Jednym z głównych elementów rewolucji „Solidarności” było złamanie monopolu informacyjnego komunistycznej władzy. Prawda w przestrzeni publicznej i system polityczny oparty na kłamstwie oraz przemocy nie mogły jednak długo współegzystować.
O stosunku robotników do środków masowego przekazu najlepiej świadczy fakt, iż w początkowej fazie Wielkiego Strajku z sierpnia 1980 roku, nie wpuszczono na teren stoczni „Warskiego” - tradycyjnie już będącej centrum strajkowym - żadnych dziennikarzy. Do dnia dzisiejszego Marian Jurczyk wspomina, iż był to błąd. Dodajmy, że był to jeden z licznych błędów oraz uwarunkowań obiektywnych, który spowodował, iż struktury „Solidarności” na Pomorzu Zachodnim były zawsze drugie, tak pod względem siły, możliwości oddziaływania, jak i stopnia zorganizowania. Zachodni korespondenci jechali do Gdańska i to relacje stamtąd oglądał cały świat. Bezprecedensowy ruch społeczny, który zamknął się organizacyjnie w formie związku zawodowego od samego początku swego istnienia buduje własne, niezależne od władzy sposoby komunikowania się z manipulowanym przez propagandę społeczeństwem.
Na uznawaną powszechnie jako błąd decyzję o niewpuszczaniu na teren stoczni dziennikarzy - dodajmy, iż wówczas nie wpuszczono również szczecińskich przedstawicieli opozycji politycznej, bojąc się właśnie zarzutu upolitycznienia protestu - nowe światło może rzucać głośna w ostatnim czasie książka autorstwa Artura Domosławskiego „Kapuściński non- fiction”. Wynika z niej, iż najsłynniejszy polski reporter (doby PRL) nie przyjechał do Szczecina z inicjatywy własnej czy też redakcji, z którą współpracował. Poprosił go o to wicepremier Barcikowski, który miał negocjować zakończenie strajku ze szczecińskimi robotnikami. Barcikowski potrzebował informacji innej niż te produkowane przez sypiące się struktury partyjne czy w mniejszym stopniu bezpieczniackie. Kapuściński miał „zrobić rozeznanie, co słychać w stoczni, jakie są nastroje wśród strajkujących”. „Rysiek nie robił tajemnicy z tego, że pojechał do stoczni w Szczecinie na prośbę Barcikowskiego” - mówi jeden z dyskutantów Domosławskiego. Nie zachowały się żadne informacje czy analizy Kapuścińskiego z wizyty w Szczecinie, w prasie nie ukazał się żaden tekst jego autorstwa dotyczący Szczecina. Co robił, gdzie spał, z kim rozmawiał autor „Cesarza” w czasie sierpniowej wizyty w Szczecinie, nie udało mi się ustalić. Przykład Kapuścińskiego pokazuje, iż strajkujący mogli mieć uzasadnione wątpliwości, co do intencji przybywających do stoczni dziennikarzy. Z drugiej strony, wielką rolę w Szczecinie odegrali  Małgorzata Szejnert i Tomasz Zalewski, dziennikarze „Literatury”, której naczelnym był wówczas Jerzy Putrament. Pomagali oni tworzyć redakcję najważniejszego solidarnościowego pisma Szczecina, jak również zebrali relacje, które posłużyły im do stworzenia jednej z ważniejszych książek pokazujących buntujące się na przestrzeni kilku dekad miasto.
Punkt trzeci „Porozumień Gdańskich” zawierał następujące ustalenia: „Działalność radia i telewizji oraz prasy i wydawnictw powinna służyć wyrażaniu różnorodności myśli, poglądów i sądów. Powinna ona podlegać społecznej kontroli”. Jednak to zobowiązanie nigdy nie zostało wykonane, o prawdziwie wolną prasę społeczeństwo, zorganizowane pod egidą „Solidarności”, musiało stoczyć twardy bój. Tak jego przebieg opisał w prasie jeden z uważnych obserwatorów i uczestników: „Porozumienie sierpniowe zakładało, że NSZZ Solidarność będzie miało prawo do własnych publikacji. Aż siedem miesięcy po porozumieniach trwała walka o możliwość drukowania ogólnozwiązkowego „Tygodnika Solidarność” (półmilionowy nakład – przyp. aut.). Wcześniej pojawiły się w normalnym obiegu – a to znaczy także pod nadzorem cenzury – inne periodyki w Szczecinie. Władze zapowiadają udzielenie zgody na publikację tygodników związkowych w kilku jeszcze innych miastach. Nie realizowano przez wiele miesięcy przyrzeczenia o umożliwianiu założenia wydawnictwa związkowego. Jednakże wszystkie nasze organizacje regionalne wszczęły od pierwszej chwili działania wydawnicze, w miarę posiadania środków, a z czasem przy pomocy urządzeń poligraficznych, jakie uzyskaliśmy od zaprzyjaźnionych z nami związków zawodowych. Chodziło o stworzenie systemu informacji wewnątrzzwiązkowej, funkcjonowanie obiegu opinii i poglądów wewnątrz związku. Powstały i funkcjonują setki biuletynów związkowych, regionalnych, branżowych, środowiskowych czy zakładowych. Rozszerzenie się sfery prawdy w obiegu informacji działało przecież hamująco na upowszechnianie nieprawdy. W Regionie Mazowsze powołano agencję informacyjną prasy związkowej”.

Negocjacje z rządem komunistycznym w sprawie dostępu „Solidarności” do mediów trwały od jesieni 1980. Doszło do pewnych ustaleń w sprawie przydziału papieru dla prasy związkowej. O telewizji i radio nie mogło być mowy, mimo że strona związkowa walczyła o „umożliwienie publicznej odpowiedzi na ataki na „Solidarność”, domagano się audycji przygotowywanych przez „Solidarność” oraz utworzenia w Komitecie Radia i TV specjalnych redakcji zajmujących się sprawami związku. ”Wybuch” wydawnictw drugoobiegowych, spowodował rozpoczęcie w 1981 przez władze pracy nad nowa ustawą o cenzurze, która w zamierzeniu władz miała doprowadzić do objęcia cenzurą wydawnictw, które w „karnawale solidarności” ignorowały ją. W końcu, w maju 1981, podpisano porozumienie, które gwarantowało „Solidarności” „prawo do repliki, do przekazywania informacji czy wreszcie do kilkudziesięciominutowego miejsca na ekranie telewizyjnym.” Związek jednak nie był w stanie tego wyegzekwować. 31 lipca uchylony został dekret z 5 lipca 1946 o utworzeniu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, uchwalono jednocześnie ustawę o kontroli publikacji i widowisk. Treść tej ustawy była „kompromisem” miedzy projektem rządowym a społecznym popieranym przez „Solidarność” Zalegalizowanie części solidarnościowych tytułów spowodowało, iż ich redakcje zaczęły zmagać się ze szczecińską cenzurą, czyli pracownikami delegatury GUKPPiW (a nie Wojewódzkiego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, jak pisze pracownik szczecińskiego IPN Paweł Szulc, takiej instytucji nigdy nie było) z ulicy Farnej, kierowanej przez Hieronima Reimusa. Historycy dotychczas nie odpowiedzieli nam jednoznacznie na pytanie, dlaczego władza zgodziła się na zalegalizowanie szczecińskiej „Jedności” na cztery miesiące przed „Tygodnikiem Solidarność”. Nie odtworzono „gry politycznej”, której celem mogło być np. osłabienie pozycji Trójmiasta w ruchu solidarnościowym, wzrost napięcia między dwoma centrami związkowymi czy w końcu wciągnięcie popularnego pisma w system cenzuralnej kontroli. Według dziennikarza „Jedności” (uciekiniera z „Kuriera Szczecińskiego”), Tomasza Zielińskiego, decyzji władz bardzo sprzyjały liczne artykuły M. Kaweckiego, które pisane były w duchu socjalizmu. Ciekawe wydaje się również założenie, iż władza preferowała „Jedność” widząc brak jej powiązania z opozycją polityczną (Gdańskiego protoplastę i odpowiednika „Jedności” redagowali m.in. Ewa Milewicz, Mariusz Wilk czy Krzysztof Wyszkowski) oraz słabszą niż w Gdańsku profesjonalizację zespołu redakcyjnego.więcej