Nieoceniony prof. Sadurski serwuje nam kolejną strawę duchową w postaci swojego intelektualnego credo. Oprawa jednakże jest nieco niepokojąca, ponieważ Profesor (skrótowo: od prof. Sadurski, a tak jak św. Tomasz o Arystotelesie pisał vel "Filozof" bez cienia ironii) zwraca nam uwagę, że czyni swoją "spowiedź" w atmosferze jakiegoś nawoływania do odstrzału ludzi lewicy. Dalibóg ja tego nawoływania nie słyszałem (sam też nie nawoływałem, przyznaję się), chyba że Profesorowi chodzi o hasło A.M. Nicponia "zalegalizować strzelanie do lewaków", które wymagałoby osobnej egzegezy (zwł. w kontekście zdjęcia oraz semantyki terminu "lewak") - nie chcę jednak podpaść Profesorowi po raz kolejny wykazując, że dezinterpretuje czyjeś sformułowania, gdyż znowu się na mnie obrazi i w salonie zapanuje głuche, grobowe milczenie Profesora na parę dni.
Nie czepiając się zatem zasadności tezy ubranej w następujące słowa:
Jak niektórzy z Państwa zapewne wiedzą, został wyrażony tu (to znaczy nie TU, ale w innym kącie Salonu) niedawno taki oto pogląd na interakcję z ludźmi lewicy, że mianowicie należałoby ich, tj. lewicowców, powystrzelać. Sam fakt pojawienia się takiego poglądu nie jest osobliwy, no bo w każdej populacji ludzkiej znajdzie się ktoś, kto tak właśnie ma, że swą bezradność w podejmowaniu dyskusji na poziomie werbalnym kompensuje propozycjami rozstrzygnięć siłowych dość radykalnych. -
ani też dalszego jej rozwinięcia, ku pokrzepieniu serc:
Z kolei prawo wielkich liczb poucza, że prędzej czy później ten ktoś posadzi taką swoją myśl także w blogu. Ponieważ wszakże dla ludzi, klasyfikowanych jako lewica, takie miejsce w kolektywnej deliberacji, polegające na byciu na celowniku czyjegoś karabinu, nie jest zbyt wygodne, przeto uznałem, że warto wyłożyć moją ogólną filozofię polityczną, a już Czytelnikom pozostawić konkluzje, czy i na ile kwalifikuje mnie to jako lewicowca, i co ewentualnie w związku z tym powinienem wycierpieć. -
pragnę jedynie zająć się istotą rzeczy, tj. kwestią tzw. równości szans, która, jak się wydaje, stanowi rdzeń przesłania ideowego Profesora.
Zanim jednak to poczynię (oczywiście, z pełną rewerencją i admiracją dla poglądów i osoby Profesora), chciałbym spytać o jedno: jaki jest status tego credo? Czy Profesor występuje jako filozof społeczny (a la prof. R. Legutko), czy po prostu przekazuje nam swoje poglądy "do wiadomości"? Innymi słowy: czy Profesor mówi nam, jak powinno być (jak należy zrobić, by było), czy raczej na zasadzie "jak chciałbym, by było, choć wiem, że nie jest to realne"? Ma to bowiem kluczowe znaczenie w ewentualnej dyskusji, gdyż - z całym szacunkiem, oczywiście, ale - nie wydaje mi się, by Profesor był filozofem społecznym, a jeśli nie jest, to status jego credo stoi pod pewnym znakiem zapytania, właśnie. Jeśli nie jest to skrótowy wykład pewnej koncepcji filozoficzno-społecznej, to możemy sobie deliberować salonowo i nikt oczywiście nie będzie do nikogo strzelał :) Jeśli natomiast to credo ma aspiracje, powiedzmy, pozasalonowe, czyli np. ogólnospołeczne, to już sprawa ma się inaczej, bo mogłoby się to przełożyć np. na określone rozwiązania prawne. Mamy wszak świadomość, że Profesor to nie jest "ekonomista-informatyk", "absolwent-prawa-publicysta-amator" czy niedogmatyczny "towarzysz-Maślanka wspierający bractwo "KP"", toteż poglądy Profesora, zwł. jako eksperta prawnego faktycznie mogą się przełożyć któregoś dnia na pewne regulacje. Sprawa jest więc poważna.
