613 obserwujących
1599 notek
9294k odsłony
15811 odsłon

2. przesłuchanie Sasina (cz. 1)

Wykop Skomentuj324

 

2. przesłuchanie Sasina: 06-10-2010 (ponownie trzema kolorami zaznaczam rzeczy istotne, bardzo ważne/kontrowersyjne i alarmujące, tudzież, jak zwykle, kody księżycowe)
 
(od 2'09'') zaczyna się od razu dynamicznie:
 
JS (w odpowiedzi na pytanie jednego z posłów): (...) To jest yyy... nieprawda, jakoby jakiekolwiek konsultacje na ten temat [tj. nt. rozdzielenia wizyt – przyp. F.Y.M] były prowadzone [między kancelariami – przyp. F.Y.M.]. Praktycznie nie było żadnych oficjalnych kontaktów [pomiędzy kancelariami – przyp. F.Y.M.] od samego momentu, kiedy zgłoszona została chęć Prezydenta (...) bycia na uroczystościach (...) Rozmowa odbywała się poprzez media – tylko i wyłącznie. Znaczy, z jednej strony byliśmy poprzez media, czy Prezydent, poprzez media, nakłaniany przez polityków PO do tego, żeby zrezygnował w ogóle z udziału w tych uroczystościach i z drugiej strony były wypowiedzi medialne Prezydenta i ministrów KP potwierdzające chęć udziału w tych uroczystościach. I co więcej powiem: kiedy my dostaliśmy to pismo 23 lutego od min. Kremera proszące o potwierdzenie ostateczne tego, że Prezydent chce uczestniczyć, (...) chce stać na czele pol. delegacji, byliśmy absolutnie przekonani, że to będzie formuła właśnie taka, że będzie to wspólna wizyta Prezydenta i premiera, ale, jak mówię, to nie trwało (...), ponieważ już 3 marca był ten komunikat medialny o tym, że te wizyty będą rozdzielone (...).
 
AM: (...) w dokumentacji istnieje (...) pismo, które (...) jest jakby świadectwem próby postawienia (...), to jest pismo p. min. Handzlika – notatka podpisana przez p. min. Handzlika – ja ją teraz pokazuję p. min. Sasinowi. Czy pan zna to pismo? Ona relacjonuje rozmowę z min. Kremerem, w której (...) stawiana jest p. Prezydentowi swoista, swoiste ultimatum. Jego istotą jest dążenie rządu do tego, żeby za wszelką cenę pozbyć się obecności Prezydenta na miejscu. Bo w istocie każdy z wariantów, a są tutaj trzy przedstawione za pośrednictwem p. Kremera p. Prezydentowi, p. Handzlika p. Prezydentowi, (...) zakłada, że (...) p. Prezydenta nie ma być przy wizycie p. Putina.
 
(Treści tej notatki zawierającej „swoiste ultimatum” jednak AM nie odczytuje na posiedzeniu – przyp. F.Y.M.)
 
JS: Yyy, panie ministrze, szanowni państwo, yyy... ja tej, ja tą notatkę znam, ale... nie... yy... poznałem ją dopiero już po wszystkich wydarzeniach. Znaczy, ja nie znałem jej w momencie, kiedy yyy... rzeczy się działy. Domniemuję, że yyy... p. min. Handzlik rozmawiał o tej sprawie i tą notatkę bezpośrednio przedłożył p. Przezydentowi  (a jeśliby tak było, to od Prezydenta by się główny akustyk nie dowiedział o tej sprawie? przyp. F.Y.M.). Ona nie była... przedmiotem... rozmów, czy nie była przedmiotem takiego, takich deliberacji na tych spotkaniach ministrów. Yyy... i... jak mówię, ja uczestniczyłem na tych spotkaniach ministrów, nie mogę wykluczyć, że były jakieś spotkania poza tymi, w których ja uczestniczyłem, w węższym gronie na temat Katynia, gdzie ta sprawa była omawiana. (...) Nie było żadnego formalnego czy, czy nieformalnego nawet pytania nas o zdanie, jak powinno to uczestnictwo wyglądać. Z tej notatki też... wynika, że zostały przedstawione pewne scenariusze, ale właściwie nie pytano [śmiech (?) przyp. F.Y.M.] też i z drugiej strony kancelarii, strony Prezydenta, nie była tu zasięgana opinia, który scenariusz by go ewentualnie interesował.
 
(Wywód zastanawiający – JS domniemuje, iż Prezydent mógł być zawiadomiony, zarazem jednak stwierdza, że nie pytano Prezydenta, który wariant by wybierał – przyp. F.Y.M.)
 
No, ja też rozumiem, że ten trzeci punkt, który tutaj mamy, czyli, żeby p. Prezydent i p. premier wspólnie uczestniczą, znaczy p. Prezydent publicznie wielokrotnie... podkreślał,...
AM: Podkreślał.
JS: ...że to jest wariant, który on zdecydowanie by preferował (no to chyba jakiś scenariusz Prezydent wybierał – przyp. F.Y.M.)i który powinien być przede wszystkim brany pod uwagę. Natomiast ta, ten dopisek yyy..., czy ta informacja już o tym, czy to jest stanowisko strony rosyjskiej jest takie, żeby to rozdzielić ja tej wiedzy wówczas nie miałem.
AM:  Rozumiem. Dobra. Świetnie. Dziękuję najmocniej. (...)
 
(I zaczyna się „relacja p. ministra z samej wizyty”; od 07'05'' – przyp. F.Y.M.)
 
JS:  Ja przybyłem yyy... do Smoleńska yyy... dzi... dziewiątego kwietnia. Poprzedniego dnia przybyłem tam samochodem około godziny 20-tej.
 
(Nikt z posłów nie pyta: czemu tak późno, skoro 8 kwietnia wyruszył pan w białoruskim trzysamochodowym konwoju, by „wszystkiego dopilnować na miejscu”? Jadąc z takim czasowym wyprzedzeniem, nie chciał pan sprawdzić osobiście tego, co przygotowano na cmentarzu przed uroczystościami? Co pan tak długo na Białorusi porabiał? Czy widział się pan z amb. H. Litwinem w Mińsku? Jeśli tak, to co panowie uzgadniali w kwestii prezydenckiej delegacji? Czy interesował się pan może kwestią białoruskich lotnisk zapasowych? przyp. F.Y.M.)
 
Dotarłem na yyy... miejsce.
 
(To znaczy dokładnie: gdzie? Do hotelu? Którego? O której się zameldował w recepcji? Jaki miał pokój? Czy ktoś już czekał na niego na miejscu?  przyp. F.Y.M.)
 
Yyy... moim zamiarem było jeszcze tego dnia spotkanie się z polskimi służbami, które tam są na miejscu, a przede wszystkim mam na myśli polskie służby dyplomatyczne. I spotkałem się tego dnia wieczorem jeszcze z ambasadorem yyy... Bahrem...
 
(Gdzie odbyło się to spotkanie? W jakich okolicznościach? Kto w nim uczestniczył? Czy było jakoś protokołowane? Sporządzano jakąś notatkę z niego? przyp. F.Y.M.
 
W tym kontekście aż się prosi o przywołanie poniższego fragmentu rozmowy T. Torańskiej z J. Bahrem:
 
Dojechaliśmy do Katynia. Wysiadłem z samochodu i pierwszą osobą, która do mnie podeszła, był Antoni Macierewicz (nawiasem mówiąc AM miał zostać, wg TT, zawiadomiony z Siewiernego przez któregoś z kierowców ambasady o „katastrofie”; JB uważa, że to mógł być A. Geisel, nie zaś G. Kwaśniewski (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=4&startsz=x) – do dziś ta sprawa nie jest wyjaśniona, gdyż AM, tak jak i wielu innych uczestników planowanych uroczystości katyńskich, nie zeznawał jako świadek przed Zespołem – przyp. F.Y.M.). Poprosił o numer telefonu. Nie pamiętam, czyj. Chyba kogoś z ambasady, bo był w mojej komórce, a w komórce miałem głównie ludzi z ambasady. Dałem. Podszedł minister Sasin z Kancelarii Prezydenta. Wcześniej go nie znałem. Starałem się okazać mu serdeczność. Nagle stracić szefa, z którym się było blisko, wydawało mi się strasznym ciężarem.

TT:Miał być w tym samolocie.

JB: Tego mi nie powiedział.

TT:Odstąpił miejsce koleżance.
 
Czy JB, jeśli (po pierwsze) faktycznie doszłoby do piątkowego, wieczornego spotkania z głównym akustykiem, nie powiedziałby do TT: „Podszedł do mnie min. Sasin z KP – poznałem go w piątek, gdy przybył skonsultować się z nami i borowcami na temat przygotowań do uroczystości”? Czy nie wspomniałby (po drugie) o tym, iż widział się wcześniej z JS na lotnisku Siewiernyj (jak będzie zeznawał w sejmie JS oraz jak zezna M. Wierzchowski (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska)), na które JS miał przybyć z borowcami z Katynia, zawiadomiony przez MW (który z kolei miał jechać z JB na pobojowisko, ale wyskoczyć miał z auta w pewnej chwili i pognać za felczerami)? Czy (po trzecie) miałoby sens składanie kondolencji komuś, z kim (wg relacji JS) przyjechało się na cmentarz katyński tym samym, „ambasadzkim” (określenie W. Batera) samochodem?)
 
oraz przedstawicielami  polskiej placówki dyplomatycznej w Moskwie (kto to był dokładnie?– przy. F.Y.M.), jak również w tym spotkaniu uczestniczył przedstawiciel polskiego MSZ-u, yyy..., protokołu dyplomatycznego, p. Tadeusz Stachelski (kolejny wielki nieobecny na posiedzeniach Zespołu – przyp. F.Y.M.), który był tam na miejscu i od strony yyy... protokołu yyy... przygotowywał tą wizytę. Yyy... spotykałem się yyy... z yyy... funkcjonariuszami BOR (z kim dokładnie? przyp. F.Y.M.), aby od nich odebrać również informacje, co do tego, czy są jakieś problemy z przygotowaniem tej wizyty, jak również ze swoimi pracownikami, którzy wcześniej tam na miejsce też przybyli i jeszcze wizytowali tego dnia cmentarz w Katyniu. Oni zdawali mi też relację, jak te przygotowania tam wyglądają. Też się spotykałem z przedstawicielami NBP (z kim dokładnie? przyp. F.Y.M.), którzy też poprzedniego dnia przyjechali, chodziło o ustalenie szczegółów uczestnictwa p. prezesa Skrzypka – szczególnie chodziło tam o uroczystości wręczania monet okolicznościowych uczestnikom tej uroczystości...
 
(A więc wieczór pełen spotkań, można rzec – przyp. F.Y.M.– aczkolwiek dokładnych godzin, czasu przebiegu, miejsca ani tym bardziej notatek z tychże spotkań, JS nie przytacza. Z tego fragmentu zeznań JS wynikałoby też, iż doszło do jakiegoś  rozdzielenia białoruskiego konwoju po drodze. Kiedy, gdzie i dlaczego miałaby się kolumna trzech aut podzielić? Czemu tylko paru urzędników miało pojechać na cmentarz do „wizytowania”, a Sasin już nie wizytował? Posłowie jednak nie dopytują o te sprawy, bo najwyraźniej nie są problematyczne. Nikt też nie będzie dopytywał o te powyższe ustalenia JS z borowcami – tak jak to dopytywano M. Wierzchowskiego („co ustaliliście?”), który, jak pamiętamy, tak się wił z odpowiedziami, iż właściwie nie mógł sobie przypomnieć, czy w piątek w ogóle jacyś borowcy brali udział w jakichś ich smoleńskich wieczornych spotkaniach)
 
...Do późnych godzin wieczornych, czy, czy nocnych wręcz, te spotkania miały miejsce i ja yyy... zakończyłem ten dzień taką odprawą z pracownikami KP, gdzie podzieliliśmy zadania na dzień yyy... następny. Yyy, dzieląc te zadania, z... zdecydowałem wieczorem, że yyy... udam się wraz z jeszcze jednym pracownikiem na lotnisko rano, natomiast pozostali pracownicy udadzą się na yyy... na cmentarz i tam na cmentarzu będą yyy... pilnować, aby wszystko zostało należycie przygotowane.
 
