7 obserwujących
4 notki
7518 odsłon
  4243   7

Pierwszy krok z depresji i przeklęta pięćdziesiątka

autor Sławomir Mikawoz
autor Sławomir Mikawoz
Stany depresyjne znam doskonale, dopadają mnie co jakiś czas przynajmniej od dwudziestu lat. Zawsze znienacka, wystarczy drobny impuls. Pierdoła. Tak też było i w tym przypadku. Kilka niefortunnych „zbiegów okoliczności” i świat się wyłączył. Wszystko żyło, a ja nie. Zasnąłem i spałem.

Uciekałem w sen jak do schronu – i tak po dwadzieścia, dwadzieścia dwie, trzy godziny na dobę, budziłem się zwykle koło pierwszej – drugiej w nocy – jedyny czas, gdy byłem w stanie planować najbliższy dzień. A gdy ponownie zasypiałem, po przebudzeniu nie byłem już taki rześki, a sam proces podnoszenia z łóżka, stanowił nielada wyczyn. To i tak w miarę łagodna forma tej choroby. Przerabiałem ją w już wielu wariantach. Zwykle kończyło się albo szpitalem, albo próbą samobójczą.

Mimo składanych sobie obietnic, że dzisiaj już na pewno wyjdę, że wreszcie wyrwę się z tego marazmu. Skrzętnie przygotowany i wypielęgnowany nocą sprzęt – w postaci plecaka, odpowiedniego ubrania, mapy i kilku drobiazgów, akurat na dłuższą wędrówkę – leżał spakowany tuż obok. Po przebudzeniu spoglądałem z żalem i odrazą, a jeśli jakimś cudem, wykrzesałem z siebie maksimum determinacji i udawało się wstać, doczłapać do drzwi, zanim nacisnąłem klamkę to zrezygnowany natychmiast zawracałem do łóżka i natychmiastowym snem, który w tym momencie był zbawienny. Wierzcie mi, wiem czym jest depresja z bezsennością w pakiecie. To dopiero koszmar. Nie mogę więc za bardzo też narzekać. Wydawało mi się, że już mnie nie dopadnie, że ten etap jest za mną. Miałem klika lat spokoju, aż jednak dopadł. Nie będę rozpisywał się o samej chorobie, robiłem to już tyle razy, że nie będę ponownie przynudzał.
I tak każdego dnia. Po dwóch, trzech godzinach intensywnych rozważań, z wyznaczeniem trasy na mapie, skrupulatnie przygotowanym planem – zasypiałem przekonany, że tym razem się uda, że choćby nie wiem co – wyjdę, tym, razem dam radę.
Zwykle planowałem daleką, samotną wędrówkę zakończoną wizytą na strzelnicy w nieodległym Janowcu. Efekt, opisałem wyżej.



Impulsy:



Jednym z tych powodów, było zdjęcie moich felietonów w jednej z gazety, z którą od lat współpracowałem – nie ukrywałem żalu, od lat zawsze o czasie, zawsze dodatkowo jakiś reportaż, nic mi za to nie płacili, więc mieli całkiem fajny pakiet. Drugim impulsem jest mój osobisty system dziesiętny. Mam taki biorytmiczny algorytm pecha. Jest ściśle związany z pewną datą – zawsze, gdy przekraczam jedną z dekad swojego życia, wydarza się coś nienormalnego. Swojej dwudziestki nie pamiętam, ale gdy kończyłem trzydziestkę – kilka miesięcy wcześniej wróciłem z byłej Jugosławii, wcześniej relacjonowałem wojnie w Kosovie i Natowskie bombardowania Belgradu. Wspólnie z kolegą napisaliśmy książkę o tym konflikcie, wydało prestiżowe wydawnictwo i przestałem już pracować w tym zawodzie. Myślałem wtedy, że nigdy nie wrócę do opisywania świata. Nie byłem w stanie. Wszystko wydawało mi się banalne, niewarte uwagi, po doświadczeniach z Kosova wszystkie polskie „afery” i „aferki”, polityczne rozgrywki, wydawały się tak błahe, że nawet nie zwracałem na nie uwagi. Do tego doszedł rozwód i rzuciłem się w szpony melanżu. Przez dziesięć lat imałem się różnych zajęć, jeździłem po świecie, handlowałem obrazami i zaczęło się coś układać. Nawet fajnie. Zbudowałem dom. Taki wymarzony, drewniany z bali, w pięknej okolicy – dokładnie między Kazimierzem Dolnym, a Nałęczowem. Działka ogromna – sześćdziesiąt arów. Jednocześnie zacząłem powoli wracać do pisania. Napisałem nawet kryminał, ale go nie wydałem, a rękopis zgubiłem – szkoda, bo sam chętnie jeszcze raz bym go przeczytał.
Dokładnie dziesięć lat temu, też w lipcu, podczas burzy, piorun trafił w mój dom. Zostały zgliszcza. Z domu i rodziny, bo i druga się rozpadła.


Znowu w melanż i sinusoida. Wzloty i upadki. W końcu, przy pomocy wielu życzliwych ludzi udało się pozbierać, wytrzeźwieć i spojrzeć na świat inaczej. Pisałem już coraz bardziej intensywnie, coraz więcej redakcji brało, kupowało moje teksty, udało się wydać dwie książki i znowu ruszyłem w świat, ponownie tam, gdzie inni jeździć nie chcą, bo jakaś wojna.
Wiedziałem już jednak jak się chronić, bardzo dużo dała mi terapia, a z powodu nałogów już do końca życia będę pod kontrolą lekarzy i specjalistów od uzależnień i bałaganu w głowie. Naprawdę warto, może właśnie dlatego obecny nawrót depresji przebiegł w miarę łagodnie – to znaczy łagodniej niż bywało to wcześniej.
W tym roku kolejna dziesiątka, nie mam już z kim się rozstawać, bo zawczasu wylądowałem w kontenerze na zużytą miłość (segregacja śmieci) w ubiegłym roku – nauczyłem się jednak kochać prawdziwie.


Ten rok od samego początku rok zaczął się dosyć dziwnie. Wracając z samego środka Afryki, utknęliśmy z Grzegorzem w Londynie, tam Turcy udający Greków rąbnęli nam trochę kasy, w hotelu dopadła mnie malaria – ale mieliśmy lekarstwa i w ciągu trzech dni byłem na nogach.
Nagle nieszczęścia zaczęły dopadać bliskich mi ludzi– chociaż według Epikura, „śmierć nie dotyka nas wcale, póki jesteśmy – nie ma śmierci, gdy jest śmierć – nie ma nas”. W lutym zmarł Grzegorz, dokładnie miesiąc po powrocie z Republiki Środkowoafrykańsiej. Diagnoza – malaria mózgowa – najbardziej parszywa wersja tej choroby. Szok, niedowierzanie. Dosyć długo mieszkaliśmy pod jednym dachem, był jak starszy brat i użyczył jeden pokój w mieszkaniu, które wynajmował.

Lubię to! Skomentuj53 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości