Widać już pewną uciechę, radość z łapania dezertera, białą flagę brzuch wciskaną na siłę, Dorota Masłowska właśnie przechodzi z obozu wroga. Lżona w kategorycznych sądach, ikona literatury niechlujnej, nie będzie wasza, bo będzie nasza. Masłowska napisała sztukę o Polskości, ma ja afirmować, bo jak wyznała w Dzienniku :
Justyna Sobolewska: Wczoraj skończyłaś pisać sztukę teatralną „Między nami dobrze jest”. Pojawiają się w niej trzy pokolenia kobiet: metalowa dziewczynka, jej matka i babka. Każda z innego świata. Dla mnie to makabryczna komedia o Polakach, którzy nie wiedzą, kim są, a może ich w ogóle nie ma?
Dorota Masłowska: Zderzyłam pokolenia: języki, sposoby myślenia, funkcjonowania, inne codzienności, żeby wydobyć ten zgrzyt, ten brak czegoś takiego jak „statystyczny Polak”, brak platformy, na której to by się wszystko spotykało i moglibyśmy powiedzieć „my”. Wszystko to jest w tej sztuce dość makabryczne, przerysowane, ale wydaje mi się, że tutaj po raz pierwszy mówię coś potencjalnie dobrego. Oczywiście nie formułuję wprost żadnego pozytywnego przesłania, ale to pierwsza rzecz, którą napisałam nie pod hasłem: w jakim okropnym kraju żyjemy, a jak tu szaro! Odwrotnie, jest tu moja afirmacja bycia Polką i polskości, totalnie dzisiaj wyszydzonej, zmieszanej z błotem i traktowanej jako skazę, jako policzek wymierzony przez los, przynajmniej w moim pokoleniu.
To ma być to przejście, ten transpatriotyzm, zrzucenie jarzma, powrót do źródeł dobra i piękna, cmentarzy, mundurów i babci z warszawskiego powstania. Tyle, że Masłowska nigdy nie pisała o Polsce. Sama zaś polskość i jej afirmacja, nie była domeną jednej li tylko strony, spór „Wiadomości Literackich” z „Prosto z Mostu” był w istocie walką o polska duszę, Gombrowicz pisał że jest okropnie polski i okropnie przeciwko Polsce zbuntowany, a i dziś podział biegnie wedle polskich kryteriów i na całkiem polskiej platformie. Od tego nie da się uciec, to jest ta duma i te przekleństwo. Wizerunek kobiety „Wysokich Obcasów” jest w przypadku Masłowskiej mitem, literatura jaką uprawia to kolaż własnych przeżyć, fascynacji słowem i słuchem. Muzyki słowa, giętkich cięć, neologizmu i humoru, nawet nie tyle sarkazmu, co czarnego humoru. Nagradzanie Masłowskiej Nike ma być dowodem na stadne myśli i hołdowanie pokracznym gustom, choć te samą nagrodę dostawał Rymkiewicz, coraz bardziej pogrążający się w odmętach bezsilnego odwetu. Jej ikonowatość Dorota Masłowska ma być pupilem, wzorcem nowej literatury, choć nikt jej o zdanie nie pytał, znalazła się w epicentrum (na ile literatura jest w centrum) sporu i przez jednych ścierana w proch, przez drugich otrzepywana i podrzucana hop, hop, do góry, ku niepolskich serc pokrzepieniu.
Czy więc Masłowska zdradziła? Owszem, podążyła starym wytartym śladem i doprawdy trudno było wierzyć, że kiedyś nań nie wjedzie. Masłowska przechodzi na stronę treści, kosztem formy. Kluczowym fragmentem wydaje się być słowa:
Po prostu stanęłaś po stronie tych krytyków, którzy atakowali „Wojnę polsko-ruską”.
