniona, kim była ta osoba. Nie miał żadnej plakietki, kamera nie miała też żadnego logo. Wszystko nagrywał – słyszymy”.

 
Tu by zatem pasowało znaleźć odpowiedź na podstawowe pytanie: a co takiego robili borowcy na Siewiernym przez te „dwie, trzy godziny”? Jeśli bowiem nie robili nic – tj. nie byli na pobojowisku, nie dokonywali dokumentacji tego pobojowiska, no i – jak się znowu możemy domyślać – nie brali udziału w poszukiwaniu żadnych ciał (tudzież sprzętu cennego z punktu widzenia bezpieczeństwa polskiego państwa), no to faktycznie obraz Zdarzenia robi się makabryczny do n-tej potęgi. Z relacji M. Wierzchowskiego mogliśmy się dowiedzieć, iż borowcy brali osobiście udział w identyfikacjach – Dacewicz jednak tego, jak mi się wydaje, nie potwierdza. Już pomijam sam przebieg „wstępnej identyfikacji” w postaci:  oględzin przedmiotów znalezionych przy jakimś ciele. Czyżby więc prawdą miało się okazać to, iż zidentyfikowano 10 Kwietnia na Siewiernym zaledwie kilka ciał (M. Krzymowski i M. Dzierżanowski w swej książce pisali raptem o ok. 10 zwłokach rozpoznanych przez polskich przedstawicieli) spośród 96?

 
Co więcej, z relacji Dacewicza wynika, że nie wszyscy borowcy byli stale do godzin popołudniowo-wieczornych na „miejscu katastrofy”. Do tej pory wiedzieliśmy, że pracownicy ambasady i urzędnicy KP udali się na trwające ca. dwie godziny obrady do siedziby gubernatora smoleńskiego obwodu (nim zaczęła się „ewakuacja ciał”) - teraz zaś wychodzi z tego, co mówi Dacewicz, iż nawet borowcy opuszczali Siewiernyj w ciągu dnia: „O tym, że odnaleziono ciało pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dowiedziałem się w drodze z Witebska do Smoleńska.” Nie muszę przypominać, że całkowicie kłóci się to z relacją Wierzchowskiego o tym, iż ciało Prezydenta znaleziono w południe, gdy „była ładna pogoda i świeciło słońce”. Czemu Dacewicz musiał się udawać na wschodnie lotnisko w okolicach Witebska, a nie brał udziału w czynnościach na Siewiernym, nie wiemy, ale znowu nietrudno się domyślić, iż ktoś do tego Witebska musiał go wysłać. C. Kąkolewski? Na czyje z kolei polecenie?  Ilu jeszcze borowców „oddelegowywano” z Siewiernego?

 
Gdy  przyjechałem z premierem na miejsce katastrofy, Czarek i Andrzej stali przy trumnie, bo Rosjanie mieli pomysł, żeby zabrać to ciało do Moskwy. Było jedynym, które zostało na terenie Smoleńska po interwencji moich kolegów, m.in. Cezarego K. i Andrzeja R. - wskazuje nasz rozmówca. Z miejsca, gdzie ciało prezydenta okazano Jarosławowi Kaczyńskiemu, wywieziono je w trumnie ciężarówką. W drodze do prosektorium (morgu) nie było asysty żadnych polskich służb.” Dodajmy tylko, że to już było po przybyciu delegacji gabinetu ciemniaków i samego premiera będącego zarazem koordynatorem służb specjalnych. Dacewicz opowiada wyżej to wszystko tak, jakby borowcy właściwie nic kompletnie nie mogli zrobić na miejscu albo też nie wiedzieli, co robić, bo np. nie mieli żadnych dyspozycji. Niestety, P. Czartoryski-Sziler, autor artykułu, nie dopytuje Dacewicza o to, jakie otrzymywali polecenia, od kogo, jak wyznaczano zakres ich działań na lotnisku etc.

 
Sam Dacewicz sprawia wrażenie zdezorientowanego: „Na wrakowisku znaleziono jeden z telefonów należących do prezydenta i jego paszport. -  Któryś z polskich prokuratorów zapytał mnie, czy chcę je zabrać do Warszawy. Jakieś względy sprawiły ostatecznie, że nie wydano nam tych rzeczy. W konsekwencji poleciały do Moskwy - mówi Dacewicz.”  O jakie bowiem względy mogło chodzić? Chyba tylko o takie, że ktoś im nie pozwolił zabrać tak ważnych materiałów dowodowych. Pytanie: kto? Zdumiewające zresztą jest to (o ile to prawda, a nie zmyślenie) pytanie jednego z polskich prokuratorów, czy borowiec chce zabrać telefon Prezydenta i paszport „do Warszawy” - czy to nie czasem w gestii prokuratora leżało zabezpieczenie materiału dowodowego? Czy może prokurator był na krajoznawczej wycieczce w Smoleńsku? Może nie miał do czego schować tych dwóch przedmiotów? I czemu akurat Dacewicza zagadnął, a nie Kąkolewskiego, który borowcami ponoć dowodził?

 
Na koniec opowieści dziwnej treści jeszcze jedna osobliwość:  „Po katastrofie do oficerów BOR dotarła informacja, że  przeżyły cztery osoby, bo ktoś widział cztery karetki pogotowia wyjeżdżające na sygnale. - Dostałem polecenie od płk. Roberta D., żeby wsiąść w samochód i szukać, gdzie te karetki pojechały. I kogo wywiozły. Miałem sprawdzić, czy rzeczywiście potwierdzi się informacja, że ktoś przeżył. Nie znałem topografii miasta. Obawiałem się, że jeśli opuszczę wrakowisko, później będę miał problem z powrotem, bo Rosjanie tak nas traktowali  - kwituje oficer.” To nie mógł wziąć ze sobą jakiegoś przedstawiciela ambasady, który od paru dni był w Smoleńsku? No ale nie żądajmy rzeczy niemożliwych – na kilometr wszak widać, że polscy borowcy po prostu stali jak kołki w okolicach pobojowiska (ewentualnie potem dyżurowali przy trumnie Prezydenta) i wiele do powiedzenia nie mieli. Czy więc cokolwiek na „miejscu katastrofy” fachowo udokumentowali, czy tylko jakiś „Rosjanin chodził z kamerą ze służb”? Oto jest pytanie. Jeśli bowiem owi borowcy wraz z przybyłymi po południu prokuratorami nie udokumentowali kompletnie nic, to Polska ma o wiele większy problem niż do tej pory sądziliśmy.
Wykop
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Inne tematy w dziale