3 obserwujących
556 notek
227k odsłon
  102   0

Oswabadzające ozdrowienie: Mystic Festiwal 2022 - Relacja

Największym showmanem okazał się klawiszowiec Joakim Svalberg, którym miotało niczym łajbę na wzburzonym Bałtyku. 

Wracając do kwestii repertuaru, grali w zasadzie swoisty the best of lat 2001-2019 z malutkim wyjątkiem, pominięcia płyty Watershed (2008). Dzięki temu posmakować można było w twórczości Opeth, śledząc ich ewolucję już dojrzałego, progresywnego stadium. Nie powiem, że był to dynamiczny koncert, jednak o odpowiedniej dramaturgii osnutej aurą tajemniczości. Lżejsze elementy kontrowane były bardziej dosadnym, cięższym brzmieniem jednak zachowaniem poczucia harmonii. Momentami zapędzali się w wręcz jazzujące rejony. Dzięki doskonałemu nagłośnieniu można było sycić się technicznym umiejętnościami i finezją współczesnej twórczości Opeth.

To był jeden z najlepiej przyjętych przez publiczność zespołów tegorocznej edycji festiwalu.
Ludziska sami z własnej inicjatywy, rzeczywiście śpiewała nie wydzierając się. Z drugiej strony część fanów Opeth okazało się sztywniakami (co najmniej jakby wybrali się do opery) niepotrzebnie komentując głośno zachowujących się innych uczestników, którzy nomen omen przyszli na koncert muzyki metalowej.

Szczególnym momentem było zagranie „The Drapery Falls” z Blackwater Park (2001). Po reakcji sądzę, że był to szczególnie wyczekiwany utwór. Jednak prawdziwe czasy wydarzyły się w trakcie następnego utworu: „In My Time of Need” z albumu Damnation (2003). Przez chwilę miałem wrażenie, że Opeth korzysta z eksperymentalnego systemu w 9.1. - tak pięknie fani dookoła mnie wtórowali Mikaelowi. Dawno nie spotkałem się z taką synchronizacją. Niestety po „Sorceress” zagrali ostatni utwór tamtego wieczora – „Deliverance” z albumu o takim samym tytule, który swą premierę miał równe dwadzieścia lat temu. Po oswobodzeniu Opeth opuścił scenę pozostawiając nie tylko mnie z poczuciem niedosytu. Problem polega na tym, że niezależnie jak długo by nie grali i tak byłoby mało. Wszystko, przez to, że cały koncert wypełniony był oniryczną muzyczną magią.

Warto na koniec podkreślić, że Opeth był jedyną gwiazdą wieczoru, która nie bawiła się w przepakowany efektami spektakl (żeby nie było nic nie mam przeciwko dobremu show). Zespół postawił na wrażenia czysto muzyczne i bronił się tym doskonale.

Katatonia (Park Stage)

Mastodon i przede wszystkim Opeth zawiesili bardzo wysoką poprzeczkę i pech chciał, że biedna Katatonia musiała grać po nich... nawet sam Mikael Åkerfeldt pod koniec koncertu Opeth, półżartem półserio uprzedził słuchaczy, że Jonas Renske to jego dobry przyjaciel i mamy dobrze go potraktować.

Podobnie jak Opeth, któremu stażem Katatonia dorównuje (a nawet troszkę przewyższa), zespół konsekwentnie unika swoich death doomowych korzeni. Najstarszym utworem jaki zagrali to „Ghost of the Sun” z Viva Emptiness (2003) czyli szóstej płyty w dyskografii. Wiem, wiem, to tak jakby od Tiamat oczekiwać żeby grali coś z Sumerian Cry (1990), co pewnie zaburzyłoby spójność współczesnego stylu bla bla… ale takie smaczki z lat 90. (choćby na bis) byłby mile widziane przez starych fanów i zdecydowanie ożywiłoby sam koncert.

W niemałym stopniu znów zawiniło nagłośnienie ale mimo wszystko, jak na jednego z pionierów współczesnego doom metalu/atmosferycznego metalu zaczęło się drętwo, żeby nie napisać nudno i strasznie plastikowo. Paradoksalnie późna godzina i znużenie nie pomagało w odbiorze takiego pitu pitu. Chociaż gdzieś od „Forsaker” z Night is a New Day (2009) bywało, że to co reprezentował sobą zespół uznać można było za całkiem słuchalne.

Jak napisałem na wstępie rzeczywiście jedną z największych ofiar fatalnego nagłośnienia parkowej sceny (o największej jeszcze napiszę) była Katatonia. Perkusja Daniela Moilanena była okrutnie przebasowana. Nie było źle ale po takich wrażeniach muzycznych jakie zafundowały zespoły, które grały wcześniej, wypadli słabo. Zbyt syntetyczne, rozmemłane, mainstreamowe (w złym tego słowa znaczeniu). Repertuar Szwedów zdominowany był przez The Great Cold Distance (2006) i to właśnie te utwory dawały jeszcze radę. W przeciwieństwie z otwierającym set „Behind the Blood” z ostatniego krążka.

Może gdyby Katatonia zagrała na innej scenie, w innej kolejności, odbiór byłby inny. Jednak to był najsłabszy występ tamtego wieczora. Gdybym wiedział, że tak będzie, zahaczyłbym o fragment koncertu włoskiego OvO serwującego noise rocka – tam raczej nudno nie było. W ostateczności mogłem zyskać godzinę regenerującego snu.


Ignacy J. Krzemiński




    

Zobacz galerię zdjęć:

Kvelertak
Kvelertak Mastodon Heilung Opeth Katatonia +40 zdjęć +41 zdjęć
Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura