W Hong Kongu gości hotelu poddano przymusowej kwarantannie z powodu świńskiej grypy. Władze zapewniają, że sytuacja jest pod kontrolą i nawołują do spokoju – tak brzmiały oficjalne komunikaty w mediach. Bo tak się dziś informuje o dramatach, tak się dziś zapobiega panice i tak się nadaje stempel: news doręczono do adresata. Ale paniki i tak się nie należało spodziewać. W końcu ile razy już słyszeliśmy
- 10 w Rio, dżuma w Santa Fe.Gdy myślę o kwarantannie, myślę o „Dżumie” Camusa i o szaleńczej odwadze, by pisać o sprawach, o których, zdaje się, że napisano już wszystko. I nie znaleziono konsensu. Teraz, gdy pomyślę o kwarantannie, wspomnę też „Miasto ślepców” – i to nie tylko przez wizje upodlenia. Wizje, która na lata zostawi ślad, jak zostawił Pulp Fiction.
Miasto Ślepców to adaptacja powieści Saramago. Jest jakiś pęd w ostatnimi czasy na filmowanie literatury: Tatarak, Kobieta w Berlinie, Opowieści Galicyjskie, Hańba i Wojna polsko ruska. Do tego filmy wojenne - jakby zgrabne przerzucanie banalnych motywów filmowych, na moment straciło swój impet, i zaczęto szukać gdzieś indziej, głębiej, podskórnie, w miejscach gdzie doszukasz się czegoś ważnego, w literaturze. W końcu ile razy można opowiadać te same historie. Cieszmy się tą chwilą, bo przecież wiemy, że te historie naprawdę opowiadać można bez końca.
Miasto ślepców zaczyna się banalnie, jak każdy film o epidemii, apokalipsie, jak każdy upadek Ikara. Ktoś, gdzieś w tłumie niepostrzeżenie doświadcza katastrofy… Oto więc ktoś traci wzrok, oto obojętność, oto małżeństwo, oto zaraza, oto niewiadoma i oto kwarantanna. Zupełnie jak w wierszu Miłobędzkiej. Ludzie ślepną, a że jest to zaraźliwe niczym grypa, to umieszczają ich w zamkniętym pomieszczeniu. Zrzucają jedzenie, nie ingerując w problemy wewnętrzne. Racjonalizacja żywności to Wasza działka – strażnicy krzyczą przez megafony do ludzi pozostawionych samym sobie. Bez opieki, bez władzy, bez państwa. I ludzie ci, od pierwszego dnia zaczynają to państwo sobie budować. A więc ustalają zasady, podział władzy, wybierają przedstawicieli i rozwiązują konflikty. Bo państwo to właśnie nic innego jak zorganizowana społeczność na danym terenie. Ślepcy muszą współpracować – bo inaczej umrą z głodu. Ale ateńska demokracja szybko się kończy, władzę przejmuje lumpenproletariat w postaci młokosa (świetny Gael Garcia Bernal), który strzela na oślep i obwołuje się królem. Zaczyna się okres monarchii, a właściwie despotyzmu. Cóż, epidemia była bardzo egalitarna. W równym stopniu dotykała złodziei, co lekarzy i naukowców. Co się dzieje potem, pokazał już Golding we "Władcy much", ale w "Mieście" dodał coś jeszcze. Bo polityka zawsze się sprowadza do indywidulanych dramatów, a skala makro wznosi się na skali mikro.
Pośród ślepców znajduje się jedna widząca kobieta (Julianne Moore) – wie o tym tylko jej maż i nikt więcej. Wszak pośród ślepców, ślepą udawać nie trudno. Film z politycznej przypowieści społecznej, staje się filmem o odwadze, honorze i o tchórzostwie. Przede wszystkim chyba o tchórzostwie. O paraliżującym strachu, próbach jego przezwyciężenia, i o dojściu na samo dno. Dno, z którego spaść już niżej nie można. Jak ta córka polskiego oficera w „Innym świecie” Herlinga Grudzińskiego. Wydaje się, że kobieta może przecież w każdej chwili zamordować swoich oprawców, niewidomi są przecież jak dzieci. Ale ona sprzeciwiać się nie chce. Czy ma w sobie więcej człowieczeństwa, niż widz w fotelu, który pewnie zaklina: no rusz się wreszcie i poderżnij mu gardło? Czy powinna się bronić, czy spoczywa na niej obowiązek obrony pozostałych, czy może skoro inni się boją, to ona też ma prawo się bać, ma prawo się nie wychylać, zadbać o sumienie, w końcu ma męża. Jest tam tylu mężczyzn i żaden nie chce się bronić, żaden nie chce iść po jedzenie. A przecież zarzekamy się, że w godzinie próby, na pewno, na 100% wszyscy będziemy odważni i się nie damy…
Wstrząsający film. Mimo paru nielogiczności, przewidywalności zakończenia, film po prostu wstrząsający. Gorąco polecam.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)