Ten, który cenił jej muzykę, miał klapki na oczach widząc zapadającą się artystkę w wir uzależnień XXI w. wyobraża sobie 23 lipca dniem kiedy biedna Amy spacerowała po swoim mieszkaniu dostając nagle ataku serca i umierając śmiercią naturalną zabierając tym samym fanom możliwość zrobienia sobie z chodzącym zgonem zdjęcia na najbliższym koncercie.
Przeciwinicy, może niekoniecznie jej muzyki, lecz stylu bycia widzą to tak. Zjarana Amy, zapita Amy, zdesperowana Amy... Trup. Strzykawka w przedramieniu, zakrwawione łózko, a dokoła niego dziesięć pustych butelek po szkodzkiej Whisky.
Faktu nie zmieni, że wokalistka, która podobno zmieniła muzykę POP, jak robi to każda wschodząca gwiazda, umarła. Fani przepełnieni żalem, jak kiedyś za Kurtem Cobainem, składają kwiaty, zapalają internetowe znicze, portale społecznościowe pękają od próśb " Amy wracaj! " czy " Boże, zabierz Justina Biebera, oddaj Amy! "...
Śmierć artysty dla fana jest ciosem, jednakże na tle teraźniejszych wydarzeń ludzie powinni unieść głowy i zwrócić uwagę na północ. Czy te piękne i wychwalane pod niebiosa Fiordy, aż tak bardzo zasłoniły tragedię, która w ostatnich dniach rozgrywa się na terenie wszystkim nam znanej Norwegii? Czym jest śmierć 91 niewinnych ludzi w porównaniu do śmierci artystki, która sama jest sobie winna tego, że dziesiejszego dnia została znaleziona martwa?
Dragi, wódka lejąca się litrami, anoreksja, piosenki nagrane na siłę i seria odwołanych tras koncertowych. Za co ją kochaliście? Za to, że jak sama zaśpiewała "They tried to make me go to rehab, but I said "no no no"". Sama oddała się w ręcę tej przysłowiowej kostuchy.
A czym oddali się ci ludzie? Tym, że szli do pracy i nagle dostali kulkę w łeb? Czy może tym, że akurat oni urodzili się w kraju łosia, a nie ktoś inny?
Młodzi ludzie nie mogą pojąć informacji "Zginęło 91 osób". Dla niech jest to wyłącznie liczba. Lecz gdy w mediach podają imię i nazwisko, dane osoby, na której koncert w Bydgoszczy miałeś już bilet coś się w sercu kroi. To tak jak by zamiast tej liczby "91" w mediach zaczęli wymieniać Adasiowi Kowalskiemu, że zginął:
" Wujek Andrzej Kowlaski, Ciocia Zyta Kowalska, Stryjek Marian Kowalski, Kuzynka Kunegunda Kowalska... " i tak do 91.
Może dopiero wtedy ten Adaś Kowalski pojął by sens tej jakże strasznej Dziewięćdziesiątki jedynki. Statystyka jest niczym. To musi zaboleć. Bo co Adasia interesuje człowiek, którego twarzy nigdy nie poznał?
W mediach stoczy się teraz mecz o pośmiertne 5 minut sławy.
Śmierć 91 niewinnych ludzi VS śmierci winnej sobie Amy Winehous-a.
Kto go wygra?
Odpowiedź jest już znana.


Komentarze
Pokaż komentarze (35)