Homocon Homocon
304
BLOG

Tusk, geniusz polityczny i niemiecka agenda

Homocon Homocon Polityka zagraniczna Obserwuj temat Obserwuj notkę 7
Czy może być tak, że Tusk jest przeciw, bo jest za i tak naprawdę jest za, mimo że pozornie teraz jest przeciw? Jest to dość zagmatwane, ale tak do końca niepozbawione racji. Daleki jestem od ogłaszania Tuska geniuszem politycznym, ale tą zagrywką w Parlamencie Europejskim wykazał się nie lada sprytem.

WPolsce Tv red. Jakubowska zadała pytanie czy Tusk tylko udaje, że jest przeciw zmianom traktatowym Unii Europejskiej i jakkolwiek pytanie to wydaje się dość absurdalne (bo jednak PO ostatecznie głosowało przeciw ich wprowadzeniu), to wynika z głębokiej podejrzliwości, szczególnie po prawej stronie, względem tego polityka. Zresztą uzasadnionej w wielu kwestiach.

Otóż fakt, że Platforma głosowało przeciw, po pierwsze nic nie zmienił o tyle, że projekt przeszedł, więc gdyby co, to europejscy zwolennicy „federalizacji” nie mają o co się jej czepiać. Co innego gdyby głosująca przeciw PO uwaliłaby cały projekt, bo zabrakłoby kilku głosów za. Kilka głosów europejskich Ludowców/Chadeków nie mogło nic tu zmienić przy jednolitym bloku Liberałów i lewicy. Więc Tusk mógł wykalkulować sobie, że może sobie pozwolić na bycie przeciw, bez większych konsekwencji. Z EPL go przecież nie wywalą.

Jednocześnie niejako PO wyeliminowało ten temat z polskiego podwórka. PiS oczywiście przebierało nóżkami, marząc o tym, jak to będą mogli oskarżać Tuska i jego epikę o „zdradę”. A tu taka niespodzianka. PiS-owi odebrane zostało ważne narzędzie polityczne, jakim PiS chciał przez najbliższe miesiące walić w rząd Tuska. Ale teraz rząd jest kryty, bo przecież był „przeciw”.

Dwa największe ugrupowania w Polsce mówią nie. Tusk jest nacjonalistą i patriotą nie mniejszym niż Kaczyński. Tylko czekać aż GW oskarży go (bo chyba powinna) o ksenofobię. Stąd też łatwo dowodzić, że postawa PO była bardziej kalkulacją niż „odruchem serca”.

No, ale przecież, myśli sobie polski prawicowiec, Tusk to ewidentnie agent Niemiec lub co najmniej człowiek świadomie realizujący Ich interesy u nas: CPK, sprawa Świnoujścia czy jeszcze dawniejsza uległość względem polityki zbliżenia Berlina i Moskwy. To więc jak to jest z tą „agenturalnością” premiera in spe?

Zarzut ten wynika z faktu, że po każdym polityku spodziewamy się, że działa on, mając głęboko przemyślaną agendę. Że jest on racjonalnym monolitem, który wszystkie swoje zamierzenia koordynuje z perspektywy tego jednego, najważniejszego dlań celu. No, może dotyczy to tych najważniejszych.

Jeśli Tusk działa lub zapowiada działanie sprzeczne samo w sobie, dziwne lub też w gruncie szkodliwe jak na przykład w sprawie Karpińskiego (potencjalne zyski jednak są mniejsze niż straty wizerunkowe) podejrzewamy, że musi być tu ukryte drugie, trzecie dno. Potrzeba racjonalizacji szuka uzasadnienia choćby w przekonaniu, że może on wyłącznie realizować czyjeś, np. niemieckie interesu. Dawniej reset, dziś CPK dowodzą tego dobitnie.

Skoro już ustaliliśmy, że Tusk jest człowiekiem realizującym agendę Berlina, to gdy trafiamy na działania niezgodne z tym faktem, mówimy sobie: on tylko udaje, że jest przeciw. I można jechać dalej. Sprawa jednak jest wedle mnie nie tak prosta. Otóż Tusk nie może realizować agendy niemieckiej w Polsce, bo Berlin nie posiada obecnie jednej ustalonej agendy, którą Tusk miałby, gdyby nawet chciał i o nią błagał, wcielać w życie.

Już jednak słyszę ten chór oburzenia. Jak to? Przecież Berlin ma agendę. Otóż chce on podporządkować sobie Europę! Całą. Od Lizbony po Władywostok, wróć, Władykaukaz, nie, tego… dobra: Lublin. Od Lizbony po Lublin. Wszystko ma być zarządzanie z Berlina, przez szwabskich komisarzy ubranych w gustowne pruskie hełmy.

