5 obserwujących
119 notek
77k odsłon
606 odsłon

Wrzuć kartke do urny i spadaj!

Wykop Skomentuj10

 

Tekst ten miał być kolejnym z cyklu « Mity¹ „niby-demokracji”²»  i miał nosić tytuł: „Przeprowadzenie wyborów = istnienie demokracji”. Poprzedni artykuł z tej serii był zatytułowany: „Demokracja = władza ludu” ( http://grudziecki.salon24.pl/529636,mity-niby-demokracji-demokracja-wladza-ludu ). Był on rekapitulacją fragmentu książki p.t. „Demokracja”, w którym to fragmencie ukazuję, że utożsamianie  ludu   z  demosem,a z kolei utożsamianie demosu ze  „zbiorowością  ludzi”  tworzącą ustrój tych  polis, który  określamy jako  demokracja (antyczna), nie ma nic wspólnego z rzeczywistością - że jest to zwykły błąd  (a właściwie kilka nawarstwiających się błędów).
 
Artykuł ten spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem, przede wszystkim dlatego, że pokazywał, do czego służy – tym, którzy „rządzą” w poszczególnych państwach - utrwalanie „tu i teraz” mitu o istnieniu we współczesnym świecie „demokracji”. Problem w tym, że jednocześnie spotkały mnie zarzuty, iż tekst jest trudny w odbiorze.... i tak dalej. Skoro tak, to „poprawiam się” i niniejsza wypowiedź będzie bardziej „obrazkowa”, co zresztą już powinno być zauważalne poprzez zmianę (de facto tylko leksykalną) tytułu.
 
Dla porządku pozwolę sobie jedynie na przypomnienie, że teza, według której fakt przeprowadzenia wyborów jest równoznaczny z zaistnieniem w danym państwie „demokracji” została sformułowana przez tych teoretyków, którzy zakwestionowali jednocześnie materialne postrzeganie i definiowanie demokracji (głównie jako „władzy ludu”). Głosili oni, że tylko poprzez procesualne wyznaczniki - wśród których sztandarowym są właśnie wybory - można opisać i zdefiniować demokrację. Pogląd ten został zmodyfikowany nie tak dawno poprzez dodanie jednego kryterium: „rozciągłości w czasie”, przez co proceduralne koncepcje „demokracji” zostały zastąpione przez koncepcje procesualne.
Nie wnikając w szczegóły (zainteresowanych odsyłam do w/w książki) nie są one niczym więcej niż napisanymi abstrakcyjnym językiem …. bzdurami. Tyle tylko, że są to bzdury głoszone, między innymi, przez ludzi z profesorskimi tytułami renomowanych amerykańskich uczelni. I , być może, dlatego „królują” one we współczesnej nauce. I być może dlatego też kreują one naszą rzeczywistość, w tym ustrój wielu naszych państw, które mogą być – co najwyżej – opisane jako  republiki, ale które na pewno  NIE SĄ DEMOKRACJAMI.  (Podstawowa różnica między „republiką” i „demokracją” - vide http://grudziecki.salon24.pl/528898,republika-j-gowina-czyli-rowni-i-rowniejsi )
 
Ale ad rem. Aby wskazać, czym są wybory przeprowadzane „w państwie”, trzeba odpowiedzieć na pytanie: komu i do czego one służą. Patrząc na otaczającą nas – obywateli rzeczywistość, trzeba jednak to pytanie zadać inaczej: komu i do czego POWINNY ONE SŁUŻYĆ.
 
Wyobraźmy sobie, że państwo jest spółką specjalnego rodzaju. Nie jest to spółka kapitałowa, np. spółka akcyjna czy spółka z o.o., bo każdy jej „współwłaściciel” ma zawsze jeden udział, którego nie tylko nie może sprzedać, ale którego nie może się także zrzec. Może jedynie utracić ten udział poprzez trwałe „wyniesienie się” do innej spółki tego samego rodzaju … lub przez odejście z tego pięknego świata. Wyobraźmy więc sobie, że państwo jest taką specjalną spółką osobową, która jest współwłasnością milionów udziałowców, z których każdy ma taki sam, jeden udział.
 
Powstaje pytanie: kto jest uprawniony do decydowania o „całości spraw” tej spółki? Czy przywódcy partyjni? A może przywódcy związkowi? A może hierarchia tej, czy innej totalitarnej religii? Tylko, skąd mieliby oni czerpać takie „prawo”? Tak więc, jeżeli są oni – jeśli są – obywatelami danego państwa, to mają w tym państwie taki sam jeden „udział”, jak wszyscy inni obywatele.
Ten „udział” obywateli można opisać także, jako ich  prawo do faktycznej i równej możliwości ciągłego  współdecydowania - wraz z pozostałymi obywatelami - o „całości spraw” państwa. W zbliżony sposób to „prawo polityczne” ludzi/obywateli jest potwierdzone w art. 21 „Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka” ONZ i w art. 25 „Międzynarodowego Paktu Praw Politycznych i Obywatelskich” ( http://grudziecki.salon24.pl/526184,polska-lamie-prawa-czlowieka )
 
Powstaje kolejne pytanie, czy ktoś jest „uprawniony” - lub czy ktoś może być uprawniony - do odebrania obywatelom tego „udziału” w państwie? Odpowiedź jest taka sama jak powyżej: skąd miałby ten „ktoś” czerpać takie „prawo” lub od kogo mógłby je otrzymać, skoro nawet my - obywatele sami nie możemy nim dysponować? Jedyne więc, co ten „ktoś” może zrobić, to może je nam ukraść. Może więc tak ukształtować otaczającą nas rzeczywistość, że możemy z tego „udziału” w państwie - czyli z prawa dorównej możliwości ciągłego współdecydowania wraz z innymi obywatelami o „sprawach wspólnych” w państwie – nie móc  faktycznie korzystać. Co więcej, może tak ukształtować przepisy, ze taka patologiczna rzeczywistość będzie „legalna” (lex=ustawa), czyli zgodna z tymi uchwalonymi przepisami. Legalna, ale BEZPRAWNA.
 
Wbrew pozorom, sytuacja taka niczym się nie różni od sytuacji, gdy złodziej kradnie nam, na przykład, rower. Złodziej przez ten fakt kradzieży, czyli przez „wejście w posiadanie roweru”, nie staje się przecież właścicielem roweru, a więc nie posiada go „prawnie”. Z tym zastrzeżeniem, że po upływie pewnego czasu złodziejowi roweru już odebrać nie można (w zgodzie z „przepisami”), natomiast my nasze prawa możemy odebrać zawsze. I czasami to czynimy, jak np. zrobiliśmy to w 1918, czy w 1989 roku. Tylko tylko, że - jak dotychczasowa historia pokazuje - potem ponownie szybko nas z tych praw okradano (http://grudziecki.salon24.pl/530513,dziedzictwo-solidarnosci-zobowiazuje ).
 
Metod, technik, sposobów.... okradania ludzi z przyrodzonego im prawa do decydowania o tych podmiotach, które tworzą (n.p. gmina, państwo, Unia Europejska) jest nieskończenie wiele, bo ci, którzy tych czynów dokonują, te metody, techniki, sposoby... doskonalili przez tysiąclecia i nadal je doskonalą. Mają w tym wymierny interes. Zawłaszczenie praw politycznych jest bowiem jedynie „furtką” do zawłaszczania innych praw, w tym tych o charakterze ekonomicznym, a także „furtką” do faktycznego ograniczania lub pozbawiania ludzi ich wolności różnego typu. Programy takie, jak „Państwo w państwie” jedynie punktowo odsłaniają rzeczywistość faktyczną, diametralnie różną od jej deklaratywnej – na przykład zapisanej w konstytucji – wersji.
 
