Nigdy tej miłości do Ameryki do końca nie rozumiałem. Owszem potrafię sobie jakieś ją uzasadnić, ale zawsze pewne fakty i to nie tyko historyczne powodowały pewien logiczny zgrzyt w postrzeganiu tej obcej, bo przecież nie mojej własnej miłości do Stanów.
Z premedytacją skupię się więc na tym co mnie w tej miłości dziwi, co miłość ową nie za specjalnie nie usprawiedliwia. Polskich bohaterów w Ameryce mamy de facto dwóch: Pułaskiego i Kościuszko. Obaj na dzisiejsze nieempatyczne, historyczne czasy aż tacy bohaterscy się nie wydają. Jeden dogadywał się z carską Rosją, drugi brał udział w konfederacji, której celem było utrzymanie Polski w anarchii, będącej tak bardzo na rękę naszym przyszłym zaborcom. To nasi bohaterzy, mamy sie nimi szczycić.
Ale to zamierzchła historia. W nowszych czasach na uwagę zasługuje faktyczna zdrada (że się wyrażę językiem prostym, bez niuansów i relatywizmu) jaką było wystawienie nas Stalinowi przez Roosvelta. Churchill przynajmniej starał się stworzyć drugi front na Bałkanach, aby przebić się nad Bałtyk i uratować Polskę. Roosveltowi było wszystko jedno, liczyła się tylko sowiecka interwencja w Mandżurii.
Polityka amerykańska zawsze bowiem cechowała się pragmatyzmem i o dziwo był to pragmatyzm o wiele większy niż ten w ZSRR. W kraju Rad często prowadzono politykę również ze względu na rzekomy „prestiż” potęgi radzieckiej. USA zaś interesowały się tylko tym kto mógł im przynieść jakiekolwiek korzyści.Gdy trzeba było to interweniowano, gdy trzeba było to zostawiano sojuszników na pewną śmierć jak pamiętnego razu w Sajgonie. Mimo to, większość świata zachodniego, z zwłaszcza tu w Polsce uwierzono w mit jakoby pojedynek USA –ZSRR to pojedynek dobra ze złem. Oczywiście to, że ZSRR to zło, delikatnie mówiąc, jest jasne. Ale to, że USA to nie czyste dobro (że użyje klasyka) to już nie dla każdego jest pewne. A przecież tak jak NKWD Europie, tak CIA mordowała w Ameryce Płd. Antyamerykanizm nie wziął się na tym kontynencie znikąd. Starszy amerykański brat solidnie na to zapracował. Mimo to zgodnie ze starą zasadą Machivellego cel uświęca środki, tylko wówczas będzie nam trudno rozmawiać z radzieckimi weteranami, dla których zbrodnie ZSRR to właśnie Machiavelli w czystej postaci.
Kilka dni temu za jednym zamachem przeczytałem fascynująca książkę „Mój przyjaciel zdrajca” autorstwa Marii Nurowskiej. To spisane wspomnienia pułkownik Kuklińskiego. Nigdy nie uważałem go za zdrajcę, co najwyżej za naiwniaka, tragicznego naiwniaka, ale jednak bohatera. On też postrzegał amerykański wywiad jako swych partnerów, kolegów, być może nawet przyjaciół. Nie rozumiał, że przekazując dokumenty osłabia ZSRR, ale jednocześnie wystawia Polskę USA. Zresztą sam w pewnym momencie mówiąc, że zachodnie linie obronne były na rzekach niemieckich, liczył na to, że się przesuną na wschód. Moim zdaniem było to ogromną naiwnością.
Pora zmierzać do konkluzji. Lada moment zainstalują nam w Polsce tarcze. Być może to dobrze. Tylko jestem absolutnie pewien tego, że w takim razie polska zostanie przesiąknięta amerykańskimi szpiegami. Nie wierze, że Amerykanie zostawią ten projekt samemu sobie, zwłaszcza orłom z naszej armii. Walcząc czy to z prawdziwymi czy z urojonymi szpiegami rosyjskimi, tylnymi drzwiami wślizgnie się agentura amerykańska, a wówczas suwerenności będzie może o wiele mniej zagrożona, ale jednak będzie.
Wracając do Kuklińskiego. Pułkownik przytoczył anegdotę jak to proponowali mu spotkanie z kolego po fachu- polskim szpiegiem, który także szpiegował Polskę dla Amerykanów, tylko już po 1989. Oburzony pułkownik odmówił, ale ta anegdota dobrze oddaje stosunek USA do swego europejskiego przyjaciela.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)