615 obserwujących
1599 notek
9322k odsłony
  6795   0

Wokół relacji A. Kwiatkowskiego

 

Kwiatkowski to jeden z prezydenckich akustyków (tudzież ekspertów KP), który nie został wyróżniony „wysłuchaniem” przed znakomitym Zespołem Parlamentarnym, tak więc jego relacje znamy głównie z publicznych występów podczas ogólnoświatowego tournee „akustyków” w związku z premierą mrożącego krew w żyłach filmu „Mgła”, jak i z książki pod tymże tytułem, która zawiera wywiady-rzeki z takimi gwiazdami „posmoleńskimi” jak J. Sasin, M. Wierzchowski czy J. Opara (jest tam też P. Zołoteńki i A. Duda oraz trochę kopii różnych pism wychodzących z KP lub napływających do niej, aczkolwiek bez pism dotyczących zamówień samolotów specjalnych). Co jest intrygującego w opowieściach Kwiatkowskiego? To, na co już zwracałem uwagę w wielu moich tekstach, a więc rozbieżność między tym, co on rekonstruuje, a tym, co rekonstruował swego czasu Wierzchowski lub Sasin. Oczywiście w pracach analitycznych „szkoły Macierewicza” te rozbieżności nie mają żadnego znaczenia, zgodnie z zasadą „naszych nie ruszamy” tudzież „nasi są święci”.
 
Kwiatkowski miał brać udział w parodniowym białoruskim safari pod wodzą Sasina na dwa auta plus busik (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska), ale konia z rzędem temu, kto widział jakieś pamiątkowe zdjęcia z tego wyjazdu (na uroczystości katyńskie) prezydenckich akustyków oraz ludzi z prezydenckiej obsługi medialnej. Ci ostatni zresztą wyjątkowo skryci się zrobili po „katastrofie smoleńskiej” i ze świecą szukać jakichś wywiadów-rzek z tymi osobami, a byłoby pytać, o co, skoro np. znakomity prezydencki prawnik dr Duda w swej relacji przed ZP wspominał o rozmowie z tymi właśnie ludźmi podczas ich pobytu z Prezydentem Kaczyńskim na Litwie 8 kwietnia 2010 (http://freeyourmind.salon24.pl/409802,a-duda-przed-zespolem). Wynikałoby z tej opowieści Dudy, że prezydencki fotograf, kamerzysta etc. niekoniecznie wybrali się na białoruskie safari busikiem 8 kwietnia 2010, tylko polecieli z Prezydentem do Wilna (dodajmy, że wg prok. I. Szeląga, był to lot tupolewem – ale chyba nie tym, którym poleciał premier D. Tusk owego dnia do Pragi), co już dodawałoby pikanterii relacjom świętych akustyków. Tak się poza tym składa, że ludzi z prezydenckiej medialnej obsługi słynny na cały świat ZP nie zdążył (w ciągu dwóch i pół roku swej niezwykle ożywionej działalności) przesłuchać, wobec tego ich losy w historii smoleńskiej toną w sztucznej mgle. Przyjdzie jednak czas, że i te osoby będą publicznie przed kamerami przesłuchiwane, choć niekoniecznie pod przewodem śledczego Macierewicza.
 
Wracamy natomiast do eksperta Kwiatkowskiego (jako ekspert KP jest on przedstawiony w książce „Mgła” (s. 81), choć nie mam bladego pojęcia, jakimiż to ekspertyzami się on zajmował, pracując w KP; takich jednak ekspertów, podejrzewam, było zatrudnionych więcej, jak to zwykle w polskich państwowych instytucjach – znakomitym przykładem jest choćby prof. A. Klarkowski). Z relacji T. Szczegielniaka z KP (nie tyle może eksperta, co dyrektora) dowiedzieliśmy się, że wraz z Sasinem i Wierzchowskim Kwiatkowski został z wyprzedzeniem zgłoszony Ruskom przez prezydencką kancelarię, iż będzie w gronie oczekujących na przylot polskiej delegacji na smoleńskim wojskowym lotnisku (http://freeyourmind.salon24.pl/398929,tajemnice-okecia-2). Ani Kwiatkowski, ani Sasin nie oczekiwali jednak na XUBS, jak pamiętamy. Ten ostatni miał nawet w nadmiarze wolnego czasu odbyć krajoznawczą wycieczkę po Smoleńsku (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1), nim dotarł do Katynia, by sprawdzać uważnie nagłośnienie i krzesełka.
 
Czy o swej decyzji (że nie będą czekać na XUBS) Sasin z Kwiatkowskim zawiadomili W. Stasiaka i K. Doraczyńską rankiem 10 Kwietnia? To pytanie, na które na razie żaden z zainteresowanych nie udzielił odpowiedzi. Tymczasem nawet tacy oddani sprawie „świętych”, jak L. Misiak i G. Wierzchołowski, niezłomni dziennikarze śledczy ze „szkoły Macierewicza”, zwracają uwagę w książce „Musieli zginąć”, iż sam Wierzchowski z KP (w towarzystwie tylko M. Jakubika, który też nie zdążył jeszcze złożyć swej relacji przez ZP) nie był właściwym urzędnikiem w stosunku do rangi przybywającej prezydenckiej delegacji (s. 58).
 
Kiedy rozmawialiśmy z fachowcami zajmującymi się organizacją wizyt wysokich urzędników państwa, byli zdziwieni, że na lotnisku Siewiernyj na lądowanie Tu-154 M 101 jako przedstawiciel Kancelarii Prezydenta oczekiwał tylko Marcin Wierzchowski. Wielu z nich uważa, że był zbyt niskim rangą, by witać delegację, w której składzie było dwóch prezydentów, marszałkowie parlamentu oraz parlamentarzyści, Szef Sztabu Generalnego, szefowie wszystkich rodzajów wojsk, zasłużeni działacze niepodległościowi. Ich zdaniem to raczej zastępca szefa Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego Jacek Sasin powinien przywitać delegację, a Wierzchowski przygotowywać wizytę na cmentarzu. Tak się niefortunnie złożyło, że wszyscy ważniejsi rangą urzędnicy Kancelarii Prezydenta, ale także funkcjonariusze BOR-u, fotoreporterzy, dziennikarze, kamerzyści pojechali do Katynia (...).
 
Oczywiście nikt z ZP nie zadał głównemu akustykowi KP podczas dwóch długich przesłuchań takiego prostego pytania: jakże to pan, panie ministrze kochany, tak po prostu nie pojechał sobie z Kwiatkowskim na XUBS – czy to była decyzja jakoś konsultowana z ówczesnym szefem KP, czy pańska samowolka, o której nie poinformował pan nikogo? A można sądzić, iż ani Sasin, ani jego przyboczny Kwiatkowski nie raczyli zatelefonować do Stasiaka lub choćby Doraczyńskiej. Może chociaż zaesemesowali, że zachodzi „zmiana planów”? Może, może. Nie wiadomo. Kwiatkowski dość lakonicznie wypowiada się o kontaktach z członkami wylatującej z Okęcia delegacji: Tak, to było niesamowite. Rano jeszcze esemesy, ostatnie w trakcie kołowania tupolewa w Warszawie, plany, konkrety, a potem... właściwie zrozumiałem to, stąpając wśród resztek samolotu: chwilę wcześniej byli, chwilę później ich nie ma (s. 109). Czy wśród tych „planów, konkretów” pojawił się plan-konkret, że Sasin i Kwiatkowski nie mają czekać na XUBS, bo mają inne plany-konkrety?
 
Kwiatkowski twierdzi, że w Lesie Katyńskim pojawia się 10 Kwietnia już o 9-tej czasu ruskiego, czyli o 7-mej polskiego (s. 86), z czego można wywnioskować, że nie towarzyszył Sasinowi w jego tajemniczej, ca. godzinnej wycieczce po Smoleńsku (z której też jak dotąd żadnych zdjęć nie widzieliśmy, a wydaje się niemożliwe, by prezydencki minister sobie takich pamiątkowych nie zrobił). I dochodzimy do „punktu zero”, czyli „katastrofy smoleńskiej”, a więc oddajmy głos samemu Kwiatkowskiemu (s. 87-88), który, tak jak i wielu innych świadków (zwłaszcza urzędników państwowych), mimo różnic czasowych i dopiętych na ostatni guzik harmonogramów, obywa się tamtego dnia bez zegarka, a więc nie jest w stanie precyzyjnie podawać czasów poszczególnych zdarzeń:
 
W czasie przygotowań do uroczystości, które miały się odbyć w lesie katyńskim, postanowiliśmy – ja byłem tam pierwszy raz – wykorzystując chwilę oczekiwania, obejrzeć to miejsce, przejść się po cmentarzu. Jeszcze raz chcieliśmy sprawdzić, czy wszystko jest już gotowe na przyjazd pana prezydenta i delegacji (...). Opuściliśmy teren, na którym miała odbywać się msza. W alejce, przy ścianie z tabliczkami z nazwiskami pomordowanych oficerów zrobiłem kilka zdjęć. Pamiętam, że zaczęło rosnąć napięcie, zrobiła się nerwowa atmosfera, czekaliśmy na informacje z lotniska, czy już wylądowali, ile mamy czasu? W pewnym momencie zaobserwowałem dziwne zachowanie pracownika protokołu dyplomatycznego Tadeusza Stachelskiego, który, rozmawiając przez telefon, wykonywał jakieś dziwne gesty, mówił jakieś niezrozumiałe słowa, wyraźnie był zdenerwowany. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak. Wydawało się nam, że pogoda, która podobno się psuła – czego w samym lesie katyńskim nie było widać – mogła pokrzyżować plany. Myślałem – być może samolot nie mógł wylądować lub leciał na jakieś inne lotnisko?
 
I na chwilę się zatrzymajmy przy tym cytacie. Z jednej strony akustyk Kwiatkowski sobie wędruje („od tabliczki do tabliczki”, jak to kiedyś celnie ujął prof. Macierewicz), z drugiej „rośnie napięcie” w Lesie Katyńskim, choć Kwiatkowski nie podaje, po czym daje się to zaobserwować. Czy sami akustycy zaczęli się coraz bardziej denerwować, czy po innych osobach widać było nerwowość? Może po innych, skoro uwaga Kwiatkowskiego skupia się naraz na Stachelskim (postać to też legendarna, bo nie udało się „komisji Macierewicza” przepytać Stachelskiego podczas prac ZP, a jego nazwisko pojawiło się wszak na rozszerzonej liście pasażerów „prezydenckiego tupolewa” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/rozszerzona-lista-polegych.html)), który dziwnie rozmawia i dziwnie się zachowuje. Mówi niezrozumiałe słowa, jak wspomina Kwiatkowski, ale chyba nie są one na tyle niezrozumiałe, by nie dało się z nich wywnioskować, iż „podobno pogoda się psuje”, jak też przypuszczać, że „samolot nie może wylądować i leci na jakieś inne lotnisko”. Zakładając jednak, iż wypowiedzi Stachelskiego były faktycznie „niezrozumiałe”, to Kwiatkowski musiałby wieści o psującej się pogodzie i skierowaniu samolotu na jakieś inne lotnisko uzyskać z innego źródła. Pytanie: z jakiego, od kogo? Raczej nie od Sasina, który w tej relacji nie występuje. Może więc po prostu od Wierzchowskiego (s. 88)?
 
W pewnym momencie odebraliśmy telefon od Marcina Wierzchowskiego, który był na lotnisku. Mówił, że coś jest nie tak, że była jakaś awaria. Pamiętam swoją pierwszą myśl, że samolot nie zmieścił się w pasie, nie wyhamował, zjechał z niego – tak sobie tę „awarię” wyobraziłem.
 