Współcześnie jednym z „powyższych sposobów” jest takie ukształtowanie ustroju państwa, w tym uchwalenie takich przepisów: „prawa wyborczego”, „prawa” o partiach politycznych itd., które powodują, że obywatele są pozbawieni – w „części” lub w „całości” - swego „udziału” w swej „spółce” - państwie. Nie tylko nie mogą oni w  sposób ciągły współdecydować z innymi obywatelami o tej swojej „spółce” – państwie, ale nawet te „punktowe w czasie” zdarzenia, będące ich udziałem, jakimi są wybory, mają niewiele wspólnego  z autentycznymi i  wolnymi wyborami. Już przed dniem głosowania rzeczywistość jest tak zmanipulowana, że  wybory nie są „narzędziem” obywateli, służącym im do usprawnienia zarządzania ich „spółką” - państwem w sposób pośredni - za pomocą swych przedstawicieli (posłańców, pełnomocników...).
Są one narzędziem zupełnie innych podmiotów, głównie partii politycznych, służącym tym podmiotom do legitymizacji ich – przywłaszczonej „prawem kaduka” - pozycji w tym państwie.
Ci, którzy –sami z siebie – nie mają nie tylko żadnych  praw w tej „spółce” - państwie, ale którzy  sami z siebie nie mają w tym państwie także żadnych uprawnień, posługują się wyborami, aby te uprawnienia, które BEZPRAWNIE sami sobie przypisali – zalegalizować.
 
Ten istniejący obecnie w państwach nazywających się „demokracjami”(i oczywiście, tym bardziej istniejący w wielu innych) „stan rzeczy” został w sposób skrótowy wyrażony w tytule niniejszego tekstu. Obywatel ma „spełnić swą obywatelską powinność”: wrzucić kartkę do urny wyborczej… i spadać. Faktycznie „rządzić” państwem mają inni. Ci, którzy przywłaszczyli sobie „uprawnienie” do decydowania o „sprawach w państwie”... lub którym wydaje się, że takie „uprawnienie” im przysługuje... bo odbyły się wybory(jak głosi np. mój „ulubiony” profesor „od robaczków” - z partii miłościwie nam panującej - który z pianą na ustach obwieszcza coraz to bardziej odkrywcze, podobne „prawdy naukowe”).
 
Obiecałem pisać w sposób „obrazkowy”, więc opisaną powyżej rzeczywistość zobaczymy teraz poprzez jej polską odsłonę.
 
Obywatele mają prawo, jeśli tak chcą, decydować o wszystkich sprawach swej „spółki” - państwa bezpośrednio przez siebie samych, np. w referendum. A przynajmniej wszystkie fundamentalne lub rodzące długofalowe skutki kwestie powinny być tak rozstrzygane.
A jak mamy w Polsce? Od referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej, czyli od 10 lat, nie odbyło się w naszym kraju  żadne referendum. Wszelkie inicjatywy obywateli zmierzające do ich przeprowadzenia zostały zablokowane przez partie polityczne zabetonowane w sejmie.
Niby-przedstawiciele” obywateli w sejmie –nazywani „posłami”, które to słowo oznacza ni mniej, ni więcej tylko „posłańca” - uznają, że mają „uprawnienie” (skąd?) do sprzeciwiania się woli tych, co ich do tego sejmu posłali. Co więcej, kiedy obywatele „nauczyli się” na szczeblu samorządowym korzystać z możliwości odwoływania nie akceptowanych przez siebie „włodarzy” (np. skorumpowanych, nieudolnych czy aroganckich), to Pan Prezydent wyszedł z inicjatywą ustawodawczą, aby obywateli „wyleczyć” z takich dążeń.
 
Spółką” - państwem, która jest własnością dziesiątków milionów obywateli nie da się zarządzać tylko bezpośrednio. Jest tak z wielu względów, ich wyliczanie nie jest jednak tematem tego tekstu. Tekst ten jest owyborach, które powinny być jednym z narzędzi obywateli do pośredniego zarządzania ich własnością. W tym jednym zdaniu mieszczą się wszystkie kryteria wskazujące, kiedy wybory są „właściwe”, a więc nie tylko kiedy są„wolne”, ale i kiedy są„autentyczne” (art. 21 PDPCiO oraz art. 25 MPPPiO). Po prostu - tylko wybory, w których każdy obywatel ma faktyczną, równą z innymi obywatelami, możliwość zadecydowania o określonej „sprawie wspólnej”, np. o wyborze swych przedstawicieli, są właściwe. Co więcej: inne „przepisy” muszą przy tym gwarantować, ze ci „przedstawiciele” obywateli przestaną być przedstawicielami obywateli, kiedy obywatele nabiorą przekonania, że nie reprezentują oni ich tak, jak powinni, bo np. głosują tak, jak im ich przywódcy partyjni nakażą. Wybory – nawet najbardziej „właściwe” - mogą być wiec zaledwie „elementem” pewnej „całości”.  I  powinny być takim elementem.
 