Jest to mniej więcej poziom amerykańskich konserwatystów, którzy na pytanie czego pragną liberałowie,zawsze unisono mówią: kontrolować społeczeństwo! Jakby samym konserwatystą w sumie nie chodziło o to samo, czyż nie? Czy więc Berlinowi marzy się „władza nad kontynentem”? W sumie może i marzy, jak Albanii zjednoczenie z Kosowem, Chorwacji wchłonięcie Bośni, a Hiszpanii odzyskanie kolonii.

Są to zwyczajnie ogólniki. Choćby w sprawie tzw. „federalizacji”: czy Berlin jest jej zwolennikiem? Odpowiedź jest prosta, acz zagadkowa: tak, ale pod warunkiem, że Niemcy nie będą częścią Federacji Europejskiej. Francja i Niemcy chcą federalizacji Europy – słyszymy, lecz przecież dość oczywiste jest, że stając się częścią takowej poświęciłyby swoją, drogą im, suwerenność. Na co przecież ani Berlin, ani Paryż się nie zgodzą. W całej Francji i Niemczech nie ma tylu „federalistów”, by przepchnęli odebranie tym dwóm ich atrybutów i niepodległości.

Stąd też musi wynikać, że „federalizacja” to nie żadna wielka strategia, tylko nic więcej jak taktyczna zagrywka celem… No właśnie? Sprawy są zasadniczo dwie: czyli likwidacja prawa veta oraz przekazanie nowych kompetencji Brukseli, tym razem w zakresie związanym z wojskowością i bezpieczeństwem. Ta druga sprawa ulegnie zapewne z czasem daleko idącej redukcji. To na czym zależy Berlinowi najbardziej to sprawa veta. Francja zainteresowana jest powołaniem „wojska europejskiego”, czyli tak naprawdę ujednoliceniu sił zbrojnych Unii, z powołaniem dodatkowych, ponadnarodowych sił szybkiego reagowania wraz z jednolitym dowództwem.

Ale wbrew mniemaniom nie są to daleko idące plany. Czy raczej rozwiązanie bardziej bieżących problemów. W przypadku Berlina można mówić o długofalowej strategii osłabiania poszczególnych rządów narodowych, lecz bez załamania ich zdolności kierowania, lecz nie znaczy to, że ma on na ten temat obsesję. Berlin nie ma absolutnie zamiaru bezpośrednio, czy nawet via Bruksela kierować poszczególnymi krajami, bo nie ma na to środków.

Ostatnie dwa lata (a może ostatnie 10) pokazały jednak Berlinowi, że jego pozycja jako lidera Europy jest kwestionowalna. Berlin m.in. przeprowadzał u siebie transformację energetyczną, jednocześnie narzucając ją innym (ważne, poza Francją, za wysokie progi), sądząc, że da mu to dominującą pozycję na (nowym) rynku energetycznym. Popierający w 2015 r. masową migrację dziś naciska na kraje Europy Wschodniej i Południowej, aby te uszczelniały granice Są to zagrywki ewidentnie mające realizować egoistyczny interes Niemiec – ich własne bezpieczeństwo.

Jednak same elity niemieckie są mocno determinowane przez wiarę w projekt europejski i przekonanie, że będzie on swoistym lokalnym „końcem historii”. Przy jednoczesnej wierze, że to Berlin musi, jako najbardziej zaawansowany w realizacji europejskich wartości, budowie tej jednej Europy przewodzić. Niemcy więc tkwią między polityką wykorzystywania mechanizmów unijnych dla realizacji swoich interesów a jednoczesną wiarą w głęboki sens unijnego projektu, nawet jeśli trzeba go czasami realizować pod przymusem.

Z perspektywy Berlina można wykorzystać Tuska, jego polityczną agendę „zemsty” na PiS i wysadzania dużych projektów inwestycyjnych (CPK, kontrakty wojskowe) do załatwienia kilku spraw dla Niemiec. Ale gdyby nawet mogły one „sterować” czy naciskać na Tuska to muszą być świadome, że Polacy mogą nie być zbyt tolerancyjni dla „Tuska-Niemca”. Tym bardziej w sprawie zmiany traktatów Tusk musi sobie zdawać, jak niewielkie w Polsce będzie poparcie dla takich przekształceń „europejskiego domu”.

Gdybym miał poszukiwać agendy Berlina, sugerowałbym, że Niemcy są świadome, że zakres tych zmian jest nie do zaakceptowania dla dużych i średnich krajów Unii. Więc może celem jest właśnie to, by projekt przepadł i aby można ogłosić w Berlinie, że Unia jest „niereformowalna”. Co za tym idzie, trzeba nowej Unii, bez problematycznych krajów jak Polska. Więc może w sumie Tusk realizuje agendę niemiecką, tylko sam nie ma pojęcia jaką.


Homocon
O mnie Homocon

Zajmuję się głównie tematyką międzynarodową, polityką zagraniczną; z przekonań sceptyczny konserwatysta. Na salonie24 teksty o geopolityce, społeczeństwie, kulturze, felietony. https://twitter.com/azarzGrajczyski

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka