Stoły przepełnione nabzdyczałymi kurczakami, które wymoczone w podejrzanego pochodzenia sosie towrzyły kombinację zwaną piramidką rozkoszy. Zwykły rosół przyodział nazwę "Złotej przygody z wypieczonymi kluseczkami", a pokrojony w plasterki pomidor "Okrągłej wyspy Czerwonego przylądka". A wszystko dlatego, że tego pomidora spróbował Opania, Wiśniewska, lub po prostu jeden z wielu nieznanych znanych...
Bankiet na zakończenie Festwialu "Dwa Teatry".
Sopocki Sheraton, błysk tysiąca fleszy, może jedna, góra dwie na prawdę znane postacie warte poświęcenia im uwagi i specyficznego, jak na Polaka widzącego "gwiazdę" przystało, wieleznaczącego "wow". I nikt więcej. Reżyserowie podrzędnych spektakli, paru niewyżytych artystycznie scenarzystów, kilku wygłodniałych i dawno zapomnianych artystów...
Najlepiej prezentował się Marian Opania. Nie rzucał się jak wygłodniały szczur na "Kartofelki otulone zieloną nadzieją", czyli normalne ziemniaki z koperkiem, czy jak niewyżyty Szyc na niezłe nawet tego wieczora czerwone wino. Przechadzał się wolno między stolikami uśmiechając się do wszystkich. Równie dobre wrażenie wywarła na mnie Edyta Jungowska. Choć ubrana ona była jak na parafialne dożynki, na bankiet weszła spóźniona, porozmawiała z istotnymi dla niej ludźmi, wypiła kulturalnie kieliszek wina i niezauważalnie opuściła towarzystwo. Krzysztof Kowalewski brylował. Pozował do zdjęć, uśmiechał się, zaliczył chyba każde możliwe jedzeniowe stanowisko. Od roladek szpinakowych, przez krem brokułowy skończywszy dopiero w sekcji deserów. Jednkże jego najbardziej optymistyczne podejście do sprawy wyrózniało go z tłumu nabzdyczałych i przepełnionych gwiazdroskim powietrzem pseudo artystów. Większość nikomu nieznana, inni rozpoznawani dzięki niewielkim rólkom w Polsatowskich serialach. Jednakże to własnie ci, najbardziej "odwaleni", przygotowani do dziekiego lansu na salonach przechadzali się po nich niczym cmentarne hieny próbując za wszelką cenę puścić oczko do tego dla którego warto zaryzykować ruch wytuszowanymi rzęsami.
Organizacja bankietu była marna. Sopocianie tak prawde mówiąc po godzinie 12 mogli od tak po prostu wejść do Sheratonu i, że tak powiem "nażreć się na zapas", ponieważ to właśnie tego Wieczora to dania były gwiazdami...
I gdzie jest ten artyzm?
Ten prawdziwy artyzm, przepych, inteligencja uciskająca kresomózgowie?
Te czasy, w których brylowali aktorzy, a nie ziemniak zatopiony w śmietanowym sosie?


Komentarze
Pokaż komentarze (7)