Z czego wynika konieczność takiego, a nie innego uregulowania powyższych rozwiązań ustrojowych? Ano z tego, że tylko przy takich lub podobnych rozwiązaniach obywatele będą w sposób  ciągły wykonywać swoją „władzę właścicielską” w „spółce”- państwie. Rozsądnym rozwiązaniem, którego nie ma aktualnie w żadnym państwie(i to jest pewnie jedna z przyczyn, że żadne państwo nie jest obecnie demokracją) byłoby, aby obywatele swą władzę w państwie sprawowali, między innymi, za pośrednictwem izby, do której nie mogliby kandydować – a potem w nich „zasiadać” - osoby związane z partiami politycznymi i z innymi podmiotami, w tym szczególnie z podmiotami nie-demokratycznymi.
Mogłaby ona pełnić wiele funkcji, ale jedną z nich byłaby kontrola „rządu” i całej administracji państwa. Obok tej izby istniałaby izba mniejsza, wyłaniająca „rząd”, do których kandydowaliby także kandydaci  demokratycznych partii politycznych . Rozwiązanie takie jest na pewno lepsze, niż obecne: czyli z dwiema izbami partyjnymi, z których każda głosuje zgodnie z wolą partyjnych wodzów (Więcej: w/w książka lub „w skrócie” - http://grudziecki.blog.pl/ , zakładka „Ruch Polska Obywateli” lub https://www.facebook.com/pages/Sympatycy-Ruchu-Polska-Obywateli/507409892671624).
 
Powyższe „propozycje” określonych „reform” ustroju państwa zostały tutaj przywołane, aby:
a) wskazać, że wbrew tezom głoszonym przez aparatczyków partyjnych i powiązane z nimi „elity” zupełnie inaczej można ukształtować w przepisach status partii politycznych; tak, aby były one kolejnym „narzędziem” obywateli – np. miejscem ścierania się ich poglądów czy narzędziem do wyłaniania „rządu”, natomiast aby przestały one być narzędziem „w ręku” określonych osób lub określonych grup do wywłaszczania obywateli z państwa;
b) aby uniemożliwić atak na autora tekstu - że tylko krytykuje, a nie proponuje żadnych rozwiązań w miejsce obecnych patologii.
 
Skoro wiemy już, jak  być powinno, a więc, komu i do czego powinny służyć wybory, „nadejszła wielkopomna chwila”, aby zobrazować tę patologiczny cyrk, który „sprzedawany” jest jako «wolne i „demokratyczne” wybory », a który na domiar ma być źródłem „prawa” do dowolnego zmieniania rzeczywistości, bez jakiegokolwiek pytania obywateli o przyzwolenie na nawet najgłupsze, „wydumane” zmiany, ale zawsze... na KOSZT TYCH OBYWATELI.
 
Wyobraźmy sobie, że głosy obywateli to krople deszczu, a poszczególne podmioty wystawiające kandydatów w wyborach to lejki, w które te krople wpadają. 5 z nich to lejki partii politycznych obecnych w parlamencie. Wszystkie one wyróżniają się wielkością, ale 2 z nich są szczególnie monstrualnych rozmiarów. Lejki innych partii wyglądają przy nich jak miniaturki, a lejków Komitetów Wyborczych Wyborców – tych, które przy tak ukształtowanym „prawie wyborczym” zdecydowały się zawiązać - trzeba szukać pod mikroskopem.
Obywatele-wyborcy widzą, że podsuwane im listy wyborcze z kandydatami na rzekomo ich przedstawicieli ułożyło przywództwo tych partii. Widzą też, że nikt ich nie pyta, czy akceptują takich kandydatów na przedstawicieli, którzy rzekomo mają ich reprezentować. Dotychczasowe doświadczenie mówi im, że ci kandydaci, tak zabiegający o ich głosy przed wyborami, tak obiecujący „gruszki na wierzbie”, po wyborach będą dbać o interesy swoje, o interesy tych, którzy ich wystawili i o interesy „grup” (eufemizm, każdy wstawi sobie właściwe słowo) z nimi powiązanych.A najmniej o interesy ich – obywateli, chociaż to ich – obywateli przedstawicielami wyłącznie oni rzekomo są.
 
