Rok 1912.
Filip z pokładu statku spoglądał na zbliżające się wybrzeże Szkocji. Dziś dotrze do portu w Glasgow po sześciu latach tułaczki i ciężkiej pracy w fabrykach Detroit. Z Glasgow już tylko skok do Antwerpii lub Hamburga, a później już tylko koleją prze kilka kordonów i będzie znów w Polsce.
Ze swojej rodzinnej wsi Piestrzec wyjechał zimą 1906 r., miał wtedy 20 lat. Jego wyjazd to była ucieczka przed nędzą, brakiem szans na zmianę swojego losu i bardzo realną groźbą poboru do carskiej armii. Bał się, że powtórzy się historia jego ojca i wielu innych mężczyzn z rodzinnej wsi. Mężczyzn, których zabrano swego czasu jako rekrutów na wojnę gdzieś na Kaukazie (na Kapkazie jak mówił później Filip). Ci który wrócili, zazwyczaj nie mieli już czego szukać w swoich domach i wsiach. Pokaleczeni, wcześnie zestarzali, często bez szans na własne gospodarstwo i rodzinę. Ich upatrzone dziewczyny już dawno wyszły za innych.
Sześć lat w Stanach Zjednoczonych nauczyło go, że można inaczej żyć. Odłożył trochę pieniędzy, za które ma zamiar kupić kawałek ziemi. Nauczył się języka, poznał kawałek świata, zna się na maszynach, w głowie ma już wizję, że kiedyś obok roli zajmie się handlem. Ma nadzieję, że jego dzieciom, wnukom będzie się żyło lepiej niż jemu. Że będą chodzić do szkół, pracować i marzyć. Że nigdy nie będą uciekać.
Rok 2012.
Justyna, prawnuczka Filipa, od 10 lat mieszka i pracuje w UK. Wyjechała jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Najpierw do Francji na studia. Potem przeniosła się do Londynu. Tu poznała swojego męża Pawła, chłopaka z okolic Łodzi. Żyje im się dobrze. Mieszkanie, samochód i praca, która pozwala na pogodzenie obowiązków z dbałością o rodzinę. A przecież zawsze chciała mieć rodzinę. I mają dwie córeczki. Ich szczęście i nadzieja.
Czy kiedyś wrócą do kraju? Raczej nie. Paweł w kraju może liczyć tylko na taką pracę, która nie wystarczy na utrzymanie rodziny. Justyna musiałaby szukać czegoś dla siebie na pełny etat. A dziewczynki są przyzwyczajone, że mama jest cała dla nich.
Tylko czasem zrobi się jakoś tak smutno. Jak ostatnio gdy Justyna przyjechała z dziećmi do swojego brata w Polsce.
Poszli razem z dziewczynkami na plac zabaw. Dziewczynki pobawią się z innymi dziećmi, a oni sobie swobodnie porozmawiają. Bez babci, która wreszcie mogła dorwać się do tak rzadko widzianych wnusi. Dziewczynkom bardzo podobała się nowa piaskownica, huśtawki i park linowy. Cieszą się, że są z nimi inne dzieci do wspólnej zabawy. Na koniec starsza (4 l) mówi:
- Wiesz wujku. Tu jest fajnie.
- I wiesz – dodała ciszej
- Że wszystkie dzieci na tym placu mówią po polsku?
***
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/sueddeutsche-zeitung-polska-przezywa-najwieksza-fale-emigracji-od-100-lat/yrtt0
(...)w 2013 roku poza granicami Polski żyło 2,2 mln obywateli RP. W rzeczywistości liczba ta może wynosić 2,6 do 2,7 mln - twierdzi "SZ". Dla porównania podaje, że na początku XX wieku z ziem polskich wyemigrowało do USA 3,5 mln osób. (...)
***
w średnim wieku, niezbyt dynamiczny, z małego miasta przeniosłem się do dużego by w końcu uciec na wieś ;) Jeżeli przez jakiś dłuższy czas mnie nie ma to znaczy, że straszę prosiaki w lesie. kmarius[at]poczta.fm
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Rozmaitości