(Jak wiemy z relacji T. Szczegielniaka, którą analizowałem niedawno w osobnym poście (http://freeyourmind.salon24.pl/398929,tajemnice-okecia-2), na lotnisko Siewiernyj, na polecenie śp. K. Doraczyńskiej, zgłaszano przed uroczystościami trzech przedstawicieli KP: JS, A. Kwiatkowskiego i MW– przyp. F.Y.M.: „p. Katarzyna Doraczyńska w tym okresie była na urlopie, ja ją częściowo zastępowałem, więc na yyy... była potrzeba formalnego zgłoszenia mnie, jak również dwóch osób na lotnisku na Okęcie yyy... celem pomocy przy yyy... doprowadzeniu osób do samolotu, jak również tutaj była prośba o zgłoszenie yyy...p. ministra Jacka Sasina i dwóch osób mu towarzyszących – p. Adama Kwiatkowskiego i p. Marcina Wierzchowskiego, jak również samochodu i kierowcy na lotnisko... na lotnisko w... Smoleńsku.” Przypominam o tym, bo wynika z tego z kolei zeznania, iż przed przybyciem głównego akustyka, było oficjalnie ustalone i zgłoszone ruskiej stronie, że ma on brać udział w powitaniu (wraz z MW i AK) prezydenckiej delegacji na lotnisku – nie zaś, jak JS twierdzi, że on sam tak pod wieczór zarządził na „takiej odprawie z pracownikami KP, gdzie podzielili zadania na dzień następny”. Posłowie tej kwestii też nie będą drążyć)
 
 
(I teraz ciekawe przejęzyczenie – przyp. F.Y.M.)
 
 
Takie były ustalenia na...koniec soboty.W... yyy... koniec yyy... yyy...
(Posłanka?):  Piątku.
JS: ...piątku. Yyy... w sobotę rano, 10-go yyy... kwietnia, spotkałem się ponownie – przy śniadaniu spotkaliśmy się ponownie w tym samym gronie...
 
(W jakim gronie? Kto dokładnie brał udział w tym „ponownym spotkaniu”? Czy urzędnicy KP jedli śniadanie z przedstawicielami ambasady, czy nie? Czy wspólnie omawiali jakieś sprawy związane z uroczystościami, czy nie? – przyp. F.Y.M. Z relacji (zakładając, że prawdziwej) inspektora Clouseau, czyli G. Kwaśniewskiego, wiemy, że hotelowe śniadanie miało wyglądać tak: Już z samego ranawiedzieliśmy, że pogoda na lotnisku jest nieciekawa. Mówiło się o tym m.in. podczas śniadania przy stoliku ambasadora. W mieście też było tę mgłę widać, choć nie aż tak gęstą. Ostrzegano, że aby nie zawracać samolotu do Warszawy, należałoby przygotować lotnisko zapasowe. W grę wchodziły tylko dwa: Moskwa i Mińsk.” (http://polska.newsweek.pl/smolensk—nieznana-relacja-oficera-bor,68588,1,1.html). Z tego zaś wynikałoby, że już wtedy, zanim wyjechano na Siewiernyj, wiadomo było nie tylko, iż jest zła pogoda, lecz również, że należy rezerwować lotniska zapasowe – czy wieści o tym nie doleciały do uszu tak wyczulonych na kwestie nagłośnienia „akustyków”? Czy może nie jedli śniadania w tym samym miejscu i czasie co urzędnicy ambasady? Gdzie w takim razie jedliby śniadanie?
 
Kwaśniewski opowiada dalej tak: W drodze na lotnisko pan ambasador dzwonił z samochodu do Mińska, do ambasadora na Białorusi i do swojego zastępcy w Moskwie,prosząc o przygotowanie zapasowych lotnisk. Z tego, co wiem, w tym samym czasie, kiedy jechaliśmy na lotnisko, w Smoleńsku zastępca ambasadora w Moskwie już jechał na Wnukowo pod Moskwą. To wszystko działo się zanim "tutka" przyleciała nad Smoleńsk.”  Do dziś jednak nie wiemy, którym „ambasadzkim” autem miał się na Siewiernyj udać MW. Gdyby bowiem jechał wozem JB, to powinien był te rozmowy związane z zabezpieczaniem lotnisk zapasowych osobiście słyszeć i tym bardziej powiadomić o tym osoby z KP udające się na cmentarz i/lub już czekające w Katyniu)
 
... ja ze współpracownikami z KP i zaczęliśmy jakby dalej dyskutować, yyy..., jakie są zagrożenia, jakie ewentualnie jeszcze problemy mogą yyy... wyniknąć. I w trakcie tej rozmowy  zmieniłem ustalenia poprzedniego dnia. Mianowicie stwierdziłem, że jednak...  lotnisko jest takim miejscem, które yyy... nie niesie żadnych niebezpieczeństw. Paradoksalnie nie niesie żadnych niebezpieczeństw, yyy...  problemów z yyy...ląd... czy, czy... z... yyy... jakby z początkiem tej wizyty, no, że samolot, stwierdziłem, samolot po prostu wyląduje, wszyscy z tego samolotu wysiądą, będą podstawione yyy... będą podstawione samochody...Zresztą pracownicy kancelarii byli na pokładzie samolotu, więc stwierdziłem, że jakby oni wzmocnią również yyy... tą obsługę techniczną yyy... delegacji.
 
I że w związku z tym lepiej będzie, jeśli ja yyy... udam się jednak na cmentarz, bo yyy... na cmentarzu mogą zajść różnego rodzaju nieprzewidziane okoliczności, jak chociażby yyy... kwestie...  Najbardziej się obawialiśmy tego, że może być kwestia np. tego, że nie będzie działało nagłośnienie. Yyy... dlatego z... załatwiliśmy też pono...podwójne jakby zabezpieczenie tutaj, ale chciałem to sam osobiście wszystko yyy... sprawdzić. Plus miałem jeszcze yyy... pewne wątpliwości, co do tego, jak będzie rozsadzany-i będą członkowie delegacji. Więc chciałem tego też osobiście mmm... przypilnować, w związku z tym stwierdziłem, że ja jednak udam się yyy... na cmentarz, natomiast  na lotnisku wystarczy jeden pracownik, który będzie jakby wspomagał  tych, którzy przylecą z Prezydentem yyy..., a wspomaganie miało tak naprawdę polegać na wskazywaniu miejsc w odpowiednich pojazdach dla członków delegacji.
 
(Główny akustyk zmienia więc, jak twierdzi, „ustalenia poprzedniego dnia”, uznaje bowiem, iż żadnych problemów ani „nieprzewidzianych okoliczności” związanych z „początkiem tej wizyty” nie będzie, zaś technicznie wzmocnią obsługę delegacji pracownicy KP będący „na pokładzie samolotu” – zaś posłowie kwitują to osobliwe wyznanie, tak jak i absurdalne wprost opowieści o zabezpieczaniu nagłośnienia, zupełnym milczeniem – przyp. F.Y.M. Nikt nie pyta: jak to pan, ot, tak sobie zmienił takie ważne ustalenia? Czy były ku temu wystarczające powody? W jaki sposób sprawdzał pan to nagłośnienie? Jakie to było nagłośnienie? To tam w Katyniu nie było inżynierów dźwięku ani innych osób zawodowo odpowiadających za nagłośnienie uroczystości? Co to znaczy, że załatwili „jakby podwójne zabezpieczenie” nagłośnienia? Itd.
 
Ale to wszystko nic – samowolnie (no bo przecież bez konsultacji z Warszawą) zmieniwszy tego rodzaju ustalenia przecież prezydencki minister powinien był 1) zawiadomić K. Doraczyńską (np. telefonicznie rano) oraz  W. Stasiaka, swojego bezpośredniego przełożonego (a więc skontaktować się z ludźmi na Okęciu), 2)  poinformować urzędników ambasadyby ci z kolei powiadomili Rusków, że w takim razie na wojskowe lotnisko nie będą się udawać te osoby z KP, które wcześniej zgłoszono, lecz inne (czy M. Jakubik, towarzyszący MW, też był wstępnie zgłoszony, czy też w ostatniej chwili?). Z relacji JS nie wiadomo, jak formalnie wyglądała ta „zmiana ustaleń”. Posłowie też nie pytają o zasadniczą rzecz: a zawiadomił pan kogoś na Okęciu o tych swoich porannych zmianach ustaleń?
 
To jednak też nie koniec – jak bowiem pamiętamy z książki „Mgła” (s. 39) – mimo tej niesamowitej wprost troski o nagłośnienie i krzesełka oraz „zabezpieczenie wszystkiego”, główny akustyk wcale nie uda się od razu na cmentarz, lecz, wg jego opowieści, na kilkudziesięciominutową wycieczkę po Smoleńsku:  „Lądowanie było przewidziane tuż przed dziewiątą czasu polskiego, czyli o jedenastej tamtego czasu  (co chyba nie jest prawdą – przyp. F.Y.M.).  Wstałem sporo wcześniej, ponieważ chciałem skorzystać z okazji – nie byłem dotychczas w Smoleńsku, a jako historyk byłem zainteresowany miastem, które było niegdyś miastem pogranicznym Rzeczypospolitej. Polacy wielokrotnie o Smoleńsk toczyli bitwy. Chciałem zobaczyć, jak on wygląda. poświęciłem chyba  ze trzy kwadranse na zwiedzanie  centrum, soboru, murów obronnych. Stamtąd pojechałem na cmentarz. Musiała być jakaś  godzina ósma  lub kilka minut przed ósmą, kiedy dotarłem na miejsce. Kilkadziesiąt minut spędziłem, doglądając wszystkiego, sprawdzając ustawienie krzeseł, itp.”
 
Pomijając może w tym miejscu to, czy przez kilkadziesiąt minut można sprawdzać np. ustawienie kilkudziesięciu krzeseł (niechby ich nawet ponad 100 było), to „ostatni ocalały z katastrofy” przyznaje w tej wypowiedzi, iż  przez „chyba ze trzy kwadranse” nie ma go na cmentarzu w Katyniu  (ani tym bardziej na lotnisku Siewiernyj). Nie wiemy, czy na „zwiedzanie Smoleńska” udał się ze swym kierowcą (także mógłby być przesłuchany przez Zespół, ale pewnie nie będzie), czy sam – czy może z AK (również nieprzesłuchanym przez Zespół)? O szczegółach tego sightseeingu główny akustyk nic nie będzie na sejmowym posiedzeniu mówił, choć (przy okazji rozmów o pogodzie 10-04) napomknie raz, że w centrum Smoleńska, nim przyjechał na cmentarz, był)
 
Yyy... no i tak się stało. Tak się stało. Po śniadaniu yyy... ja udałem się z... yyy... jeszcze jednym pracownikiem, ja samochodem, ale jeszcze dwóch pracowników oddzielnie również pojechało. Czyli było nas łącznie, byłem ja i jeszcze trzech pracowników mmm... KP.   My udaliśmy się na cmentarz yyy... w Katyniu.  Na cmentarzu... na cm... myślę, że na cmentarz... yyy... na cmentarz... yyy... przybyłem około godziny... tak myślę, wpół do ósmej. Yyy... bo... yyy... mmm... yyy... mniej więcej  do czasu, kiedy dowiedziałem się, że jest katastrofa, no, minęło więcej niż godzinę... to, to była... go... (jak to może wyliczyć, skoro nie pamięta godziny przybycia na cmentarz? - przyp. F.Y.M.).  Tam sporo czasu spędziłem na cmentarzu. Miałem okazję spotkać też państwa parlamentarzystów(kogo dokładnie? - przyp. F.Y.M.), yyy..., rozmawiać, yyy..., ale również yyy... sprawdzić te wszystkie sprawy, które chciałem, które chciałem sprawdzić, czyli właśnie te kwestie nagłośnienia(robił próby mikrofonu? - przyp. F.Y.M.), czy też wydać dyspozycje odnośnie yyy... rozsadzenia poszczególnych członków, yyy..., delegacji. Yyy... no i tak właściwie upływało to wszystko w takim yyy... w takim yyy... yyy... oczekiwaniu na przybycie delegacji. Miałem umowę z tym pracownikiem, p. Marcinem Wierzchowskim, pracownikiem, który udał się na lotnisko, moim pracownikiem, że w momencie, kiedy samolot wyląduje – on mnie poinformuje, yyy..., telefonicznie o tym, że jest lądowanie, że lądowanie się odbyło, bo wiedziałem, że około dwudziestu, dwudziestu pięciu minut będzie trwał przejazd delegacji z lotniska, wtedy miałem zamiar udać się yyy... przed wejście na ten yyy... zespół memorialny tam przed tą bramę, żeby tam oczekiwać na przybycie delegacji, na przybycie yyy... p. Prezydenta.
 
W trakcie, kiedy właściwie wszystko już było sprawdzone, była taka chwila właśnie na to, żeby porozmawiać, więc ja chodziłem, rozmawiałem. Wiele osób na tym, na tym cmentarzu znałem. W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z moich pracowników, yyy...p. Adam Kwiatkowski, z tego, co pamiętam, pracownik kancelarii,  podszedł do mnie i poinformował mnie, że dostał taką właśnie informację przed chwilą, że może yyy... zajść okoliczność następująca, iż  samolot nie wyląduje na lotnisku w yyy... Smoleńsku z powodu trudnych warunków atmosferycznych. Ja się trochę zdziwiłem z tego powodu, bo yyy... jak rozejrzałem się wokół siebie, no to te warunki atmosferyczne nie były aż tak trudne. Faktycznie pogoda może nie była taka jak obecnie – nie świeciło słońce, ale, no było pochmurno, ale jednak, no, te warunki były całkiem znośne, ja nie miałem żadnych obaw. No, bo zawsze przy takich plenerowych uroczystościach jest ta obawa, czy deszcz nie będzie padał, prawda, czy jak to, jak to będzie przebiegało – tu takich obaw w ogóle nie miałem. Widziałem, że jest pochmurno, ale raczej nie spodziewałem się jakichś kataklizmów pogodowych, więc mnie to, nie ukrywam, trochę zdziwiło, a jeszcze bardziej zdziwiła mnie informacja, że... yyy... którą też dostałem od tego pracownika, mojego pracownika, że... yyy...to lądowanie może nastąpić w Moskwie. Yyy... no wydawało mi się to jednak dosyć dużą odległością od yyy... od yyy... tego yyy... miejsca, gdzie się znajdowaliśmy (nie chwyta za telefon, by się skontaktować z MW czekającym na Siewiernym? - przyp. F.Y.M.).
 
(Z tym Katyniem też jest bardzo intrygująca historia, ponieważ konsul L. Putka w rozmowie z TT opowiada o chwili, gdy Bater ją zawiadomił, iż „samolot prezydencki się rozbił”, następująco: „Rozejrzałam się. Nikt nic nie wiedział. Przez bramkę na cmentarz wchodzili jeszcze zaproszeni goście, harcerze wydawali kawę i herbatę, duża grupa stała przy dzwonie katyńskim, reszta zwiedzała cmentarz. Razem było kilkaset osób. Parę ekip telewizyjnych, kilkudziesięciu dziennikarzy, około 250 osób z Polonii oraz ze 300 weteranów, Rodzin Katyńskich i parlamentarzystów, którzy przyjechali do Smoleńska o 6 rano pociągiem z Warszawy. Wie pani, czego się bałam, że kiedy ta informacja dotrze na cmentarz, ludzie zaczną mdleć, wpadną w histerię, ktoś dostanie zawału serca. A nas z konsulatu do opieki nad nimi było tylko dwoje konsulów - ja i Robert Ambroziak.

TT:- No, nie. Był jeszcze minister Sasin, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, i kilku jego pracowników.

-
  Pana Sasina widziałam tylko przez chwilę. Na mszy i potem na lotnisku.Podeszłam do pana Tadeusza Stachelskiego, naczelnika protokołu dyplomatycznego MSZ, stał z pułkownikiem Andrzejem Śmietaną, dowódcą Kompanii Honorowej. Po ich minach poznałam, że wiedzą.  Ludziom nic nie mówimy- zdecydowaliśmy - i musimy zapanować nad sytuacją. - Proszę - powiedział do mnie naczelnik - porozmawiać z księdzem, żeby przygotował się do mszy żałobnej.” (http://wyborcza.pl/1,99218,9362074,Prosze_spokojnie__pani_konsul.html)
 
Czyżby więc urzędnicy KP tak dyskretnie sprawdzali nagłośnienie i ustawienia krzesełek, że ich Putka nie zauważyła? Czy Sasin nie miał stać przy Stachelskim, gdy doszła wieść o „rozbiciu się prezydenckiego samolotu”?)
 
Zapytałem p. Kwiatkowskiego, skąd... posiadł tego typu informację. On wskazał na p. Tadeusza Stachelskiego, yyy..., jak mówię, pracownika polskiego protokołu dyplomatycznego, który też przebywał na yyy... cmentarzu. Ja yyy...  zaniepokojony tą informacją, chociaż nie zaniepokojony bardzo, nie zaniepokojony jakoś szczególnie bardzo, ponieważ głównie zastanawiałem się yyy... jak za... zagospodarować te kilka godzin pewnie, które... yyy... w trakcie których Prezydent będzie yyy... mógł dotrzeć na yyy... cmentarz,
 
(Główny akustyk nie jest zaniepokojony „jakoś szczególnie bardzo”, choć przecież scenariusz z lądowaniem w Moskwie całkowicie zmieniałby przebieg uroczystości, o czym należałoby poinformować przez mikrofony (i podwójnie zabezpieczone nagłośnienie) oczekujących oraz ekipy telewizyjne przygotowane do transmisji uroczystości – przyp. F.Y.M. Nadal JS  nie telefonuje do MW, by się upewnić, co do realności tego scenariusza i czy przypadkiem nie chodzi o międzylądowanie, a nie o lądowanie i przejazd z Moskwy kolumny samochodowej; nie dzwoni też do pracowników KP na pokładzie„prezydenckiego samolotu”, by sprawdzić wiadomość u źródeł – nie przeszkadza to jednak Sasinowi w rozmyślaniu nad tym, jak będzie wypełniany parogodzinny czas oczekiwania na przybycie prezydenckiej delegacji)
 
ale stwierdziłem właściwie,  idąc i szukając p. Stachelskiego...
 
(Skoro JS, jak słyszeliśmy, spotkał się w piątek wieczorem ze Stachelskim, to  nie miał od niego jego służbowego telefonu w swej komórce? Musiał Stachelskiego szukać na cmentarzu?  Nie mógł po prostu zadzwonić, by dopytać o szczegóły? - przyp. F.Y.M.)
 
stwierdziłem, że, że właściwie to nie jest większy problem, bo przecież ci wszyscy, którzy tu przyjechali, no, nie przyjechali przypadkowo, prawda? Przyjechali tutaj chociażby na groby yyy... swoich bliskich, więc być  może nawet będą zadowoleni, że tego czasu na... pobyt na cmentarzu będzie więcej niż tylko w cza... na sam czas yyy... uroczystej mszy i tej uroczystości, która ma się odbyć.
 
(Główny akustyk tak to beztrosko przedstawia, jakby chodziło tylko o dodatkowy czas dla oczekujących, nie zaś o całkowitą zmianę programu uroczystości, który, było nie było, opracowywał – przyp. F.Y.M.)
 
No i taki w takim lekkim niepokoju, ale jakby bez... bez jakiegoś dramatycznego nastroju spostrzegłem p. Stachelskiego, podszedłem do niego. I w momencie, kiedy do niego podchodziłem, zadzwonił jego telefon. Yyy... zadzwoniła jego komórka. On odebrał komórkę. Ja po prostu podszedłem, stanąłem obok niego, postanowiłem poczekać, aż skończy tą rozmowę. Ta rozmowa miała dosyć dziwny przebieg, tak jak ja ją słyszałem, bo on się bardzo wyraźnie zdenerwował i... yyy... prosił, mówił do telefonu, no, cytuję z pamięci: „to niemożliwe”, „powtórz jeszcze raz”, yyy... „ale co się, co się naprawdę stało?”, yyy..., no, jakieś takie, takie stwierdzenia, które yyy... za... mnie zaniepokoiły. Ale, to może śmiesznie zabrzmi,  nie przypuszczałem, że mogło się stać coś bardziej groźnego i gorszego niż to lądowanie w innym miejscu, w związku z czym yyy...tak sobie psychicznie zbudowałem taką konstrukcję, że on tak strasznie panikuje z tego powodu, że ten samolot wyląduje gdzie indziej, w związku z czym będziemy mieli tutaj opóźnienie w rozpoczęciu uroczystości.
 
(Zauważmy, iż JS dwukrotnie unika tu mówienia o Moskwie. Mówi „w innym miejscu” oraz „gdzie indziej”, choć przecież prościej byłoby w obu przypadkach właśnie podać nazwę miasta. Co więcej, zakłada już – choć przecież znikąd nie miałby wiedzy – że dojdzie do lądowania, a nie  międzylądowania, żeby zaś było najśmieszniej, to jako jeden z organizatorów uroczystości z udziałem Prezydenta stwierdza sobie, iż przesunięcie ich rozpoczęcia o parę godzin nie jest żadnym powodem do większego niepokoju czy „strasznego panikowania” – przyp. F.Y.M.)
 
Kiedy skończył tą rozmowę, on skończył tą rozmowę, rozłączył ją i zaczął się tak na mnie badawczo patrzeć. Yyy... ja w tym momencie zacząłem właściwie nawet go dosyć tak żartobliwie przekonywać, mówię: „Panie Tadeuszu, niech się pan nie martwi”, mówię, „jakoś sobie tutaj te parę godzin yyy... poradzimy. Yyy...”
 
(To wyjątkowo osobliwa reakcja JS na sytuację – przyp. F.Y.M. Prezydencki minister przecież dowiedział się chwilę temu od swego podwładnego, który z kolei miał uzyskać właśnie informację od Stachelskiego, iż prezydencka delegacja wyląduje w Moskwie. Czy nie powinien był więc główny akustyk zacząć może od upewnienia się:  „To jak, lecą oni do Moskwy? Tam będzie lądowanie? Nie mogli zostać skierowani gdzieś bliżej Smoleńska?”)
 
A on mówi: „nie, nie, to nie to.” Ja mówię: „a co się stało?” I on wtedy mówi mi, że: „wie pan, no, dostałem informację, że... jakąś dziwną informację, że zdarzył się jakiś wypadek”. Ja mówię: „jaki wypadek?” A on mówi na to, że wypadek w samolocie. To pamiętam, yyy..., dokładnie to stwierdzenie, bo ono mnie niezwykle zaskoczyło.  Co może oznaczać „wypadek w samolocie”? Skala czy, czy  zakres wypadków, które mogą się zdarzyć na pokładzie samolotu, no jednak, yyy..., dosyć jest ograniczona. Taka moja myśl była, że być może stało się coś któremuś z pasażerów, yyy..., że być może... Ja przepraszam, bo mówię może o swoich odczuciach, co może nie ma większego znaczenia dla, dla sprawy yyy...
 
(JS zasypuje nas kolejnymi szczegółami opowieści dziwnej treści, zapominając o tym, co mówił jeszcze chwilę temu – przyp. F.Y.M.. Dowiedział się o mającym nastąpić lądowaniu w Moskwie oraz rozmyślał o najbliższych godzinach „przeczekiwania”, a tu nagle słyszy o jakimś wypadku w samolocie. Czy nie powinien był najpierw więc spytać:  „W drodze do Moskwy się ten wypadek wydarzył? Skąd ma pan tę wiadomość? Dzwonił ktoś z pokładu samolotu?”)
 
