To już trzeci raz jak zostaliśmy jak polityczni frajerzy ogoleni przez Amerykanców, ale widząc uśmiech na okrągłej twarzy Słońca Helu śmiem podejrzewać, że nie ostatni.
Paradoksalnie najtrudniej było Jankesom przekonać nas do F-16, a wówczas jak wiadomo rządził Rywinland. Widać ówcześni politycy utytłani w czerwonej farbie, z zakodowaną od urodzenia niechęcią wobec Amerykanów potrafili chociaż skutecznie czegoś zażądać w zamian za miliony jakie poszły na niby najlepsze samoloty. Oczywiście nie jest to ich zasługa, a raczej efekt nacisku amerykańskich konkurentów, którzy zmusili Jankesów aby na stół rzucili coś jeszcze niż tylko stalowe skrzydła. No i rzucili tedy Amerykanie offset, a nasi bez żenady rzucili się z kolei sławić amerykańska hojność i przekonywać nas o drugim Kuwejcie nad Wisłą. Offset nie wypalił do dziś coś tam szeptamy po kątach, żeby może jednak wywiązali się z umów, ale nie za głośno, bo jeszcze Kaczyńskiemu obetną o parę minut spotkanie Białym Domu i wówczas czasu zostanie mu tylko na przywitanie się w jedynym obcym języku jaki zna, czyli: Zdrastwujtie, kak zdrowie? Nu haraszo tawarisz Bush.
Drugi raz golili już nas bez wysiłku, właściwe to sami łeb pod brzytwę podłożyliśmy. Radzio Sikorski gentelman z Washingotnu zwany również mazgajem z Warszawy, pojechał tam i bez mrugnięcia okiem ogłosił, że nasi jadą do Afganistanu walczyć z najlepszą partyzantką świata. Kiedyś my wysyłaliśmy do ZSRR węgiel, a oni nam buty… do podzelowania. Teraz chociaż nie mamy butów. Widać jest postęp. Oczywiście walka z partyzantką jest nam niezbędna jako wojskowe doświadczenie, bo przecież na wypadek wojny to pierwszą rzeczą jaką będzie Polska armia miała za zadanie, to pacyfikacja mazurskich wiosek, które zostały zwrócone potomkom niemieckich właścicieli.
Trzeci raz był wczoraj. Prezydent wrócił z tarczą, a nie na tarczy. Teraz tylko trzeba poczekać na instrukcje z Nowogrodzkiej i można będzie sławić kolejny międzynarodowy sukces. Negocjacje były twarde. Trzy razy na bushowskim ranczo prezydent jechał na kucyku pony, zjadł cztery kawałki pieczonych udek kurczaka, posłuchał, że jesteśmy „very important” i „you are polish hero” itp. a na końcu uzyskał niesłychanie ważne zapewnienie, że o wizach… zadecyduje amerykański kongres. Może trzeba było wybrać się na ranczo do Nicponia, z amerykańską konstytucja pod pachą, a decyzję na tak puścić za ocean gołębiem. Efekt ten sam, a o ile taniej, można by wtedy kupić podnóżki do wszystkich prezydenckich limuzyn. Tarcza ma nas chronić np. przed Iranem, który ani myśli nas atakować, chyba że dla odmiany tam z kolei poślemy nasze wojska, ale i wówczas Iran zamiast marnować na nas te swoje parę bombek, po prostu wysadzi jakieś centrum handlowe, przed czym żadna tarcza nas nie uchroni.
I gdy któremuś z posłów Prawa i Sprawiedliwości przyjdzie do głowy zapytać co uzyskaliśmy w zamian za tarczę to już niech lepiej opieprzy Marię Kaczyńską, bo inaczej znajomość z tym Panem posłem będzie za Pana prezydenta uważana za zakończoną.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)