Wierzchowski zatem telefonował jeszcze z XUBS, nim zabrał się (jak twierdzi, bo ani Bahr, ani jego kierowca G. Kwaśniewski o tym nie wspominał) z amb. J. Bahrem na pobojowisko. Niestety o tym telefonie nie pamiętają już w swych opowieściach Wierzchowski i Sasin, a jedynie Kwiatkowski. Jak dokładnie wyglądała rozmowa z Wierzchowskim i o której godzinie do niej doszło? O, to kolejne pytanie za sto punktów. I druga zagadka: czemu już wtedy, a więc po telefonie Wierzchowskiego o „awarii”, nie zdecydowano się jednak w gronie prezydenckich akustyków na przejazd na smoleńskie wojskowe lotnisko (por. też http://freeyourmind.salon24.pl/382860,samolot-zjechal-z-pasa)? I trzecia kwestia: czy próbowano dzwonić na pokład tupolewa „po awarii”, czy też uznano, że skoro to „tylko awaria”, to właściwie nie ma po co telefonować do lecących „prezydenckim tupolewem”? Kwiatkowski opowiada dalej, coraz bardziej mgliście:
 
Później zaczęły docierać sprzeczne informacje... Wtedy już przeszliśmy z cmentarza do budynku przy samym wejściu, tak żeby być we własnym gronie, móc się szybko porozumieć, a jednocześnie nie wzbudzać emocji. Znów zadzwonił nasz kolega czekający na lotnisku, płacząc, mówił jakieś nie do końca dla nas zrozumiałe zdania. On w tym czasie już był na miejscu katastrofy, pojechał tam z ambasadorem Bahrem i widział to wszystko.
 
Nie byliśmy w stanie go zrozumieć ani wyobrazić sobie tego, o czym mówił, staraliśmy się więc go uspokajać. Minister Sasin szybko podjął decyzję, że powinniśmy pojechać na lotnisko. Utworzono kolumnę, która składała się z eskortującego nas samochodu rosyjskiej milicji – to była, pamiętam, stara łada – i dwa samochody. Pierwszym był samochód z oficerami BOR-u, tymi, którzy na miejscu zabezpieczali cmentarz, i za nimi nasz samochód, którym jechałem z panem ministrem Sasinem. Pamiętam, że chwilę wcześniej zadzwoniłem do naszego kierowcy, który zajął już swoje miejsce, tam, gdzie miał siedzieć w czasie mszy świętej – prosiłem go, żeby jakoś dyskretnie wyszedł. Byliśmy już gotowi do wyjazdu, a jego ciągle nie było, bo wychodził z cmentarza powoli, nie wiedział, co się stało. Zadzwoniłem do niego po raz drugi, prosząc, żeby się pośpieszył.
 
Zastanawiające w tym kontekście, że kierowca Sasina „wychodzi z cmentarza powoli”, bo „nie wie, co się stało”, skoro już od dość długiego czasu krążyło chyba dostatecznie dużo pogłosek wśród osób oczekujących, iż jednak „coś się stało, coś się stało”. W ostateczności sam Kwiatkowski mógł (po dwóch telefonach od Wierzchowskiego) poinformować telefonicznie kierowcę, co się stało. Nie wiemy również, czy Kwiatkowski w końcu porozmawiał ze Stachelskim dziwnie mówiącym/gestykulującym, czy nie, ani też kiedy dokładnie Kwiatkowski spotkał się w Lesie Katyńskim z Sasinem, który nagle wyłania się trochę znikąd w jego wspomnieniach. I oczywiście „bezczasowo” (s. 89).
 
Kiedy tuż po uzyskaniu pierwszych wiadomości jechaliśmy na lotnisko, obserwowałem sporą nerwowość naszych kolegów z Biura Ochrony Rządu. Później gdzieś czytałem, że BOR było obecne na płycie lotniska w trakcie lądowania samolotu z prezydentem na pokładzie. Wydaje mi się to niemożliwe, bo gdyby byli na lotnisku, to ci nasi nie byliby tak zdenerwowani, byliby przecież z nimi w jakimś kontakcie, mieliby możliwość połączenia, mogliby porozmawiać ze swoimi kolegami przez telefon. Coś by wiedzieli, a robili wrażenie, jakby nie wiedzieli nic!
 
To również intrygująca historia, zważywszy na to, w jak wszechstronnym kontakcie z XUBS byli prezydenccy akustycy znajdujący się w Katyniu (s. 89-90).
 
Kiedy wjechaliśmy na lotnisko i BOR-owcy zapraszali pana ministra do samochodu, to strasznie się spieszyli: „Szybciej, szybciej – musimy jechać, jak najszybciej dostać się na miejsce”. Chodziło o to, że musieli zabezpieczyć osoby ochraniane oraz broń swoich kolegów. Na pewno działali według jakichś swoich procedur. To, co mówię, absolutnie nie jest przeciwko nim, natomiast ich poziom determinacji, żeby tam dotrzeć jak najszybciej, był uderzający. Moim zdaniem, na lotnisku nie było nikogo z BOR-u, kto miałby w swoich obowiązkach ochronę polskiej delegacji.
 
Ten nerwowy moment nieco inaczej zapamiętał jeden z borowców jadących na XUBS, przypomnę:
 
Na Siewiernyj dotarliśmy pół godziny po upadku samolotu  [czyli już o 9:10, jeśli Sasin o 9:05 miał telefonować do żony będąc jeszcze w Katyniu? - przyp. F.Y.M.].  Początkowo nie było do końca wiadomo, co tak naprawdę się stało.Podeszła do mnie pani konsul i powiedziała, że Rosjanie szykują się na zbieranie ciał. Wtedy nasza reakcja była już bardzo zdecydowana. Poszliśmy do tych z FSO i powiedzieliśmy, żewiemy, że coś się wydarzyło,i chcemy tam jak najszybciej dotrzeć. Wtedy dopiero puścili nas przez płytę lotniska.
 
Z powyższego fragmentu wynikałoby, że borowcy mający znaleźć się (wraz z prezydenckim ministrem i prezydenckim ekspertem) na Siewiernym po rajdzie z Katynia, wcale się tak nie spieszyli, jak opowiadał wcześniej Kwiatkowski. Przeciwnie. Zrobili sobie przystanek przy głównej bramie, a następnie wdali się w deliberacje z ludźmi z ambasady, a potem z ruskimi funkcjonariuszami. Kwiatkowski wylicza, że:
 
Na lotnisko jechaliśmy dwadzieścia pięć, trzydzieści minut [aczkolwiek nie podaje, o której wyjechali z Katynia – przyp. F.Y.M.]. Pamiętam, że minister Sasin zadzwonił w tym czasie do swojej matki. Spytałem, po co to robi, przecież poprzedniego dnia informowaliśmy nasze rodziny, że jesteśmy już w Smoleńsku, że wszystko w porządku. Jacek powiedział, że nie chciałby, żeby jego mama dostała zawału, jak usłyszy wiadomośc o katastrofie. Pomyślałem, że ma rację, i też zadzwoniłem do swojej mamy. Powiedziałem, że wydarzyło się coś strasznego, ale żeby się nie denerwowała, bo żyję i właśnie jadę na lotnisko.
 
Sasin dzwoni więc jeszcze sprzed Memoriału do żony (relacja przed ZP: http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1:  Trzeci telefon, który wykonałem, był telefonem do żony mojej informujący o tym, że coś się yyy... dzieje i żeby się nie denerwowała, jeśli usłyszy coś w mediach yyy... dotycz... dotyczącego mojej osoby), a w drodze z borowcami do mamy, choć, jak wspomina Kwiatkowski, dzień wcześniej obaj informowali rodziny, iż dojechali szczęśliwie, tym samym nikt chyba z ich bliskich nie mógł sądzić, że polecieli 10 Kwietnia „prezydenckim tupolewem” i znajdą się na „liście pasażerów” ogłoszonej „po katastrofie” (s. 91).
 
Niemal równocześnie odebrałem telefon od mojej żony, która, płacząc, powiedziała mi, że o katastrofie dowiedziała się od Małgosi Wypych. Pytała mnie, czy to prawda, czy tym samolotem leciał Paweł, czy mam jakieś wiadomości na jego temat? Małgosia zadzwoniła do niej, pytając, czy ja leciałem tym samolotem. [Myślała o swoim mężu Pawle Wypychu i o panu?] Dla mnie to była niezwykle trudna sytuacja. Paweł Wypych był jednym z moich najbliższych przyjaciół, byłem świadkiem na ślubie Małgosi i Pawła. Bałem się dzwonić do Małgosi wcześniej, zanim przekonam się na własne oczy, co się stało. Chciałem jej powiedzieć, jak to wygląda, czy można mieć jakieś nadzieje, czy Paweł w ogóle miał szanse przeżyć, czy żyje? Cały czas tę rozmowę odkładałem, bałem się tego telefonu, nie wiedziałem, jak powinienem z nią rozmawiać. Czy powinienem od razu zadzwonić, czy może najpierw zaesemesować? Co ona wie? Jak jej to w ogóle przekazać?
 
Wszystko to niezwykle poruszające, problem jedynie w tym, że aż się ciśnie na usta pytanie, czemu Kwiatkowski w drodze z Katynia do Smoleńska nie zatelefonował po prostu do swojego przyjaciela Wypycha albo do kogokolwiek na pokładzie „prezydenckiego tupolewa”? A może telefonował? Jeśli tak, to czemu o tym nie wspomina?
 
[Co wiedzieliście w tym momencie?] Do tej pory mieliśmy tylko jeden przekaz – dramatyczną relację naszego kolegi, który dzwonił z miejsca katastrofy, płakał i mówił rzeczy zupełnie dla nas niezrozumiałe. Próbowaliśmy go uspokoić, prosiliśmy, żeby jakoś zracjonalizował swoją wypowiedź, ale było strasznie trudno. Pojąłem wszystko dopiero, kiedy dotarliśmy do szczątków samolotu.
 
I teraz J. Lichocka z M. Dłużewską pytają (s. 91-92):
 
[Próbowaliście skomunikować się z kancelarią?]
Pamiętam, że pan minister minister Sasin próbował się dodzwonić do któregoś z ministrów, którzy zostali w Polsce. To były jednak dwie godziny różnicy i większość nie odierała telefonów, bo po prostu jeszcze spała.
 
Pomijając jednak już to, że ktoś z prezydenckich ministrów śpi o godz. ca. 9.30, wiedząc, że mają się wnet zacząć uroczystości katyńskie z udziałem Pary Prezydenckiej, to zauważmy, iż Kwiatkowski nie wspomina wcale o telefonowaniu do tych członków KP, którzy byli na pokładzie samolotu, a przecież sam chwilę później dodaje (s. 92):
 
Dla mnie, zwykłego człowieka, Adama Kwiatkowskiego, najgorsze jednak było to, że zginęli moi przyjaciele, wiele osób, z którymi na różnych etapach życia współpracowałem. Mieliśmy przecież różne plany, do końca byliśmy w kontakcie, choćby z Kasią Doraczyńską, ustalaliśmy, jak wracać. Kasia miała się zamienić z panem ministrem Sasinem; on miał lecieć z powrotem na jej miejscu w samolocie, a ona z nami wracać samochodem. Fakt, że ich już nie ma, był dla mnie nie do pojęcia i nie do przyjęcia.
 
I zacznie się wnet ostatni etap podróży: spod bramy - na pobojowisko. Kwiatkowski zapamiętał go tak (s. 93):
 
Wjechaliśmy na lotnisko i tam była... uderzyła nas straszna mgła. Rzeczywiście, ta mgła była nieprawdopodobna. Od punktu, do którego dojechaliśmy, gdzie czekały autobusy, gdzie czekała kolumna prezydencka, niemal nie było widać, gdzie stał jak. A to nie było daleko. Wysiedliśmy z samochodów, oczywiście, nie wolno było dalej jechać, i nagle usłyszeliśmy kolegów z BOR-u, którzy krzyczeli do ministra Sasina: „Panie ministrze, panie ministrze, jedziemy na miejsce katastrofy, mamy wolne miejsce!” I pan minister ruszył w ich stronę, ja za nim, a oni mówią, że mają tylko jedno miejsce, że może jechać tylko pan minister. Powiedziałem, że nie puszczę nigdzie pana ministra, że on sam nie pojedzie. Nie wiedziałem przecież tak naprawdę, co tam się będzie działo ani dokąd jadą.
 