że stało się może coś komuś z pasażerów. Miałem taki nawet... Pierwsza myśl, która mi przeszła, żebyć  może coś się stało Prezydentowi Kaczorowskiemu, no, który był człowiekiem niezwykle leciwym już... yyy..., i że coś takiego się mogło wydarzyć, więc to mnie niezwykle zaniepokoiło. I zacząłem go dopytywać. Mówię: „jak to  z samolo..., w samolocie?” A on mówi: „nie, nie, nie – jakiś wypadek przy lądowaniu.”
 
(Tu więc prezydencki minister powinien był spytać: „Czyli już dolecieli do Moskwy? Tam wylądowali i tam doszło do tego wypadku?”  –przyp. F.Y.M.)
 
Mówi: „wie pan, samolot zjechał z pasa, czy coś takiego”.
 
(I znów główny akustyk powinien był dopytać:  „W Moskwie? Stamtąd ktoś pana zawiadomił? Ktoś z ambasady to widział?”   – przyp. F.Y.M.)
 
To on jakby tak mi, yyy..., taką informację mi, yyy..., przekazał. Nic więcej nie był w stanie mi yyy... powiedzieć.
 
(I nadal JS nie dopytuje, od kogo wiadomość, gdzie to się stało etc. – przyp. F.Y.M.)
 
Yyy, no więc ja się zdenerwowałem oczywiście w tym momencie i postanowiłem się dowiedzieć czegoś... czegoś więcej. Pierwszą moją yyy... reakcją był telefon do tego pracownika, yyy..., mojego pracownika, który był na lotnisku, do p. Wierzchowskiego...yyy... on nie odbierał telefonu.
 
(To tylko do MW miał JS nr telefonu?przyp. F.Y.M. Nie powinien był zadzwonić do kogoś z KP na pokładzie? Czy to nie byłoby najszybsze zorientowanie się w sytuacji? Nikt z posłów nie pyta: czy nie próbował pan skontaktować się z kimś będącym na pokładzie?)
 
Dzwoniłem do niego, nie odbierał telefonu, więc druga reakcja była taka, że poprosiłem oficera dowodzącego funkcjonariuszami BOR-u tam, którzy zapewniali ochronę na yyy... cmentarzu... z... Przywołałem go i spytałem, czy może być może,  czy może ma jakieś informacje na ten temat, co się stało.
 
(Tu też osobliwa relacja – czy bardziej naturalne nie byłoby stwierdzenie, iż panuje jakiś zamęt, jeśli chodzi o losy delegacji prezydenckiejprzyp. F.Y.M.? Najpierw była wiadomość o locie do Moskwy, teraz jest jakaś o wypadku w wyniku zjechania z pasa – czy więc JS nie powinien najpierw się upewnić, dokąd udali się delegaci?)
 
Yyy... on wydał mi się w ogóle zaskoczony yyy... moim pytaniem czy moją, moją jakby zapytaniem, że jest jakiś wypadek. Znaczy, jakby odniosłem wrażenie, że  on w tym momencie nie miał informacji jeszcze na ten temat. Zapytałem go, czy on może skontaktować się z kimś na lotnisku, kto by mógł tą informację potwierdził i powiedział, co się naprawdę stało.
 
(To obaj nie wpadli na pomysł, by zadzwonić od razu do kogoś na pokładzie?przyp. F.Y.M.)
 
On mi powiedział, że on nie ma właściwie nikogo tam, znaczy, nie ma nikogo na lotnisku, z kim on mógłby rozmawiać i od kogo mógłby taką informację, yyy..., uzyskać.
 
(To obaj nie mieli telefonów np. do Bahra?przyp. F.Y.M. Poza tym z relacji G. Kwaśniewskiego, ale też K. Dacewicza (http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20120322&typ=po&id=je02.txt) wynika, że łączność była przewidziana choćby między kierowcami „ambasadzkimi” a borowcami w Katyniu. Dacewicz mówi (http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20120322&typ=po&id=po11.txt):  „z tego, co wiem, ten  Gerard K., który był kierowcą pana ambasadora, od samego początku uczestniczył we wszystkich przygotowaniach. Był z nami w tej grupie przygotowawczej, gdzieś nas podwoził, tłumaczył pewne sprawy. Gerard sam mi powiedział, że został poproszony przez Jarka Florczaka o to, by - jak wyląduje nasz tupolew - wszedł na pokład i rozdał kolegom specjalne identyfikatory, które umożliwiłyby im poruszanie się. Był tam także drugi kierowca ambasadora Artur G.”
 
Wracamy do Katynia i głównego prezydenckiego akustyka, bo staje się rzecz niezwykła – Sasin bowiem, nie wiedząc przecież nic konkretnego, organizuje „naradę”, po której zarządzona zostanie w ruskiej asyście FSB i milicji, wyprawa z borowcami na Siewiernyj. Jednakże istotnym brakującym ogniwem tej relacji prezydenckiego ministra jest to,  w którym momencie i od kogo się on dowiedział, że samolot nie poleciał do Moskwy, lecz „zjechał z pasa” w Smoleńsku?  Jeśliby bowiem JS tego nie wiedział, to przecież by nie organizował w tamtym kierunku wyjazdu z borowcami – nie jechałby chyba na Siewiernyj, wiedząc, że nie tam skierowano samolot, czyż nie?)
 
Więc ja go poprosiłem, mówię: „panowie...” – zawołałem swoich pracowników(ale jak, przez megafon?przyp. F.Y.M. Czy też stali w pobliżu C. Kąkolewskiego i JS?), zawołałem tego... yyy... człowieka, z którym rozmawiałem, tego funkcjonariusza, yyy... i mówię, że musimy się chwilę naradzić, co robić w tej sytuacji, prawda?
 
(Ale nad czym mają goście nagle takradzić, skoro nic konkretnego nie wiedzą? Czy raczej nie powinni zatelefonować do ludzi na pokładzie i upewnić się, co się dzieje? Albo chociaż do pracowników ambasady?przyp. F.Y.M. I znów nie wiemy, o której dokładnie godzinie ta niesamowita pierwsza narada (bo za chwilę będzie druga) się odbywa)
 
Zaczęliśmy rozmawiać (o czym?  – przyp. F.Y.M.), ale zorientowałem się, że yyy... jakby gromadzi się wokół nas yyy... grupa osób i przysłuchuje się, o czym mówimy, a yyy... ponieważ, jakby nie miałem wiedzy i świadomości do końca, co się stało, jakby  nie chciałem wzbudzać paniki, czy zaniepokojenia, w związku z czym poprosiłem, żebyśmy przeszli, yyy..., do takiego pomieszczenia, które znajdowało się idąc od cmentarza po prawej stronie od wejścia. (...) Fragment chyba tego muzeum po prostu (...).
 
No i postanowiliśmy, że trzeba po prostu udać się bezzwłocznie na lotnisko. Poprosiłem yyy... dowódcę BOR-u, żeby zorganizował transport – żeby po prostu po pierwsze, zorganizował z Rosjanami możliwość wejścia na teren lotniska, po drugie, ponieważ wiedziałem, że to jest lotnisko wojskowe, więc jak przyjedziemy, mówię, no to niekoniecznie muszą nas wpuścić, jak nie jesteśmy zgłoszeni...
 
(Akurat, jak już sygnalizowałem za Szczegielniakiem, JS i AK (mający jechać z borowcami) byli zgłoszeni już na czas oczekiwania na przylot – przyp. F.Y.M. Jak z tego fragmentu widać, główny akustyk żwawo wydaje dyspozycje i „przejmuje dowodzenie” nad całą akcją, choć dalibóg nic jeszcze dokładnie ani on, ani borowcy, nie wiedzą. Wiedzą natomiast dokładnie, w jakie miejsce mają się udać. Oczywiście nie telefonują nadal do ludzi z ambasady ani tym bardziej do osób na pokładzie, tylko „bezzwłocznie udają się” na lotnisko. Prezydencki minister zakłada też, że mogą ich nie wpuścić, choć przecież, jeśliby się wydarzył wypadek w postaci „zjechania z pasa”, to chyba ruskie władze obecne na lotnisku i jego dowództwo, widząc polską ochronę pod eskortą ruskich służb nie robiłyby problemu z wjazdem – no ale mniejsza z tym.
 
Z dotychczasowej relacji JS wiemy więc, że jesteśmy na etapie „zjechania z pasa” (por. też http://freeyourmind.salon24.pl/382860,samolot-zjechal-z-pasa), ale zachowania i borowców, i akustyków wskazują, jakby  wiedza o tym, co się stało była nieco większa niż tylko ograniczająca się do „zjechania z pasa”. Świadczy o tym nie tylko podwójna narada, nie tylko brak telefonowania do poszczególnych wyżej wspomnianych osób (z ambasady i z pokładu), nie tylko „bezzwłoczny wyjazd” na Siewiernyj, lecz także, o czym będzie poniżej, dzwonienie do bliskich niejako „na wypadek, gdyby coś się pojawiło w mediach”. Oczywiście coś się musiało pojawić w mediach, gdyby nawet doszło li tylko do „zjechania z pasa” – jednakże gdyby „prezydencki samolot” wyłącznie zjechał z pasa, to pierwsze telefony „wykonywaliby” akustycy do swoich rodzin?
 
I yyy... żeby zorganizował przejazd przez... miasto. Poprosiłem go o zorganizowanie yyy... milicji rosyjskiej, która by nas po prostu poprowadziła tam, jednocześnie  dałem swoim pracownikom dyspozycje, żeby odszukali kierowcę – mojego kierowcę  (Sasin nie mógł po niego po prostu zadzwonić? Czy kierowcy komórka padła? – przyp. F.Y.M.), żeby się stawił pod bramą i... bo jak najszybciej będziemy yyy... jechać. No, minęło... kilka dosłownie minut –  niewielkie kilka minut, kiedy czekaliśmy na zorganizowanie tej yyy... tej grupy.
 
Ja ten czas wykorzystałem. Próbowałem się skontaktować z... yyy... z kimś z KP  [w Polsce – przyp. F.Y.M.], poinformo..., dać jakiś sygnał  (ale jaki sygnał, skoro jeszcze nic konkretnego nie wiedział? – przyp. F.Y.M.),  że coś się dzieje, bo... bo... yyy... pomyślałem sobie też w ten sposób, że po pierwsze oni powinni wiedzieć, po drugie  mogą też jakieś pytania być tutaj... formułowane i dobrze, żeby, żeby taka informacja była przekazana.
 
(Ten kod księżycowy bardzo trudny do złamania – pozostaje nam na razie snucie domysłów, dopóki nie dojdzie do kolejnego przesłuchania JS, najlepiej przed międzynarodową komisją śledczą – przyp. F.Y.M. Powtórzmy raz jeszcze: bohaterowie opowieści głównego akustyka są na etapie „zjechania z pasa” – nie wiedzą zatem nic konkretnego o tym, co się stało – lecz  JS już próbuje się dodzwonić do Polski do prezydenckich urzędników, bo „mogą być jakieś pytania” - pytanie oczywiście jakie pytania, przez kogo i komu stawiane? Pytania do pracowników KP będących w Polsce, jeśliby „zjechał z pasa” samolot prezydencki w Smoleńsku? Jeśliby doszło do takiej sytuacji, to prędzej by dopytywano o szczegóły osoby znajdujące się na miejscu, a nie w Polsce – to po pierwsze (wspominałem nieraz (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/woko-zeznan-bahra.html) (http://freeyourmind.salon24.pl/382860,samolot-zjechal-z-pasa) o połączeniu na żywo (niedługo po 9.30 pol. czasu) ze studia TVP Info z W. Cegielskim, o którym sądzono, że jest na pokładzie:  „W SAMOLOCIE BYŁ TAKŻE NASZ REPORTER WOJCIECH CEGIELSKI. Połączyliśmy właśnie z nim w tej chwili. Wojtku, powiedz, co się dzieje w Smoleńsku?”; przypomnę też może już zapomnianą relację P. Prusa stojącego przed kamerą w Katyniu (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/woko-zeznan-bahra.html) i łączącego się z TVP Info o 9.45: Tutaj  5 minut temu dosłownie w jednej chwili na tym cmentarzu zapanowała wielka cisza  (czyli koło 9.40 – przyp. F.Y.M.). Tak jak wcześniej było słychać trochę gwaru, ludzie chodzili, zajmowali miejsca, w tej chwili ta informacja dotarła już chyba do wszystkich. Widzę ludzi rozmawiających przez telefony, widzę kobiety płaczące już w tej chwili... Wszyscy są trochę zdezorientowani  (i tu Prus strzyże uszami – przyp. F.Y.M.). Właśnie w tej chwili słyszę, że  ktoś głośno przez głośniki podaje właśnie te informacje, że prawdopodobnie ten samolot się rozbił, że jeszcze nie mamy potwierdzenia. Niektórzy ludzie składają ręce, jak do modlitwy i uważnie nasłuchują tutaj. Na razie jeszcze nikt nie wierzy w to, co się stało, jeżeli to jest prawda (...)).
 
