Przeczytałem tu zacytowaną notkę pani Krystyny Koziewicz, polonijnej dziennikarki z Berlina.
Fajnie, że podobało jej się w Warszawie. Gdy przyjeżdżam jako turysta, na szwajcarskim budżecie, też mi się wiele podoba. Najbardziej spotkania z przyjaciółmi i pierogi.
W jej tekście jednak zwróciło moją uwagę co innego. Jak już inni zauważali, dziwne że dziennikarka polonijna, osoba z natury ciekawa świata, nie zawitała do Polski na dłuższą chwilę prze 23 lata. Chciałoby się powiedzieć - Berlin jest bliżej niż Sydney, jeździ bezpośredni pociąg, nawet drogi pewnie są znośne. Na granicy celnicy nie każą rozkręcić samochodu. Więc dziwne to...
Ale jest jeszcze inny aspekt. Pani Koziewicz pisze:
Moją ojczyznę opuszczałam, kiedy dogorywała komuna, kiedy upadały partyjne autorytety, wartości etyczno- moralne, instytucje państwowe, gospodarka, kultura i w ogóle całe państwo ledwo trzymało się na chwiejnych nogach.
Na ja, liebe Frau Kosiewitsch...
Ja po 1989 się zastanawiałem, czy to nie moment, gdy moja Ojczyzna się wresczcie nie odrodzi, czy nie powinienem - jak wojenni emigranci w 1956 - wrócić. Przyznaję: po 8 latach na Zachodzie nie zrobiłem tego. Ale jednak sformułowanie, że upadały wartości etyczno-moralne, trochę mnie szokuje. Upadały partyjne autorytety - na pewno. Ale to chyba było źródłem nadziei, a nie rozpaczy.
Podsumowując: pani Koziewicz wydaje się mieć dość specyficzne podejście do rzeczywistości, ciekawe co jest jego źródłem?
Ale w jednym punkcie się zgadzam: Polska jest warta odwiedzenia, wszystkim znajomym polecam jej uroki (oprócz infrastruktury komunikacyjnej). Ale to nie HGW ani PO wykopała jeziora mazurskie, ani nie zasadziła Puszczy Białowieskiej. Nawet Wawel wybudowano za feudalizmu, a warszawskie Stare Miasto za stalinizmu.
Turysta po trzech tygodniach wyjedzie. A co ma robić nie-turysta? Pójść na referendum :-)
(mimo przeciwnych zaleceń antysystemowej, antydemokratycznej partii rządzącej)


Komentarze
Pokaż komentarze (2)