Kwiatkowski więc wierny niczym Sancho Panza przy Don Kichocie, wskoczy w kulminacyjnym momencie do wozu z borowcami, by się zmieścić na stojaka, trochę jak pasażer na gapę w pospiesznym pekaesie, który już ruszył ze stanowiska. Skąd jednak te wielkie obawy Kwiatkowskiego o los „pana ministra”, skoro kurs furgonem był po prostu na „miejsce katastrofy”, a nie do Moskwy na Łubiankę ani tym bardziej cziornym woronem do Lasu Katyńskiego z powrotem gdzieś... poza Memoriał? A poza tym w wozie byli niemal wyłącznie polscy borowcy przecież (znani akustykom prezydenckim od długiego już czasu), a nie jacyś dzicy ruscy funkcjonariusze – i ogłaszali otwarcie, dokąd się udają (s. 94-95).
 
Nie wiedzieliśmy, gdzie jest miejsce katastrofy, nie zawsze działały telefony, bo wszyscy do wszystkich dzwonili i one się po prostu blokowały. Po krótkiej wymianie zdań – z oficerami BOR-u, z którymi na co dzień współpracowaliśmy, więc się znaliśmy – zdecydowali, że mogę jechać. Tak więc, pół stojąc, pół siedząc, jechałem furgonetką. Z przodu siedział ubrany w garnitur oficer służb rosyjskich z krótkofalówką i pokazywał drogę.
 
Wjechaliśmy na pas startowy, skręciliśmy tym pasem w prawo do końca, potem była droga w prawo pod kątem czterdziestu pięciu stopni i po pewnym czasie samochód się zatrzymał. Dalej, za naszym samochodem stały chyba jakieś karetki, tak mi się wydaje. Jak wysiadałem z furgonetki, podszedł do nas Rosjanin w garniturze, z krótkofalówką, i pamiętam, że powiedział coś takiego: „Niczewo, niczewo, wsie pagibli, wsie pagibli”. Stanęliśmy koło takiego miejsca, które wygląda... no tak jak w Polsce na terenach leśnych przylegających do dróg publicznych, gdzie są barierki: stoją dwa słupki, a na nich poprzeczka, taki gruby bal drewniany. Tam zatrzymaliśmy się i pieszo ruszyliśmy dalej. Było strasznie mokro, to był teren bagienny.
 
Pierwsza reakcja była taka, że... czy nie ma jakiejś innej drogi, bo przecież możemy tam brnąć po kolana w błocie... ale to był moment. Potem ruszyliśmy i pamiętam, że biegłem ze swoim prywatnym telefonem w ręku, w którym z jednej strony miałem wbitego jakiegoś esemesa, z drugiej miałem wybrany numer właśnie do Małgosi. Wiedziałem, że to jest pierwsza rzecz, którą muszę zrobić, zadzwonić do niej. Tam gdzieś zobaczyliśmy po raz pierwszy Marcina, który biegał po tym terenie. To był dość duży obszar... szczątki były wszędzie.
 
Dochodzi więc w końcu do wzruszającego spotkania Sasina, Kwiatkowskiego i Wierzchowskiego, ale nas bardziej interesuje to, co opowiada Kwiatkowski o samym pobojowisku (s. 96):
 
Pamiętam moment, w którym zorientowałem się, że to chyba to miejsce. Tam byli różni ludzie, byli strażacy, którzy jeszcze dogaszali takie jakby niewielkie ogniska [to ciekawe spostrzeżenie, bo na filmie R. Sępa, który był kręcony prawdopodobnie w czasie, gdy mieliby przybyć na lotnisko Sasin i Kwiatkowski, nie widać jakichokolwiek działań strażaków na pobojowisku; owszem, strażacy są, lecz zajmują się już tylko blokowaniem dróg dojścia na „miejsce katastrofy” – przyp. F.Y.M. (por. http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/tvp-info-10iv-od-940.html)]. Nie było widać śladów żadnych wybuchów, ale jeszcze tu i tam się paliło. Byli ludzie z jakichś służb ratowniczych, medycznych... nie wiem, może mieli nosze, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie oni opuszczali już ten teren [Nieco inaczej opisuje ten moment Sasin, twierdząc, iż nie podejmowano żadnych działań na pobojowisku, gdy on tam przybył – przyp. F.Y.M.].
 