Obywatele-wyborcy, wyłączni „udziałowcy” w „spółce”- państwie, w swej większości nie zamierzają głosować, bo wielu z nich ma świadomość – mniejszą lub większą, „uświadomioną” lub intuicyjną – sytuacji, w którą zostali wmanewrowani. Jakaś część z nich poszłaby na wybory, gdyby mieli realną możliwość wyboru osób, które rzeczywiście byłyby ich posłańcami.
Podobną chęć głosowania na swoich kandydatów miałoby też wiele osób spośród tych, które decydują się głosować. Jednak faktyczni właściciele największych lejków i osoby powiązane z nimi interesami (choćby chęcią załapania się na listę wyborczą) zadbali, aby faktycznie „wykosić” ewentualną swą konkurencję. I głośno obywatelom-wyborcom przypominają, że ich głosy się zmarnują, jeśli wpadną one do lejka, który nie zostanie dopuszczony do podziału łupów... bo zebrał mniej niż co 20 kroplę. Obywatele się wkurzają, pomstują... i nic nie mogą zrobić. A właściciele największych lejków, którzy tak zmanipulowali cyrk nazywany przez nich « wolnymi i „demokratycznymi" wyborami», śmieją się w kułak, bo zadbali także, aby przypadł im dodatkowy bonus: głosy oddane na lejki nie dopuszczone do podziału łupów przez wymóg przekroczenia 5 % progu.
 
Jaki jest finał tego spektaklu? Jak pokazuje historia taki - około 21% głosów osób uprawnionych do głosowania w wyborach, oddanych w wyżej opisanych warunkach, wystarcza, aby partia lub koalicja partii miała większość w sejmie, aby tworzyła rząd i aby obsadzała wiele innych instytucji w państwie. Czyli – aby stawała się właścicielem państwa. Obywatele, po wrzuceniu kartki do urny, są znowu – tak jak przed dniem wyborów - jedynie petentami, którzy mogą uprzykrzać władcom życie... i z reguły nic więcej. Chyba, że się wkurzą.
.
Ps. Tak „prywatnie” w tym „całokształcie” najbardziej mnie śmieszy pazerność partii politycznych na totalne zawłaszczanie państwa (http://grudziecki.salon24.pl/529679,czy-pies-na-swego-pana-szczeka ). Coraz bardziej upodobniają się przez to do PZPR-u. Z jedną różnicą: co 4 lata możemy sobie wymienić jeden PZPR na inny. I tyle.
 
Najsmutniejsze natomiast w tej naszej rzeczywistości jest dla mnie to, że spośród tych milionów osób, których postawa i zaangażowanie w 1980-81 i w 1988-89 roku umożliwiły obalenie poprzedniego systemu, bardzo wiele ma dzisiaj głodowe renty lub emerytury. Zaś ta grupka, która na ich plecach - i po spiknięciu się z komunistami – doszła w 1989 roku do władzy, „spija teraz śmietankę”, siedzi na ciepłych synekurach i wypina piersi do orderu... I która wspólnie z postkomunistami zbudowała nowy system, który, podobnie jak poprzedni, wywłaszcza te miliony obywateli - i miliony obywateli, które „w międzyczasie” zdążyły się narodzić – z państwa, które jest ich własnością.
............................
1. Mit (def. autora) – utrwalone i nadal rozpowszechniane wyobrażenie, nieadekwatne do rzeczywistości. W ujęciu potocznym – bzdura;
2.”Niby-demokracja” (def. autora) – ustrój nie będący demokracją, ale jako taki prezentowany określonemu ogółowi, będący najczęściej „misz-maszem” oligarchii, autokracji, czasem także dyktatury. O uznaniu go za „demokrację” mają przesądzać określone „wyznaczniki”. Jednym z nich ma być przeprowadzenie wyborów.
....................................
INNE TEKSTY AUTORA NA: http://grudziecki.blog.pl/
 
 
Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale