Jest rok 1984, nakładem Wydawnictwa Literackiego w Krakowie pojawia się dwujęzyczna antologia wierszy Mandelsztama. Tom redaguje niejaka Maria Leśniewska, która w posłowiu, tak oto kwituje zamęczonego Mandelsztama na śmierć: „Podobnie jak Cwietajewa nie umiał się pogodzić z pewnymi koniecznościami historycznymi, a swój nonkonformizm wyrażał równie bezpośrednio jak dziecinnie. Nic dziwnego, że musiał ponieść konsekwencję. W okresie degrengolady życiowej napisał wiele wstrząsających wierszy…” Parakalein nie jest Mandelsztamem, nie stawia własnego życia na szali, nie ryzykuje. Robią z nim wywiady, a przecież my też mamy tyle ciekawego do powiedzenia. Tak szybko nauczyliśmy się tego co jest chińskie, ile na Parakaleina akcji straci i dlaczego jest ona nieopłacalna. Jesteśmy rozsądni, tak rozsądni i poukładani.
Czasami ma wrażenie, że to wygrzewanie się w słońcu pragmatyzmu, służy głownie do krygowania własnej bezsilności, usprawiedliwiania, że nic się nie da. Że naiwnością jest walczyć z takim imperium, tak prostymi i naiwnymi metodami. Porechotać i pogłaskać sumienie. A przecież Solidarność pokazuje coś wręcz odwrotnego
Parakalein nie jest Mandelsztamem, ale też słucha o naiwności i o koniecznościach historycznych. Przecież ni wyrzucił wszystkiego co chińskie do kosza. Tylko po co ma to wyrzucać? Parakalein nie zobowiązuje się być mnichem antykonsumpcji, nie nawołuję do obalenia chińskich tyranów. Potrzebuje symbolu.
Gdyby przyjąć punkt wiedzenia jego oponentów, nie można by protestować w ogóle, bo przecież gdy w Tybiecie łamią prawa człowieka, to łamią je także w Pakistanie czy Birmie. Parakalein dał swoje świadectwo, tak jak dali je jego przeciwnicy. Przełamał impas, wyrwał się lepkiego marazmu statysty. Globalnie patrząc, to przecież niewiele, patrząc z punktu widzenia internetowego lenistwa, mielenia ozorem, strojenia się pióra recenzenta czyejś moralności, to skok gigantyczny. Może właśnie dlatego wywołał taką wściekłość i zażenowanie.
Nie wysłałem koszulki, bo najzwyczajniej w świecie nie mogłem o 14 być w Warszawie na poczcie. W świecie dominacji nad konsumentami jedynym skutecznym narzędziem jest bojkot, ale trzeba go używać rozsądnie. Starannie wybrać jedną ofiarę, przyczaić się i zacząć wywierać presję. Być konsekwentnym i zaznaczać dlaczego akurat ta firma. A gdy słupki sprzedaży zaczną im topnieć w oczach, to być może gdzieś tam w centrali stwierdzą, że bardziej opłaca się im przenieść produkcję gdzie indziej, niż tanio produkować towar, którego powoli nikt już kupować nie chce.A potem trzeba wybrać firmę następną. Jeżeli się nie uda to trudno, przynajmniej powie się, że nie próbowało


Komentarze
Pokaż komentarze (10)