Na wprost mnie było jakieś rumowisko i tam, na szczycie zobaczyłem coś dziwnego... to była taka postać... korpus ludzki w jakimś swetrze... bez głowy... i wtedy zawróciłem. I pomyślałem sobie, że tak naprawdę nie jest możliwe, żeby po tych wszystkich miejscach chodzić. Tam była woda, błoto, były pororzucane szczątki, jakieś pościnane brzózki. Wycofałem się również dlatego, że tak naprawdę nie było gwarancji, że nie chodzę po szczątkach ludzkich, że nie chodzę po moich koleżankach i kolegach.
 
W ten jednak sposób, tj. przez to, że się Kwiatkowski (gdy ujrzał „korpus ludzki w jakimś swetrze”) wycofał z pobojowiska – prezydencki akustyk nie jest w stanie dokładnie opisać wyglądu „miejsca katastrofy”, zauważmy. Nie wiemy więc nawet, ile ciał zdążył zobaczyć, czy były one rozpoznawalne i w jakich miejscach się znajdowały. A co już zupełnie zaskakujące, Kwiatkowski żywi jeszcze wtedy nadzieję, że może jednak się ktoś uratował (s. 97):
 
We mnie wtedy była jeszcze jakaś nadzieja, że być może ktoś przeżył. Były takie małe fragmenty samolotu, które dawały jakąś nadzieję. Nadzieję, że być może ktoś tam jest, że są ranni. Nawet w tej sytuacji, widząc skalę tej katastrofy, do końca liczyłem na jakiś cud – informację, że ktoś z pasażerów samolotu przeżył. To jest tak, że o katastrofach lotniczych się czyta, one są głośne. Czasami przeżywała jedna, dwie osoby z samolotów, które spadały z dużo większych wysokości, więc tu cały czas była jednak nadzieja. Nawet, jeśli zupełnie irracjonalna, ale tak – była.
 
Nadzieja pewnie była, lecz, jak wiemy, Kwiatkowski z Sasinem niedługo po pobycie na pobojowisku wracają do Katynia, by wziąć udział we mszy za „ofiary katastrofy”, a potem wrócą wprawdzie na XUBS, ale tylko po to, by po paru godzinach czekania w jaku-40, odlecieć do pilnych obowiązków w Warszawie, czyli w istocie na kolejną mszę, tym razem w stolicy, w archikatedrze. Nie zobaczymy więc Kwiatkowskiego ani Sasina nie tylko podczas „znajdowania ciała Prezydenta” na pobojowisku (s. 106):
 
Kiedy czekaliśmy na odlot jaka do Warszawy, otrzymywaliśmy informacje o znalezieniu, zidentyfikowaniu ciał kilku osób. Dowiedzieliśmy się też, że zostało zidentyfikowane ciało pana prezydenta. Wiedzieliśmy, że znaleziono naszą koleżankę Kasię Doraczyńską w takim stanie, jakby prawie nic jej się nie stało.
 
Nie zobaczymy Kwiatkowskiego i Sasina też wieczorem na Siewiernym, gdy przybędą delegacje D. Tuska i J. Kaczyńskiego, nie zobaczymy dwóch akustyków również 11 kwietnia 2010, gdy będzie oficjalne „pożegnanie” trumny z ciałem Prezydenta na XUBS. Nie zobaczymy ich także w Moskwie w kostnicy na identyfikacjach zabitych pracowników prezydenckiej kancelarii. Na szczęście zobaczymy ich na filmie „Mgła” i na tournee z nim związanym.
Lubię to! Skomentuj220 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale