Za komuny było prościej – byli Oni i byliśmy My. Oni byli dyrektorami, dostawali tanie mieszkania i samochody. My mieliśmy naszą niszę ekologiczną, za późnej komuny nawet sporą. Mogliśmy studiować, pracować, ale – poza wyjątkami – mogliśmy zapomnieć o kierowniczych stanowiskach. W Polityce, która podówczas uchodziła za organ światlejszych kręgów władzy, ukazał się cykl artykułów o odkrywczym tytule Dobry fachowiec, ale bezpartyjny, sugerujący by w naszym apartheidzie jednak dopuścić czarnuchów i mieszańców do pewnych funkcji. My chodziliśmy do kościoła, Oni chrzcili dzieci w odległych parafiach. Pamiętam, gdy na Boże Ciało dawali Bonanzę, a My szliśmy na procesję. Tak tanio się nie sprzedamy!
Rzadko rozmawialiśmy. Przypominam sobie, gdy na kursie francuskiego we Francji wśród Naszych był też jeden Ichni, sympatyczny człowiek, prorektor jednej uczelni. Wieczorem opowiadał nam raz, że co dwa lata dostaje przydział na nową ładę, którą potem drożej sprzedaje niż kupił. Komentowaliśmy potem, za plecami oczywiście, że robisz to chłopie ze nasze pieniądze. Nie kłóciliśmy się o ideologię, bo socjalistyczne mantry powtarzano jak zdrowaśki, a wszyscy wiedzieli, że komunizowanie to sposób na dorobienie się, szybsze i z mniejszym wysiłkiem. Słuchaliśmy Wolnej Europy, ale wiedzieliśmy, że za naszego życia się to nie rozpadnie, więc co parę lat szliśmy na mszę, potem po pączki na niedzielny deser, a potem wrzucaliśmy kartkę do urny, nie czytając jej treści. W poniedziałek tato czytał wyniki, w Krakowie było najniżej, tylko 95% za – tam to skreślali! Z dzieciństwa pamiętam jednak, że na imieninach, przy stole pełnym wędlin, sałatki jarzynowej i faszerowanychjajek,mąż którejś z przyszywanych cioć wdawał się z moim tatą w dyskusję, po której tato się robił czerwony na twarzy. A tamten był pewnie czerwony ideologicznie, ale szczegółów, jako dziecko, nie rozumiałem.
A teraz? Wszystko się wymieszało na nowo. Rodziny się dzielą, z przyjaciółmi trudno rozmawiać. Podczas jednej wizyta w Polsce spotkałem się z dawną znajomą, przemiłą i mądrą damą, a nagle ona mi nagle mówi, że Palikot to inteligentny gość. Zmieniliśmy szybko temat na dzieci, rodzinę i pracę, udało się uratować wieczór. Jeżeli nie jestem pewien czyjejś orientacji, raczej gryzę się w język, gdy przyjdzie mi ochota na dywagacje polityczne. Sprawdzam dyskretnie, bo nie chcę zaczynać tyrady, po której musielibyśmy się pokłócić. A dyskusje te bywają namiętne, bo obaj chcielibyśmy nawrócić adwersarza, obaj mamy święte racje i ratujemy ojczyznę miłą.
Czy tak nigdy nie było? Oczywiście, na wstępie idealizowałem jasny podział z czasów komuny. Tak było za Gomułki, a zwłaszcza za Gierka, ale po wojnie musiało być podobnie, gdy niektórzy wybrali opór, choćby wewnętrzny, a inni opowiedzieli się za realizmem politycznym. I wtedy nie chodziło o przydział na samochód lub kierownictwo instytutu, były przyjaciel mógł wysłać do więzienia lub na rozwałkę.
Co mnie fascynuje, to to, że obie strony obserwują poniekąd te same fakty, lecz wyciągają z nich diametralnie przeciwne wnioski. Oczywiście, informacje te są wstępnie przefiltrowane przez przeciwne media, więc dochodzą do odbiorców już nie w formie czystej. Czy to się sklei? Trudno będzie. To jeszcze nie jest ten etap, jak między Koreą Północną i Południową, ale zaszło to dość daleko.
Teraz byłby czas na komentarz o zaostrzaniu się walki klasowej w miarę postępu tuskizmu-michnikizmu, o tym, jak władza szuka wroga, dybiącego na nasz dorobek, by się z nim bezpardonowo rozprawić. Ale w okresie wigilijnym miejmy nadzieję, że nasi oponenci przemówią ludzkim głosem i spróbujmy to zrobić i my, choć to oczywiście my mamy rację. I jeżeli się nie da, nie musimy rozmawiać o polityce. Niech nas połączy nadziewana kaczka bezpodtekstowa z buraczkami. I karp po żydowsku, jak kto lubi. I inne nasze narodowe potrawy, jak ruskie pierogi, czy ryba po grecku i fasolka po bretońsku. A po Świętach? Może by zmniejszyć tempo i intensywność młócki? Może by spojrzeć na drugiego jak na człowieka? A potem – zobaczymy.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)