Poniekąd tak. Też mam gdzieś poczucie, że można tworzyć dziesiątki przezabawnych konstrukcji językowych, żeby wyrazić pustkę współczesnego świata, ale ten obraz zawsze będzie płaski. Dlatego chciałam drzeć szaty i oddać swoją klawiaturę. Potem dopiero zobaczyłam, że to nie tak, że to też jest doświadczenie: mieć w sobie całą tę przeszłość, ale pożyczoną, przeczytaną, opowiedzianą, obejrzaną w telewizji. Być takim współczesnym dzieckiem-cyborgiem, które wszystko widzi jak ekran telewizora, serwis informacyjny, z którego wyskakują kolejne okienka.
W tym sensie rzeczywiście przyznaje rację tym, którzy głośno przestrzegają (Tomasz Piątek?) przed ułudą formy, eksperymentu, przed płaskim widzenia świata bez względu na to jak ten świat opiszemy. Ma forma swoją granicę, swój punkt krytyczny, może ją tylko pokazać, jest wabikiem, wyznacznikiem talentu, ale rzadko bywa sztuką samą w sobie. A może nie bywa nigdy. Na ile Masłowska nie przekazuje treści też nie jest pewne, bo gdy wypuszczasz coś z siebie, już nad tym nie panujesz, przestajesz być właścicielem, teraz TO bywa wspólne, na ile w ogóle COŚ może być wspólne.
Ciekawe, że krytycy, recenzenci chwali Masłowską właśnie za styl, za melodyczność, za słuch literacki, rzadko pisząc o treści. Powieść dresiarska – koszmarna upupiająca marka nic nie tłumaczy, a właściwie zamąca wszystko. Teraz autorka „Wojny” ma pisać swoją drugą już sztukę o między pokoleniowym konflikcie, starannie cedząc słowa, używając odświętnie przedwojennej stylistyki. I na ile rzeczywiście gotów jestem uwierzyć, że mniej jest to pretensjonalne niż poza Dehnela, to trafia Masłowska na grunt całkiem jej obcy, gdzie konkurencja prawie żadna, ale w rzeczywistości ogromna. Trafia bowiem na walkę z Cieniem, z wyobrażenie, z całym tym bagażem, który przygniata niczym nieskrępowane sądy, ale który jakoś kształtował naszą (waszą?) tożsamość. Zaraziła się Masłowska wirusem powstańczym (?) tą manierą budowania fundamentów od stropu, gdzie tym wszystkim bywalcom Złotych Tarasów sączy się powstańcze dusze, zresztą powstańców z roku na rok przybywa. Ale na ile jest w stanie przeniknąć ten mit, tę ułudę, że powstanie naprawdę coś znaczy dla konkretnej jednostki, że jest ważne, nie tyle by pamięcią dać komuś w mordę, tylko kształtuje sądy i wyobrażenia, że jest dziedzictwem – niedziedzictwem, w sensie życia tu i teraz, a nie sprawianiem przyjemność Cieniowi – jak pisał Brodski.
Totalnie wyszydzana ma być Polska, samobiczowanie się narodowymi wadami (jakież to okepane a rebours) i przeciwko temu chce protestować Masłowska, choć pokusa i ryzyko wpadania w jakieś patriotyczno-katolickie przetwory, słoiki z zatęchłą myślą, jest tu ogromna, ważny pisarz ma tę właściwość, że co rusz go przesuwają z jednego piętra na drugie, najczęściej dając kopa na pocieszenie, taki już los, trzeba było nic nie pisać i siedzieć cicho. Trudno było się nie spodziewać, że te groby po których spacerują Polacy, nie dotkną Masłowskiej, skoro cała jej literatura opiera się na wrażeniach zmysłowych, a te w Warszawskiej architekturze są pod ciągłym nadzorem cnoty strażników. Stąd Muzeum Powstania Warszawskiego, główny pomnik pamięci i propagandy, narzucania określonego wspólnego odbioru, który musi poruszać, bo spoiwo musi być określone, pokropione kadzidłem, nie można z rąk wypuścić takiej okazji, łapie się na to uczucia, a potem urabia, ugniata, formuje, może i dobrze, nie wiem, ja się na to nie piszę. Nie byłem tedy w Muzeum i chyba nigdy nie pójdę. Może kiedyś z dziećmi, by je czegoś nauczyć. I przestrzec.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)