Podejdźmy jednak do niej nieco frywolnie,odwołując się do słynnego powiedzonka z kabaretu TEY: "Nie chciało się nosić teczki, trzeba dźwigać dziś woreczki" (legendarne skecze z występu pt. "Z tyłu sklepu"). Otóż jest to w prosty sposób wyrażona pewna "mądrość ludowa" dot. tego, że ludzie nie są równi i nie mogą być. Co więcej: ich szanse też nie mogą być równe. Jedni bowiem ludzie wolą "nosić teczki", inni zaś "dźwigać woreczki". I nie ma tu "zmiłuj". Owszem, można by się buntować przeciw temu, że jedni muszą "dźwigać woreczki", gdy inni chadzają "z teczkami", ale w dużej mierze to, "w jakim się jest zawodzie" wynika z ludzkiej zaradności, utalentowania, pracowitości i wytrwałości. Jeśli ktoś nie chce "dźwigać woreczków", to może oczywiście "nosić teczkę", tylko inne umiejętności musi w sobie wykształcić. O ile trudniejsze jest wspinanie się w sferze nauki aniżeli w sferze "dźwigania woreczków", to na pewno wie nie tylko Profesor, ale i ci, co czasami z wielkim mozołem układają proste podanie do urzędu lub zastanawiają się, jak napisać list.
Podkreślam więc, nie ma możliwości, by zapewnić ludziom różniącym się w ocenie tego, jakie jest ich miejsce w świecie - równe szanse. Sprawa ta się komplikuje jeszcze bardziej, gdy wchodzimy na poziom regulacji prawnych (uparłszy się, że chcemy jednak zrównać szanse) i zaczynamy definiować: czyje szanse, w jakich okolicznościach, wedle jakich kryteriów, w jakim okresie czasu, w jakiej skali i jakim sposobem będziemy wyrównywać. Dajmy na to, zakładamy, że powinno być obowiązkowe szkolnictwo (jako jedna z metod owego równania szans). To czy powinno być ono w wymiarze podstawowym, gimnazjalnym, czy nawet średnim?
Ja np. uważam, że jedynie w wymiarze podstawowym, gdyż (pomijając nonsensowność reformy szkolnictwa za rządów prof. J. Buzka, wyrażającą się choćby tym, że w małych wsiach zlikwidowano szkoły będące ostatnim "przyczółkiem kultury" czy tym, że wprowadzono gimnazja, które tylko powiększyły bałagan) nie wydaje mi się, by ktoś, kto ma pracować jako "dźwigający woreczki" musiał się męczyć w klasach gimnazjalnych. Wystarczy posłuchać nauczycieli uczących w gimnazjach, by wyrobić sobie podobne zdanie. Oczywiście zaraz zacznę uchodzić za tego, który odbiera ludziom życiowe szanse, ale mniejsza z tym. Problem, co wtedy, gdy Profesor powie: obowiązkowo gimnazjum dla wszystkich, a potem dopiereo "kształcenie zawodowe". Kto będzie miał rację? To oczywiście pytanie nie o różnicę między mną a Profesorem, a nawet nie o moje kompetencje czy ich brak w ocenie w/w kwestii szkolnictwa, lecz o obiektywne kryteria pozwalające ocenić na jakim poziomie wyrównywanie szans powinno zachodzić? Jeśli nie ma twardych kryteriów, to zaczyna się biurokratyczna radosna twórczość, po prostu i budowa realnego socjalizmu pełną gębą.
Powiedziałem to już i powtarzam: z dobrej woli i w wyniku porywu serca człowiek jest w stanie pomagać innym na miarę swoich możliwości. Opowiem teraz pewną (zupełnie świeżą) autentyczną historię z naszego kraju. Pewien wrażliwy i religijny obywatel widział nieraz bezdomnego grzebiącego w śmieciach (każdy z nas chyba się w takim widokiem zetknął). Któregoś dnia coś go tknęło (ściślej, "zobaczył Chrystusa" w tym bezdomnym) i postanowił pomóc. Zaprosił do domu, nakarmił, przenocował itd. Z czasem nawet znalazł bezdomnemu jakąś pracę. Po jakimś czasie bezdomny stanął na nogi, wyjechał do Anglii i zaczął z zarobionych pieniędzy budować dom w Polsce, a nawet naprawiać swoje rodzinne sprawy.
Ktoś powie: no właśnie!, jesteśmy w stanie pomóc najwyżej jednemu bezdomnemu, a co z innymi?! Otóż jestem pewny, że bylibyśmy w stanie pomagać wielu więcej osobom, gdyby nie to, że państwo okrada nas z naszych pieniędzy i je marnotrawi, wydając nieracjonalnie i finansując biurokratyczną machinę "od wyrównywania szans" i "pomagania".
Ktoś powie zaraz: ale przecież nie każdy jest Samarytaninem. Owszem. I nie każdy musi być. Wystarczy by ci, którzy CHCĄ pomagać, mieli ku temu MOŻLIWOŚCI. Socjalistycznie zarządzane państwo takie możliwości odbiera i dlatego problem wyrównywania szans staje się właśnie na gruncie lewicowych rozwiązań aporetyczny.


Komentarze
Pokaż komentarze (47)