Po drugie zaś, jeśli akustycy i borowcy nic konkretnego nie wiedzieli, to do momentu potwierdzenia lub zweryfikowania wiadomości, nie mieli też powodu, by się jakimiś pogłoskami dzielić – a już na pewno by  alarmować kogokolwiek. Tymczasem ich zachowania wskazują na to, że już  „alarm ogłoszono”, tylko jakby nie do końca ogłasza się, z jakiego powodu. Te dość gęste w relacji „ostatniego ocalałego” kody księżycowe pomijają jeden wyjątkowo istotny szczegół:  czas.  Jeśliby bowiem, załóżmy naiwnie, nie wiedziano, co się stało (najpierw informacja o locie do Moskwy, potem zaś wieść o „zjechaniu z pasa” etc.), to  na pewno w stan „alarmu” postawić musiałaby oczekujących przedłużający się czas oczekiwania na przybycie delegacji  (analogicznie jak denerować się miał Bahr spóźnianiem się samolotu). Musiał więc ze sporym zapasem  minąć  czas, kiedy delegacja miała dotrzeć z lotniska i w związku z tym nawet „niewinne” pogłoski zaczęły nabierać wagi „alarmującej”.
 
Tego jednak JS nie dodaje, ponieważ, jak to słyszeliśmy podczas poprzedniego, wrześniowego przesłuchania (http://freeyourmind.salon24.pl/403331,1-przesluchanie-sasina), uznał, że: biorąc pod uwagę, że katastrofa nastąpiła o godzinie 8.41 przy lotnisku, no to widać wyraźnie, że... że to lądowanie byłoby jeszcze przed czasem nawet  w stosunku do czasu założonego”. Wracamy więc znów na drugie posiedzenie i jesteśmy jeszcze przy cmentarzu, kiedy ekipa borowców z akustykami jeszcze nie wyruszyła)
 
Próbowałem się połączyć najpierw z... yyy... z... yyy... min. Łopińskim, on niestety nie odebrał, nie odbierał telefonu ode mnie  (jeśli JS chciał mu zostawić wiadomość, to mógł się nagrać na sekretarce przecież – przyp. F.Y.M.). Drugą osobą, którą chciałem poinformować yyy... był... był...a p. dyr. Kasprzyszak, dyr. biura prasowego. Ona również nie odebrała telefonu(i tu też nie zostawił wiadomości na sekretarce? – przyp. F.Y.M.). Yyy...Trzeci telefon, który wykonałem, był telefonem do żony mojej informujący o tym, że coś się yyy... dzieje iżeby się nie denerwowała, jeśli usłyszy coś w mediach yyy... dotycz... dotyczącego mojej osoby.
 
(„A to feler, westchnął seler” – chciałoby się powiedzieć – przyp. F.Y.M. Główny akustyk jest na etapie wiedzy o „zjechaniu z pasa czy coś takiego” – jaką miał się z JS podzielić Stachelski, lecz dzwoni nie tylko do innych urzędników KP w Polsce, lecz także do żony, by ją poinformować, że „coś się dzieje”oraz uspokoić, gdyby coś na jego temat pojawiło się w mediach. Co zaś miałoby się pojawić na temat właśnie tego prezydenckiego ministra, skoro 1) samolot jedynie „zjechał z pasa” i skoro 2) JS żadnym statkiem powietrznym się do Smoleńska nie udawał, lecz 3) dwa dni wcześniej wyjechał na białoruskie safari?
 
Sytuacja byłaby zupełnie inna natomiast, gdyby prezydencki minister miał jakimś „prezydenckim samolotem” lecieć tamtego dnia – wtedy bowiem, gdyby pojawiła się w mediach informacja o „zjechaniu z pasa” na pewno wywołałaby zaniepokojenie u małżonki)
 
I właściwie  to były takie trzy, trzy fakty, które się zdarzyły w trakcie  (trzy „wykonane” telefony jako trzy fakty – przyp. F.Y.M.), i w tym momencie dostałem informację, że... że jest samochód już...
 
(I teraz następuje korekta zeznań – przyp. F.Y.M.)
 
Ah, przepraszam! Przepraszam, bo bym... bym minął się z prawdą – yyy... dostałem informację tuż przed samym wyjazdem. Już po odbyciu tych, tej rozmowy z żoną i po próbach połączenia –  najważniejszej rzeczy zapomniałem. Zadzwonił do mnie... Oddzwonił pracownik mój yyy... z yyy... mmm... z... p. Wierzchowski, który był na lotnisku, yyy... i... jakby niezwykle emocjonalny sposób zaczął mi relacjonować, co się tam wydarzyło, ponieważ, jak się okazało, dotarł na miejsce yyy... katastrofy.
 
(Ten telefon od MW pojawia się dosłownie jak nagła depesza „potwierdzająca” Zdarzenie – gdy już wszyscy gotują się do wyjazdu, auta czekają i nie pozostaje nic innego, jak „bezzwłocznie” ruszać na ruskie lotnisko – jeśliby jednak zajrzeć do relacji (towarzyszącego przecież głównemu akustykowi) AK, to przebieg zdarzeń wygląda nieco inaczej, co pozwolę sobie przypomnieć w kontekście powyższych zeznań JS. AK, niestety, nie precyzując, kogo ma na myśli, mówiąc „my”, opowiada w „Mgle” (s. 88) tak: „W pewnym momencie  zaobserwowałem dziwne zachowanie (...) Stachelskiego, który rozmawiając przez telefon, wykonywał jakieś dziwne gesty, mówił jakieś niezrozumiałe słowa, wyraźnie był zdenerwowany. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak. Wydawało się nam, że pogoda, która podobno się psuła(skąd to było wiadomo? – przyp. F.Y.M.) –czego w samym lesie katyńskim nie było widać – mogła pokrzyżować plany. Myślałem – być może samolot nie mógł wylądować lub leciał na jakieś inne lotnisko? (A co z lotem do Moskwy i wieści od Stachelskiego, o których mówił JS? – przyp. F.Y.M.)  W pewnym momencie odebraliśmy telefon od Marcina Wierzchowskiego, który był na lotnisku. Mówił, że coś jest nie tak, że była jakaś awaria.  Pamiętam swoją pierwszą myśl, że samolot nie zmieścił się w pasie, nie wyhamował, zjechał z niego – tak sobie tę „awarię” wyobraziłem. (...) Później zaczęły docierać sprzeczne informacje... Wtedy już przeszliśmy z cmentarza do budynku przy samym wejściu, tak żeby być we własnym gronie(to nie z borowcami? W jakim gronie? – przyp. F.Y.M.),móc się szybko porozumieć, a jednocześnie nie wzbudzić emocji. Znów zadzwonił nasz kolega czekający na lotnisku i, płacząc, mówił jakieś nie do końca dla nas zrozumiałe zdania. On w tym czasie już był na miejscu katastrofy, pojechał tam z ambasadorem Bahrem i widział to wszystko.”
 
W filmie „Mgła”, w którym dokonano wyboru zeznań świadków, relacja Sasina i Kwiatkowskiego zbita jest w taki sposób (być może przez przypadek), że tych dwóch istotnych szczegółów z relacji AK nie ma: 1) telefonu MW (z Siewiernego) mówiącego o awarii, 2) otrzymywania sprzecznych informacji po tymże telefonie i dalszego oczekiwania na bieg wydarzeń. Zresztą z tego, co opowiada AK, wyłania się zgoła inny obraz niż z tego, co w sejmie głosi JS. Po pierwsze, AK nie wspomina o tym, że Stachelski go poinformował o locie delegacji do Moskwy. Po drugie, AK twierdzi, iż MW telefonował po raz drugi (już z „miejsca katastrofy”), gdy akustycy byli w budynku i się naradzali. Po trzecie, AK dodaje, że dopiero po tym drugim telefonie MW (s. 89): „Minister Sasin szybko podjął decyzję, że powinniśmy jechać na lotnisko. Utworzono kolumnę, która składała się z eskortującego nas samochodu rosyjskiej milicji – to była, pamiętam, stara łada – i dwa samochody. Pierwszym był samochód z oficerami BOR-u, tymi, którzy na miejscu zabezpieczali cmentarz, i za nimi nasz samochód, którym jechałem z p. min. Sasinem.”
 
W sejmie zaś ani MW, ani JS nie wspominają o telefonie mówiącym o awarii. Z kolei G. Kwaśniewski, czyli inspektor Clouseau, zeznaje, że to on ściągnął borowców na Siewiernyj i to dzięki telefonicznemu połączeniu... z żoną (http://polska.newsweek.pl/smolensk—nieznana-relacja-oficera-bor,68588,3,1.html):„Zacząłem dzwonić do kolegów z BOR w Katyniu. Jeden nie odbiera, drugi nie odbiera. Dodzwoniłem się do mojej żony, która była w Katyniu i grzała się w samochodzie telewizji polskiej. "Nie daj po sobie poznać, spadła tutka, chyba nikt nie przeżył.Znajdź mi kogośodnas, bo nie mogę się dodzwonić". Potem okazało się, żewszystkie nasze połączenia z tego czasu, z tego miejsca zniknęły z telefonów, zostały wymazane.Nie wiem dlaczego, ani przez kogo.

 
Żona wyszła z samochodu, dziennikarze pytają: "Wylądowali już?". "Tak, chyba tak". Nie chciała nic mówić. Spotkała funkcjonariusza BOR, dała mu telefon. Mówię mu: "Słuchaj, spadła tutka". Stoimy przy niej, nie wygląda, żeby ktoś przeżył. Rosjanie twierdzą, że na pewno nie. Pakujcie się do samochodu i przyjeżdżajcie natychmiast na lotnisko. Tam jest broń naszych, ktoś musi od nas być, bo Rosjanie już ogradzają teren". "Ale tu mamy sprzęt, rzeczy..." - protestuje kolega. Mówię: "Zrozum. Tam do was już nikt nie przyjedzie"

 
To również jest historia nie z tej ziemi, nie tylko jeśli chodzi o „zabezpieczanie prezydenckiej delegacji” i  reakcje typu „tu mamy sprzęt, rzeczy...” na wieść o tym, że „nie wygląda, by ktoś przeżył”. Nie dość bowiem, że kierowca ambasadora nie może się skontaktować z borowcami w Katyniu, to uzyskuje z nimi kontakt za pośrednictwem telefonu żony. Wcześniej jednak informuje ją, że „tutka spadła” i „chyba nikt nie przeżył”, ale gdyby tego było mało, to GK nakazuje jej, by „nie dała po sobie nic poznać”. Na tym wcale nie koniec, ponieważ p. Kwaśniewska, widząc dziennikarzy, opowiada im o delegacji, że „chyba wylądowali”. Nie muszę zarazem przypominać, że żadne z pp. Kwaśniewskich nie zostało dotąd przesłuchane przez Zespół i pewnie nie zostanie.

 
A sprawa niebagatelna, ponieważ z kolei w relacji borowców opublikowanej przez „NDz” na początku listopada 2010 nie ma wzmianki o tym, że funkcjonariuszy zawiadomił kierowca ambasadora, lecz życzliwy „Jurij” z ruskich służb:  „W dniu katastrofy, tj. 10 kwietnia, cała grupa oficerów BOR między godz. 9.00 a 9.30 czasu moskiewskiego pojechała do Katynia. Tu grupa podzieliła między siebie konkretne zadania, weszła też w kontakt ze służbami rosyjskimi i polskimi żołnierzami, którzy byli już na miejscu.  O katastrofie dowiedzieli się od funkcjonariusza rosyjskiego, który - według naszego informatora - w zeznaniach K. figuruje jako "Jurij". Z relacji wszystkich funkcjonariuszy BOR wynika, że  niemal natychmiast udali się samochodem na miejsce wypadku.”http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101104&typ=po&id=po01.txt – W tej też relacji pojawia się informacja pochodząca z zeznań C. Kąkolewskiego, o tym, iż JS wraz z... MW jechał z borowcami: „Oficerowie BOR, wraz z dwoma przedstawicielami Kancelarii Prezydenta: ministrem Jackiem Sasinem oraz Marcinem Wierzchowskim, dotarli na miejsce katastrofy, przechodząc przez mur znajdujący się na końcu pasa startowego. Przedzierali się przez błoto.”)

 
Wracamy jednak do relacji głównego akustyka, który odbierać ma dramatyczny telefon od MW, a który też (ów JS) dokonuje „autopsychoanalizy” w związku z pewnymi „obrazami”, jakie pojawiały się w jego świadomości)
 
i zaczął mi, yyy... zaczął mi mówićyyy... ja... jakby... No, to też było irracjonalne zachowanie z mojej strony, bo ja jakby tak sobie już wyobraziłem pewien obraz, który się stał, prawda, czyli jakiegoś drobnego wypadku przy lądowaniu samolotu, pra[wda]... Miałem taki obraz, że być może się koło, koła nie otworzyły, prawda, czy coś takiego. Yyy... kiedy on, jakby...
 
(Drobny wypadek, a oni ruszają kolumną z borowcami na lotnisko, zaś JS dzwoni do żony z uspokajającymi wieściami?  –  przyp. F.Y.M.)
 
Yyy... s... jakby nie był w stanie nawet słów za bardzo z siebie wydobyć. To była taka ba... niezwykle dramatyczna yyy... relacja... Yyy... On krzyczał, płakał, prawda, to było jakieś takie niezwykle... mmm... I ja mu zacząłem go uspokajać przez telefon, mówię: „stary, no, uspokój się, chyba się nic takiego strasznego nie wydarzyło, prawda?” I, i, i mówię: „no, ale co?”, mówię, „zjechał ten samolot z pasa?” Prosiłem go jakby o sprecyzowanie. On zaczął mówić: „nie”, mówi, „słuchaj jest w ogóle  masakra, samolot jest rozbity, koła do góry... yyy... i w ogóle samolot jest yyy... całkowicierozbity. Więc yyy... znaczy, ja w tym momencie zacząłem zdawać sobie sprawę, że yyy...sytuacja jest znacznie groźniejsza niż, niż mi się wydawało.
 
Jeszcze spytałem go, czy to...,  czy on jest na lotnisku, czy to, czy ten wypadek miał miejsce na lotnisku, a on mi wtedy powiedział, że nie na lotnisku, tylko w lesie koło lotniska. Yyy... no to jakby ostatecznie mnie przekonało o tym, że rzeczywiście jest dramatyzm sytuacji jest bardzo duży. Takie skojarzenie, no, powstało we mnie z tymi katastrofami w lesie, w Lesie Kabackim, prawda. Chociażby wiedziałem, jakie, jakie mogą być skutki takiej katastrofy. Spytałem się jego mmm... czy coś może powiedzieć na temat ofiar, prawda, czy ktoś zginął, czy, czy, czy ktoś, czy ktoś yyy... żyje, czy ma jakieś informacje na te...co z Prezydentem? On mi na to powiedział, że... yyy...  wykrzyczał, że oni chyba wszyscy nie żyją. To była taka... yyy... taka informacja.
 
(I co robi w tym momencie prezydencki minister, wiedząc, że jego podwładny na „miejscu katastrofy” jest w ciężkim szoku i nie może składnie opowiadać o tym, co widzi? – przyp. F.Y.M. Rozsądek nakazywałby natychmiast połączyć się z Bahrem, będącym na lotnisku i dowiedzieć się od niego, co się stało i jak to wygląda– poza tym dowiedzieć się, jak do tego wszystkiego doszło i czy zaczęła się akcja poszukiwawczo-ratownicza. Co widzieli, co słyszeli, co się aktualnie dzieje? Tymczasem prezydencki minister wcale do ambasadora nie telefonuje. Nie dzwoni do nikogo na lotnisko, nie dzwoni też do osób będących na pokładzie – tylko wsiadłszy do auta, zaczyna znowu telefonować do Polski, jak się za chwilę przekonamy.
 
Rzućmy więc znów okiem na relację AK („Mgła”, s. 89) dotyczącą tego momentu ruszania z borowcami:„Pamiętam, że chwilę wcześniej zadzwoniłem do naszego kierowcy, który zajął już swoje miejsce, tam, gdzie miał siedzieć w czasie mszy świętej – prosiłem go, żeby jakoś dyskretnie wyszedł. Byliśmy już gotowi do wyjazdu, a  jego ciągle nie było, bo wychodził z cmentarza powoli, nie wiedział, co się stałoZadzwoniłem do niego po raz drugi, prosząc, żeby się pospieszył. (...) (AK zatem dwukrotnie telefonuje po kierowcę Sasina. Czemu tego kierowcy nie wzywa sam minister i nie mówi mu, o co chodzi? – przyp. F.Y.M.)
 
AK: Kiedy tuż po uzyskaniu pierwszych wiadomości, jechaliśmy na lotnisko, obserwowałem sporą nerwowość naszych kolegów z BOR. Później gdzieś czytałem, że BOR było obecne na płycie lotniska w trakcie lądowania samolotu z prezydentem na pokładzie. Wydaje mi się to niemożliwe, bo gdyby byli na lotnisku, to ci nasi nie byliby tak zdenerwowani, byliby przecież z nimi w jakimś kontakcie, mieliby możliwość połączenia, mogliby porozmawiać ze swoimi kolegami przez telefon. Coś by wiedzieli, a  robili wrażenie, jakby nie wiedzieli nic! (...)
 
(s. 90-91)  Na lotnisko jechaliśmy dwadzieścia pięć, trzydzieści minut. Pamiętam, że  minister Sasin zadzwonił w tym czasie do swojej matki. Spytałem, po co to robi, przecież poprzedniego dnia informowaliśmy nasze rodziny, że jesteśmy już w Smoleńsku, że wszystko jest w porządku. Jacek powiedział, że nie chciałby, żeby jego mama dostała zawału, jak usłyszy wiadomość o katastrofie  (o tym telefonie nie wspomina JS przed Zespołem – przyp. F.Y.M.). Pomyślałem, że ma rację, i też zadzwoniłem do swojej mamy.  Powiedziałem ,że wydarzyło się coś strasznego, ale żeby się nie denerwowała, bo żyję i właśnie jadę na lotnisko. Niemal równocześnie odebrałem telefon od mojej żony, która, płacząc powiedziała mi, że  o katastrofie dowiedziała się od Małgosi Wypych. Pytała mnie, czy to prawda, czy tym samolotem leciał Paweł, czy mam jakieś wiadmości na jego temat? Małgosia  zadzwoniła do niej, pytając, czy ja leciałem tym samolotem.
 
Pytanie teraz za sto punktów: która to godzina, gdy oni jadą z borowcami na Siewiernyj, skoro AK ma dostawać takie telefony z Polski świadczące o tym, iż news o „katastrofie” już krąży w mediach? No ale to pytanie do AK, my zaś wracamy do relacji JS, który opowiada tak, jakby jeszcze owa wiadomość nie krążyła w mediach – na przykładzie telefonu do „min. Bochenek”)
 
 
JS: No i w tym momencie ja już dostałem informację, że podjeżdżają yyy... te samochody, podjeżdża samochód milicji rosyjskiej. Yyy... Podjeżdża samochód BOR-u i ten mój samochód też już był gotowy, że mamy natychmiast jechać, więc biegiem praktycznie, bo kolumna już ruszała, ja dobiegłem do samochodu, zaczęliśmy jechać. No i usiadłem tym samochodzie właściwie tak  miałem wrażenie, co teraz robić, prawda? Więc... yyy... kolega, z którym jechałem właśnie, Adam Kwiatkowski... Ja mówię: „no,  muszę kogoś zawiadomić w Warszawie, ale”, mówię, no, podjąłem kolejną próbę telefonu do min. Łopińskiego, on w dalszym ciągu nie odbierał telefonu. Kolega mówi: „zadzwoń do min. Bochenek”  (AK nie wspomina o tym telefonie i o tej rozmowie – przyp. F.Y.M.). No więc oczywiście jakoś nie przyszło mi to do głowy – zadzwoniłem do... min. Bochenek, która odebrała telefon od razu. No i ja zacząłem jej relacjonować, że yyy... że wydarzyła się katastrofa, prawda, że wydarzył się wypadek. Ona yyy... mówię, to też tak teraz może nawet zabrzmieć humorystycznie jakby, pomyśla...pomyślała w pierwszym momencie, że ja żartuję, bo tu nikt nie brał pod uwagę, że może się coś takiego wydarzyć, prawda? I zaczęła mówić do mnie, żebym sobie dał spokój z tego typu żartami, bo one są nie na miejscu, prawda? Ja w momencie, kiedy zacząłem dalej jej tłumaczyć, tak spokojnie jej tłumaczyć, że naprawdę nie żartuję, że rzeczywiście coś się wydarzyło, ona... yyy... ona mówi, w pewnym momencie mówi do mnie: „słuchaj, Jacek, przesadzasz teraz, jak wróci Leszek, to poskarżę mu, że tak się głupio tutaj bawisz ze mną”, prawda?  (Ciekawe czy p. Bochenek by potwierdziła ten telefon i tę rozmowę – przyp. F.Y.M.) No więc stwierdziłem, że nie mam dalej, nie będę dalej kontynuował tej rozmowy i rozłączyłem yyy... telefon, rozłączyłem tą rozmowę. Za minutę ona do mnie oddzwoniła i mówi, czy ja naprawdę nie żartowałem. Ja mówię, że nie żartowałem, rzeczywiście, że wypadek się zdarzył. I zapytała mnie, czy coś więcej wiem. Powiedziałem, że nie wiem, właśnie jadę na miejsce, więc ustaliłem, że jak dojadę na miejsce, to do niej zadzwonię i ją poinformuję o tym, co, co się dokładnie wydarzyło. W międzyczasie zadzwoniłem ponownie do tego mojego pracownika, który... od którego odebrałem już taką bardziej składną relację o tym, co się, co się dzieje na lotnisku.
 
(O tym telefonie JS do MW też AK nie wspomina – przyp. F.Y.M. W „Mgle” (s. 91) możemy przeczytać:  „Do tej pory mieliśmy tylko jeden przekaz – dramatyczną relację naszego kolegi, który dzwonił z miejsca katastrofy, płakał i mówił rzeczy zupełnie dla nas niezrozumiałe. Próbowaliśmy fo uspokoić, prosiliśmy, żeby jakoś zracjonalizował swoją wypowiedź, ale było strasznie trudno. Pokąłem wszystko dopiero, kiedy dotarliśmy do szczątków samolotu”).
 
JS: Kiedy przyjechaliśmy na... na lotnisko – wjechaliśmy na teren lotniska, otworzono nam bramę wjazdową, stanęliśmy. Okazało się, że... że dalej nie możemy jechać w takim składzie, jak jesteśmy, że dalej może udać się tylko ten samochód BOR (z jakiego powodu? Kto im to powiedział?przyp. F.Y.M.). To był taki... yyy... taka furgonetka... yyy... bus... yyy... który, którym przemieszczali się funkcjonariusze, więc ja i, i, właśnie ten pracownik, który był ze mną, p. Adam Kwiatkowski, dosiedliśmy się do tego busa i dalej u.. – na pełnym gazie – udaliśmy się do... miejsca już, nie pamiętam teraz tak naprawdę, czy to... był koniec pasa, czy pojechaliśmy jeszcze dalej. Czy wysiedliśmy na betonie, czy jeszcze dalej udaliśmy się jakąś taką drogą, ale myślę, że jeszcze chyba zjechaliśmy dalej z tego pasa, że była jakaś taka droga yyy... polna wyboista, którą jeszcze kawałek wjechaliśmy.  Aż do takiego miejsca, gdzie stały karetki  (tzn. gdzie dokładnie te karetki stały?  –przyp. F.Y.M.).
 
 
(Z kolei K. Dacewicz z BOR wspomina przyjazd na lotnisko nieco inaczej niż JS, zwłaszcza jeśli chodzi o ten „pełny gaz” (http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20120324&typ=po&id=po21.txt):  „Zadzwoniłem do jednego z przełożonych, płk. Roberta D., że  coś się wydarzyłoGdy jeszcze staliśmy w Smoleńsku, tam gdzie wszyscy oczekiwali na przylot samolotu, jeszcze nie było do końca wiadomo, co się tak naprawdę stałoPodeszła do mnie konsul i powiedziała: "Nie wiem, co się tak do końca stało, ale podsłuchałam rozmowę Rosjan, którzy powiedzieli, że szykują się na zbieranie ciał". Wtedy była już bardzo zdecydowana nasza reakcja, poszliśmy do tych z FSO i mówimy: "Słuchajcie, wiemy, że coś się wydarzyło, chcemy tam jak najszybciej dotrzeć, gdzie jest to miejsce". Wtedy nas puścili przez płytę lotniska, bo to była najkrótsza droga”  (por. też http://freeyourmind.salon24.pl/402171,opowiesci-dziwnej-tresci). Wychodziłoby więc na to, że borowcy nie tylko najpierw nie wiedzieli zbyt wiele o „katastrofie”, ale też wcale się tak od razu na „miejsce wypadku” nie udali. Co gorsza, w relacji Dacewicza jakoś ciężko się doszukać prezydenckiego ministra, ale to może tylko przeoczenie samego borowca – przyp. F.Y.M.; por. też http://freeyourmind.salon24.pl/319951,biale-plamy-smolenskie oraz http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101104&typ=po&id=po01.txt)
 
 
JS:  Yyy... było ustawionych bardzo dużo yyy... karetek pogotowia, ale co zwróciło moją uwagę, yyy..., ci pracownicy służby zdrowia, którzy tam byli, właściwie oni byli przy karetkach, prawda? Znaczy tak jakby stali... Ja sobie w tym momencie zdałem sprawę, że... że prawdopodobnie jest taka sytuacja, że po prostu nie ma kogo ratować, prawda, jeśli... jeśli tak dużo karetek tutaj stoi i, i właściwie ci lekarze, pielęgniarki, oni się tam kręcą przy tych karetkach, prawda, i, i nie ma ich na miejscu, nie ma ich na miejscu katastrofy.
 
Zaczęliśmy biec yyy... zaczęliśmy biec tam yyy... przez taki lasek, no, na miejsce, na miejsce katastrofy. Po... po... dobiegliśmy na miejsce, jakby zobaczyłem ten obraz, obraz miejsca, gdzie samolot się rozbił (dziwne sformułowanie – JS nie mówi, że widział miejsce, lecz obraz miejsca – przyp. F.Y.M.). Yyy... na miejscu, na samym miejscu, gdzie był rozrzucony wrak samolotu – znaczy to mnie uderzyło, że, no, że ten wrak był tak jednak w jednym miejscu, prawda? ...Są te wypadki lotnicze, no to czasami jest tak, że – tak mi się przynajmniej wydawało – nie miałem okazji nigdy wypadku lotniczego z bliska oglądać, ale tak mi się wydawało, że, że to może być bardzo, na bardzo dużym terenie rozrzucone części. Tutaj jakby ten samolot – on był bardzo zniszczony, bardzo rozbity, ale jednak zasadnicze... części tego samolotu wydawało mi się, że są jakby w jednym, w jednym miejscu.
 
Yyy... Na miejscu tam, na, na miejscu wrak, gdzie leżał rozbity wrak, zauważyłem strażaków, którzy dogaszali yyy... ogień, ale... to nie były jakieś duże... pożary, ale to był raczej takie, takie... dymiące, dymiące pobojowisko, a nie jakiś ogień otwarty. No i zauważyłem bardzo dużo osób, które yyy... jakby są, otaczają ten wrak samolotu. Zarówno po cywilnemu, jak i w mundurach yyy... wojs... wojskowych czy milicyjnych, to trudno mi, trudno mi w tej chwili powiedzieć. Na miejscu zastałem ambasadora yyy... Bahra, polskiego ambasadora, który był już na miejscu katastrofy i... yyy... yyy... zastałem również... znaczy, zastałem również tam tego swojego pracownika, który yyy... podszedł do mnie, no i jakby stanęliśmy, znaczy, zaczęliśmy jakby chodzić wokół tego... yyy... wraku, oglądać yyy... oglądać to miejsce.
 
(Opis dość skromny, trzeba przyznać, jeśli chodzi o szczegóły wyglądu pobojowiska – przyp. F.Y.M.)
 
Zadzwoniłem, zgodnie z umową, do p. min. Bochenek yyy... i pamiętam, że czy to było po takiej dłuższej chwili, kiedy chodziłem tam po tym miejscu i, i obserwowałem. Widziałem też, w jakim stanie leżą zwłoki osób tam na... na tym miejscu katastrofy. Zadzwoniłem do min. Bochenek i mówię: „Słuchaj, prawdopodobnie Prezydent nie żyje”.
 
(Jak pamiętamy, gdy w sejmie przesłuchiwano MW i ten opowiedział, że zadzwonił z pobojowiska i przekazał wieść, że wszyscy nie żyją, to na posiedzeniu Zespołu zrobił się gwar, a samego świadka zasypywano pytaniami i uwagami – tu zaś, tj. podczas wysłuchiwania monologu JS cisza jak makiem zasiał. Nikt nie przerywa, nikt się nie wtrąca, nikt nie dopytuje: „Jakże to pan, po przybyciu i krótkim obchodzie pobojowiska, dzwoni do Polski i przekazuje p. Bochenek, że „prawdopodobnie Prezydent nie żyje”? Czy nie należało bowiem najpierw dowiedzieć się wszystkiego o tym, co się stało? Czy nie należało najpierw pogadać np. z ludźmi z personelu medycznego?
 
W wielu „epizodach smoleńskich” (niedawno przypomniany przypadek R. Sikorskiego (http://www.tvn24.pl/12690,1739927,0,1,co-wiemy-jezus-maria-msz-publikuje-rozmowy-sikorskiego,wiadomosc.html)) ujawnia się zdumiewająca prekognicja poszczególnych osób (http://piotrjakucki.salon24.pl/403695,skad-sikorski-wiedzial-ze-zawinili-piloci) (http://wtemaciemaci.salon24.pl/403620,premonicja-sikorskiego). Ktoś jeszcze nie zdążył dotrzeć na miejsce, a już wie, co się stało, a nawet jaki to coś miało przebieg. Ktoś dotarł, jeszcze dobrze się nie rozejrzał, jak MW, a już wie, że „wsie pogibli”. Ktoś pospacerował chwilę po „miejscu”, jak choćby główny akustyk, a już telefonuje, że „prawdopodobnie Prezydent nie żyje” – mimo iż jeszcze z nikim się (np. ze służb ratowniczych) nie rozmówił o tym, co się stało.
 
A przecież – tu uwaga –  nim JS z borowcami przybył, mogły (zakładając hipotetycznie, że na Siewiernym byłaby lotnicza katastrofa) odjechać z miejsca wypadku karetki z rannymi pasażerami. Skąd więc można byłoby wiedzieć, bez dokładnego rozpoznania sytuacji i ustalenia przebiegu tego, co się w czasie „narad” oraz przejazdu z Katynia do Smoleńska działo, że Prezydent nie żyje (pomijam w tym miejscu opowieści ruskich funkcjonariuszy czy milicjantów „przecząco kręcących głowami” (http://freeyourmind.salon24.pl/311503,milicjanci-przeczaco-kreca-glowami)? Szczególnie, że się widziało zaledwie kilka/kilkanaście ciał, a nie 96).
 
JS: Taka informacja – tak wywnioskowałem z tego, po prostu, co zobaczyłem, że... – z tego, że... jak to wygląda.
 
(Czyli z wyglądu pobojowiska i – dodajmy – wyglądu zwłokinnychosób, prezydencki minister „wywnioskował”, że Prezydent Polski nie żyje – przyp. F.Y.M. Brzmi to oczywiście zupełnie niedorzecznie, ale przecież tak to główny akustyk na sejmowym posiedzeniu Zespołu przedstawia i nikt z posłów na todictum nie reaguje głosem jakiegoś protestu, pytając np.:  „Czy nie pospieszył się pan minister nieco z taką niezwykle poważną, jeśli chodzi o (późniejsze) konsekwencje prawne i konstytucyjne, konkluzją? Czy istniały jakiekolwiek podstawy do przekazywania takiej informacji w takim brzmieniu?”.
 
Gdyby bowiem JS, przybywszy na pobojowisko, ujrzał od razu ciało polskiego Prezydenta, to zapewne taki wniosek, jaki postawił wyżej, byłby uprawniony – ale przecież, jak sam JS będzie parokrotnie zaznaczał – on osobiście nie rozpoznał żadnego z ciał na Siewiernym (!); ogłaszanie zaś  publiczne śmierci Prezydenta (a przecież czegoś takiego JS dokona tamtego dnia) to nie jest coś, co może być podyktowane „wyglądem pobojowiska”, tylko do przekazywania takiego komunikatu muszą być spełnione konkretne kryteria medyczno-sądowe).
 
Jak pamiętamy ponadto, jakiś czas po tej pierwszej szokującej godzinie od momentu „ogłoszenia katastrofy” – pojawi się 10 Kwietnia w mediach wiadomość o „trzech osobach, które przeżyły” i będzie ona powtarzana dziennikarzom także przez Sasina (który miał z wyglądu pobojwiska i z zachowania personelu medycznego „wywnioskować”, że „nikt się nie uratował”). Gdyby tego było mało Bahr będzie wspominał tak moment swego powrotu z Siewiernego do Katynia na mszę: Z panem Sasinem (wg JB spotkanym na cmentarzu po powrocie – przyp. F.Y.M.)zaczęliśmy iść w kierunku czekających ludzi. Zobaczyłem rzędy pustych krzeseł. Z kwiatami, flagami i przewieszonymi przez poręcze parasolami. Wtedy do mnie dotarło, że naprawdę wszyscy zginęli. I żadnego cudu nie będzie. Bo człowiek wierzy w cuda. Wierzy, że nagle dowie się o czymś dobrym, co sprawi, że straszliwe wydarzenia staną się mniej straszne” (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=6&startsz=x). To wcześniej do Bahra nie dotarło, iż „naprawdę wszyscy zginęli” - skoro z odległości 150 m relacjonował faciowi z Centrum Operacyjnego MSZ, że „nie ma żadnego śladu życia” na pobojowisku (http://www.tvn24.pl/12690,1739927,0,1,co-wiemy-jezus-maria-msz-publikuje-rozmowy-sikorskiego,wiadomosc.html)?
 
Wracamy na przesłuchanie głównego akustyka)
 
JS: Yyy... no i jakby tam jakieś telefony jeszcze odbywałem... w... yyy... czy do mnie nawet jakieś osoby dzwoniły. Ja  większość tych telefonów nie odbierałem. Pamiętam jeszcze, że yyy... pierwszą taką moją myślą było, że trzeba zawiadomić p. prezesa Kaczyńskiego o... o tym, co się stało. Nie wie... nie wiedziałem, czy, czy, czy wie o, o katastrofie, a ponieważ yyy...nie miałem bezpośrednio telefonu do p. prezesa– zadzwoniłem do Mariusza Błaszczaka. I po... zrelacjonowałem mu to, co się stało.  I poprosiłem go o pilny kontakt z prezesem Kaczyńskim, ewentualnie podanie telefonu do mnie, żeby jeśli potrzebne by były jakieś bliższe... yyy... informacje. Po bardzo krótkiej chwili (...)  (Błaszczak – przyp. F.Y.M.) oddzwonił do mnie i powiedział, że prezes już yyy... wie o, o tym... że Sikorski go, min. Sikorski poinformował go o tym, co się wydarzyło.
 
(I znów ciekawostka. JS nie ma telefonu do JK i w takiej tragicznej chwili wspaniałomyślnie zostawia namiar na siebie Błaszczakowi. Załóżmy, że tak faktycznie się złożyło, iż prezydencki minister nie ma nr-u kom. brata Prezydenta, choć przecież wydaje się to dość mało prawdopodobne – załóżmy jednak, powtarzam, że to prawda. Czy w takim razie nie powinien był wtedy, tamtego dnia, poprosić Błaszczaka o to, by ten zatelefonował do JK i osobiście odbyć z premierem Kaczyńskim rozmowę?I jemu „zrelacjonować to, co się stało”, a nie Błaszczakowi? – przyp. F.Y.M. Czy jako prezydencki minister zadzwonił JS też z kondolencjami do p. M. Kaczyńskiej?)
 
Zacząłem rozmawiać z ambasadorem yyy... co, co, co w tej chwili tutaj yyy... należałoby zrobić. Miałem taki yyy...,  miałem w pewnym... momencie taki, taki pomysł, mówię, no trzeba, jakby, nie wiem, zacząć szukać ciała Prezydenta,
 
(to zaraz, najpierw stwierdził, iż „prawdopodobnie Prezydent nie żyje”, a następnie wpada na pomysł szukania ciała? Nie prościej byłoby podejść do służb medycznych i wypytać: kogo znaleziono, kogo odwieziono, czy prowadzono jakieś zabiegi reanimacyjne? Czy też JS już wie, że nie ma o co i o kogo pytać? – przyp. F.Y.M.)
 
zresztą rozmawiałem z yyy... z yyy... min. Dudą też w międzyczasie – połączyłem się tam, o... ymmm..., będąc na miejscu. On mówi do mnie: „Jacek, czy widziałeś ciało Prezydenta?” Więc ja mówię, że nie widziałem. On mówi: „Rozejrzyj się, czy, czy znajdziesz ciało Prezydenta?” Więc ja zacząłem tam trochę chodzić tak pomiędzy... tymi, tymi częściami, ale stwierdziłem, że tak naprawdę nie jestem w stanie tutaj yyy... ani nikogo zidentyfikować, ani yyy..., ani jakby... Znaczy, miałem taki też yyy... myśl jednak, że zdecydowana większość tych ciał – nie widziałem ich zbyt wielu, to, to, to... stwierdziłem. Wiedziałem, że na pokładzie było 96 osób, a widziałem zaledwie kilka ciał, no i..., które yyy... które... były rozrzucone, więc stwierdziłem, że tak naprawdę większość ciał znajduje się gdzieś tam w..., prawda, w samolocie, prawda, czy, czy, czy pod tymi, yyy..., pod tymi yyy... częściami samolotu, więc stwierdziłem, że nawet nie będziemy, nie będę w stanie w żaden sposób się tam dostać.
 
(Czy jednak chodziło o to, by prezydencki minister osobiście nurkował w garniturze między częściami wraku, czy raczej o to, by doglądać tego, co się na pobojowisku dzieje w okolicach wraku? - przyp. F.Y.M.).
 
Miałem też, przyznam, że miałem też taką... yyy... czy, czy, czy takie zahamowanie natury moralnej, prawda? Znaczy, stwierdziłem, że, że, że może jakby nie jest na miejscu, żeby w tej chwili chodzić i deptać tak naprawdę po yyy... po szczątkach osób, prawda, które tam... yyy... leżą, że to jest coś takiego, no, co, co, co może – tak jak się nie powinno deptać po, nie wiem, po grobach, prawda, tak się nie powinno być może chodzić po szczątkach osób.
 
(Przed chwilą stwierdził, że widział tylko kilka ciał (i to niedających się zidentyfikować) – teraz zaś uznał, że może chodzić po szczątkach ciał, tak jakby było ich pełno wszędzie na pobojowisku – przyp. F.Y.M.)
 
Zacząłem rozmawiać z ambasadorem, yyy..., co, co możemy w tej sytuacji zrobić. Zapytałem. Mówi:  „No to akcja ratunkowa trwa, ale”, mówi, „tak jak pan widzi, no, tu mamy informację taką, że... że nikt nie przeżył z pasażerów”.
 
(Słysząc tę relację JS nie zasypuje JB pytaniami: a pan tu był? Widział pan katastrofę? Jak to się stało? Jak do tego wszystkiego doszło? Niech pan opowie, co panowie, widzieli? Ile to trwało? Czy była jakaś eksplozja? Kiedy tu dotarliście? Czy usiłowano zrazu kogoś wyciągnąć? Czy nie słychać było krzyków osób rannych? Który z Rusków tu dowodzi? Może nam zdać jakiś raport o akcji poszukiwawczo-ratowniczej? Jakie są teraz planowane działania wobec wraku i ciał? – przyp. F.Y.M. Obaj bowiem, przynajmniej wg relacji głównego akustyka, wpadają w nastrój refleksyjno-przedmodlitewny i za chwilę mają się przenieść do Katynia)
 
No i zaczęliśmy stać i tak przez dłuższą chwilę tak żeśmy stali. Przyglądaliśmy się temu, co się dzieje. W pewnym momencie on mówi, yyy..., zapytał mnie, co my powinniśmy w tej chwili zrobić w stosunku do tych ludzi, którzy są na cmentarzu? Tam jest grupa osób, które, duża grupa, która czeka, tak naprawdę nie bardzo wiedząc..., co się, co się stało. No i doszliśmy do takiego przekonania, że powinniśmy pojechać teraz na, na cmentarz i powinniśmy mmm... poinformować jakby wszystkich o tym, że zdarzyła się taka katastrofa.
 
(To nie można było zadzwonić do któregoś z konsulów? Do wojskowych? Do dziennikarzy? Do posłów w Katyniu? I przekazać pierwsze wiadomości? O czym zresztą mogli JS i JB dokładnie poinformować, skoro nic dokładnie nie wiedzieli? – przyp. F.Y.M.)
 
Ja z... Ambasador zaproponował, żebym ja pojechał z nim samochodem, jego samochodem. Jego samochód był po prostu bliżej... ponieważ my przyjechaliśmy od strony lotniska, a samochód ambasadora stał na tej drodze, która yyy... była, no... znacznie bliżej od miejsca katastrofy (na drodze? Czy na ul. Kutuzowa? – przyp. F.Y.M.). Udałem się z nim do samochodu i wróciliśmy na cmentarz.
 
(Co w takim razie z autem Sasina? Jego kierowca pojechał z Kwiatkowskim na mszę? – przyp. F.Y.M.)
 
On po drodze mi powiedział, że on podjął taką decyzję, że yyy... ponieważ są też przedstawiciele państwa rosyjskiego tam, yyy..., no to on podjął decyzję, że należy tą uroczystość jakby odbyć, yyy..., która była zaplanowana, yyy..., i że on złoży wieniec  na tym cmentarzu rosyjskim, yyy..., ta uroczystość tam się bardzo krótko odbędzie, zostanie złożony ten wieniec, następnie, yyy..., przejdzie tutaj na, yyy..., on przyjdzie... Zapytał mnie, czy ja chcę w tym uczestniczyć. Powiedziałem, że nie, że ja jednak, yyy..., nie jestem w stanie w tym uczestniczyć – po drugie chciałem jednak przyjść tutaj do, do ludzi, którzy są w delegacji, która jest zgromadzona na cmentarzu polskim. Więc on udał się na ten cmentarz rosyjski – ja przyszedłem bezpośrednio na yyy... cmentarz polski. No i z nim się tak umówiłem, że yyy..., w momencie, kiedy on skończy tam yyy..., to, co, to, co zamierzał zrobić, czy złożyć te kwiaty, to... to przyjdzie i wtedy wspólnie niejako powiemy kilka słów. I msza będzie odprawiona, która yyy..., ja zresztą  rozmawiałem też z księżmi, jak przyszedłem, że będzie odprawiona msza, która yyy... ma, miała się przerodzić jakby w mszę taką za dusze tych, którzy zginęli, prawda? Nie tylko za... za oficerów, ale za tych, którzy zginęli w katastrofie.
 
(Czy nie za szybkie trochę tempo z tym nabożeństwem? Jeszcze nawet nie znaleziono ciał ofiar, a już msza żałobna? Nie należało może zabrać paru kapłanów na pobojowisko, by tam dokonali jakichś czynności pogrzebowych? A może należało się pomodlić o odnalezienie zaginionych albo uratowanie się ich? Czy to w czasie katyńskiej mszy się nie pojawi w Smoleńsku informacja o „trzech osobach, które przeżyły?” Czy to wygłaszając swoją słynną przemowę przed mszą Sasin nie będzie żywił nadziei, że może ktoś się jednak uratował? – przyp. F.Y.M.
 
Bahr, który nie wspomina o Sasinie na Siewiernym, opisuje swój powrót do Katynia także inaczej niż JS, który z JB miał wracać autem (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=6&startsz=x):
 
Nie wiem, jak długo jeszcze staliśmy na tym polu. Może w sumie pół godziny. Kierowca powiedział mi, że dzwonią z Katynia. Chcą rozpocząć mszę świętą i pytają, czy się tam pojawię. Ogarnęła mnie idée fixe, że najważniejsi teraz są ci ludzie na cmentarzu. Czekają na nas i moje miejsce jest wśród nich. Wyjechaliśmy na szosę. (...)Dojechaliśmy do Katynia. Wysiadłem z samochodu i pierwszą osobą, która do mnie podeszła, był Antoni Macierewicz. Poprosił o numer telefonu. Nie pamiętam, czyj. Chyba kogoś z ambasady, bo był w mojej komórce, a w komórce miałem głównie ludzi z ambasady. Dałem.  Podszedł minister Sasin z Kancelarii Prezydenta.  Wcześniej go nie znałem. Starałem się okazać mu serdeczność. Nagle stracić szefa, z którym się było blisko, wydawało mi się strasznym ciężarem.
 
Z kolei G. Kwaśniewski wspomina tak: „staliśmy przy szczątkach dogasającego ogona naszej "tutki". Ciągle czuć było mocny zapach paliwa. Podeszło do nas pięciu omonowców. Zaczęli krzyczeć, że trzeba opuścić teren, bo będą go zabezpieczać.Chcieli nas przegonić, zaczęła się szarpanina.Rozumiem, że mieli rozkaz usunięcia wszystkich z miejsca katastrofy, ale to było przykre. Tacy służbiści. "To nasz samolot spadł, a nie wasz!" — krzyknąłem. "Zostaw, zostaw" — jakiś wyższy stopniem uspokoił agresywnego Rosjanina. Dopiero wtedy odpuścili i odeszli. Teren otoczono taśmą.  Widziałem, że na miejscu są już koledzy, którzy przyjechali z Katynia. Nie było sensu dłużej tam stać. Nic nie mogliśmy już zrobić. Prosto z lotniska pojechaliśmy z panem ambasadorem do Katynia na mszę.  (http://polska.newsweek.pl/smolensk--nieznana-relacja-oficera-bor,68588,3,1.html)
 
Pytanie zatem, czyżby ani kierowca, ani ambasador nie zauważyli wsiadającego z nimi do auta – prezydenckiego ministra? Czy też z czasem zatarł się ten fakt w ich pamięci? – przyp. F.Y.M. Przeniesiemy się jednak do Katynia wraz z dalszą relacją JS, ale to w następnej notce).
Wykop Skomentuj324
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Inne tematy w dziale